Strona główna

        Kontakt

         Galeria

    Wigilijny wieczór                2012 roku

   Mój nowy domek

       Pierwsze dni

    Jadę na motorze

     Świat jest piękny !

  Trippstadt, Koblenz,           Strasburg         

     Dusty i Suran                  w Holandii

    Sem - Psi Anioł

     Viva Italia ! - cz.I

    Viva Italia ! - cz.II

     Benzyny brak !

   Z PAMIĘTNIKA PSA PODRÓŻNIKA

   Niezwykła historia adoptowanego psa Marusia   

    Viva Italia! - cz.III

      Fiesta Italiana

         Szwajcaria                    po raz drugi 

 Kupujemy uszczelkę

     Lista  Patronów 

 Wpadka towarzyska

     Kluczyk cz.I

    Kluczyk cz.II

     Fontanna

          Tolek

   Kłopoty z prądem 

                Benzyny brak !

 Ta historia miała swój początek wczesnym latem 2015 roku.                                                                              Mamcia przyjechała ze mną do Opola końcem kwietnia, by zająć się likwidacją sklepu. Tatko dojechał do nas tydzień później, na swojej wspaniałej maszynie, czyli: MotoGuzzi California1100 z 1997 roku.                                Już następnego dnia po przyjeździe usłyszałem, że z motorem coś jest nie halo. Tatko mówił, że źle działa alternator, cokolwiek to znaczy. Mamcia wiedziała co to jest - kłopoty. Usiadła do komputera i odnalazła w Zabrzu serwis „rupiecia”. Tatko umówił się na wizytę i już następnego dnia z samego rana pojechał. Sprawę załatwił szybko. Wrócił pociągiem późnym popołudniem. Naprawa motoru trwała kilka dni. Kiedy już został osiągnięty sukces i "dziecko Guzzi" przywrócono do życia, wsiedliśmy w busa i pojechaliśmy do Zabrza po odbiór motoru. Na miejscu Tatko wypróbował maszynę i stwierdził, że wszystko „gra i bucy”. Po uregulowaniu należności, Mamcia zajęła miejsce za kierownicą busa, ja też, ale nie kierowałem. Tatko usiadł na motor i tak dojechaliśmy do Opola. Przez kolejne kilka dni pojeździliśmy po okolicy. Wiele tych wyjazdów nie było, bo Mamcia nie narzekała na ból „czterech liter”.                                                                                                      Któregoś poranka Tatko stwierdził, iż byłoby dobrze mieć motor w Opolu. Zawsze po przyjeździe w te strony mógłby jeździć. W końcu mamy dwa motory - do jazdy we trójkę, a na obu na raz jeździć się nie da.               Niby to rozsądne, ale czy na pewno?                                                                                                                      Rozpoczęło się szukanie miejsca do przechowania „rupiecia” i zaczęły się schody. Mamcia zapytała pana Henryka, od którego wynajęliśmy dom, o możliwość garażowania motoru. Pan miał drugą chatę, wielką z dużym ogrodem i pomieszczeniami gospodarczymi, więc sukces wydawał się pewny. To teoria. W praktyce okazało się, że proponowane miejsca nie były odpowiednie – za małe i wilgotne. „Rupieć” waży 280 kg i choć wepchać go można było, to z wytarganiem byłby problem. Zawsze tak jest, że coś wlezie, ale wyleźć nie chce. Drugi pomysł był Tatki. Wprowadzi motor do domu… Nie będę tego komentował. Powiem tylko, iż Mamcia nie pałała entuzjazmem. Rzuciła kilka argumentów i pomysł Tatki spalił na panewce. Poszukiwania trwały.       Wujek Jacek! Ten oddałby serce, aby nam pomóc, ale …to też nie był dobry pomysł. Wujka Jacka, bardzo lubię, bo zawsze ma dla mnie kiełbaskę i jest taki dobry, lecz nie zawsze może robić to co chce. Po wielu debatach pt.: Gdzie postawić motor?” - eureka! Tym razem pomysł padł na wujka Piotra i ciocię Krysię. Wujek, oczywiście wyraził zgodę na pozostawienie motoru na jego podwórku. Był jednak warunek - nie weźmie odpowiedzialności za „rupiecia”, bo tenże miał stać pod chmurką. Wprawdzie na zamkniętej posesji, lecz podczas nieobecności gospodarzy każdy mógłby wyprowadzić motor. Tatko przystał na wujkowe warunki.                                          Motor został przyprowadzony na posesję, zaparkowany we wskazanym miejscu i szczelnie otulony plandeką, co by mu zimno nie było, a że było lato, to się pewnie nieźle spocił zanim się ochłodziło. W zupełnie dobrych warunkach, stał sobie pod murem jak na rozstrzelanie, czekając na kolejne wyjazdy.                                         Tego lata już nie jeździliśmy na motorze i Tatko pożegnał swoją zabawkę, głębokim westchnieniem.        Przyszła zima. Gdy odwiedziliśmy ciocię Krysię i wujka Piotra, motor nadal stał na podwórku tak, jak wówczas, gdy go Tatko zaparkował. Potem nastała wiosna, ale co z tego? Nie pojechaliśmy do Opola. Dopiero końcem lipca 2016 roku, zjawiliśmy się u wujka Piotra na podwórku. Szczęśliwy Tatko odwinął z „pieluszek” swojego Guzzi-pupila. Odpalił go z wielkim trudem. W końcu ponad rok silnik nie pracował. Tatko jest uparty i gdy już udało mu się przekonać motor do współpracy, natychmiast pojechał na stację benzynową. Ta znajdowała się 300 metrów dalej. Potem ucieszony swoją zabaweczką zrobił sobie rozgrzewkową rundkę, bo jakżeby inaczej?        Po powrocie jego skwaszona mina mówiła nam, że coś nie gra. Tatko stwierdził: – motor „nie ciągnie”.                Nic nie rozumiałem. Co niby miał ciągnąć? Przyczepki nie ma, a przecież ojca po asfalcie ciągnąć nie będzie. Nigdy nie zrozumiem tych ludzkich slangów. Mamcia zrozumiała - kłopoty.                                                       Motor wrócił na nasze podwórko. Należało doprowadzić go do stanu użytkowania. Został umyty, ale zbędnej przesady w tym nie było, bo Tatko pedanterią nie grzeszy. Za to musiał się wyjeździć, że niby tak, dla treningu -motoru, nie Tatki. Mamcia ze mną odwiedziła babcię Helenkę i otrzymaliśmy od niej rzetelną informację na temat „Pielgrzymki Motocyklistów”, która miała się odbyć na Górze św. Anny. Z całej Europy już pokazali się zapaleńcy dwóch kółek i pojemnych silników. Dzień wcześniej wieczorem, siedząc w ogrodzie słyszeliśmy ryki motorów, ale jakoś Mamcia nie zajarzyła, a Tatko w temacie corocznych, motocyklowych pielgrzymek był tak nieoświecony jak jego wiara. Generalnie, to lubił uczestniczyć w „pielgrzymkach” ze swoimi przyjaciółmi, ale w mniej nabożne miejsca. Źródełka, owszem były, jednak dzieciom, zwierzętom oraz wszelkiemu abstynenckiemu stworzeniu nie poleciłbym tych miejsc. Teraz chyba Stwórca kiwnął palcem na Tatkę, by tam pojechał, albo pożerała go ciekawość z pychą, bo przyjął z entuzjazmem propozycję wzięcia udziału w owej pielgrzymce. W niedzielę, w uroczystość św. Anny w wypucowanych kurtkach, ja w czystej czapce i kufrze, zajechaliśmy pod bazylikę. Motorów było jeszcze co niemiara, mimo, że spóźniliśmy się. Babcia Helenka nie udzieliła nam szczegółowych informacji na temat rozpoczęcia ceremonii, a Mamci chyba od upału, przegrzały się zwoje w mózgu, bo w internecie nie sprawdziła. Mimo spóźnienia, nadal było wielu zapaleńców mocnych wrażeń w skórach i na swych wspaniałych maszynach. Odprawiali już drugą część ceremonii pielgrzymkowej – siedzieli w pobliskich knajpkach. Spóźnienia też mają swoje dobre strony, bo z braku tłoku, Tatko postanowił zwiedzić bazylikę i otaczające ją miejsca kultu. Jak dla mnie – bomba! Byłem ogromnie zadowolony. Odbyłem długi spacer po krużgankach kościelnych, potem u podnóża bazyliki widziałem groty, w których była przedstawiona „Droga Krzyżowa”, z figurami naturalnej wielkości. Dla mnie to też była droga krzyżowa, bo żar lał się z nieba. Wreszcie doszliśmy do pola. Na skraju wystawiony jest ołtarz. W 1983 roku, na tym ołtarzu Papież Jan Paweł II odprawił mszę św. Mamcia robiła za przewodnika. Znała to miejsce bardzo dobrze, bo wiele razy tu bywała. Wszystko obejrzałem z zaciekawieniem, szukając po drodze jakiegoś kamyczka lub patyczka do rzucania. Chciałem wykorzystać tą wycieczkę w każdym calu. Tatko chętnie przystawał na propozycję zabawy, co chwila rzucając mi przyniesione przeze mnie trofea. Zmęczeni upałem i wędrówką dotarliśmy do restauracji „Pod Jeleniem”. Nie tylko mój żołądek upominał się porcji jedzenia. Moi też byli głodni. Zostaliśmy miło zaskoczeni. Od razu dostałem miseczkę z wodą. Jedzenie wjechało szybciutko i było bardzo smaczne, więc polecam to miejsce. Po obiadku czas był ruszyć w drogę powrotną. Zadowoleni i najedzeni wsiedliśmy na motor. Okolica piękna - Opolszczyzna. Nie, żebym faworyzował, ale to naprawdę, chyba najpiękniejsze województwo w Polsce. Odnowione domy, zadbane ogródki, wyzamiatane chodniki i ulice. Nie znajdziesz papierka, czy innego śmiecia przed posesją, bo panuje tu zwyczaj sprzątania przed domem swojego kawałka trotuaru. Czynności te wykonuje się w piątek, albo sobotę i pomaga ona w zacieśnianiu stosunków międzysąsiedzkich. Wiadomo, a to miotłę można pożyczyć, a to łopatę, pogadać o byle czym itp. Itd. W domu nikt do roboty nie zagoni, bo przecież na zewnątrz praca wre! Tak to jechaliśmy podziwiając opolski "fatherland". Mamcia z upodobaniem co rusz zachwycała się jakimś domem, ogrodem albo ładnymi firankami. Ona to ma w standardzie, a w tym rejonie to ulubiona międzysąsiedzka konkurencja pt: „Kto ma fajniejsze?”. Oglądałem razem z Mamcią, ale ja wypatrywałem raczej „kotecka” albo czworonożnej przyjaciółki...                                                                            Tatko prowadził motor jakoś dziwnie i bez ikry. Co chwilę przygazował, silnik ryczał a prędkości nie było. Drażnił tylko mój słuch i poczucie estetyki w jeździe. Widziałem, że Mamcia też nie była zachwycona tą jazdą, bo Tatkę stać na wirtuozerię, a to była „szkółka niedzielna”. Zaglądając co chwilę przez ramię Tatki, Mamcia sprawdzała liczniki. 5000 - 6500 obrotów i taka mała prędkość, no to chyba przesada. Ekonomii nie było tu za grosz. Paliwo z kasą wylatywało przez rurę wydechową szerokim strumieniem. Ten motor naprawdę „nie ciągnął”. Tak dojechaliśmy do domu.                                                                                                                                                       Na drugi dzień, choć motor był do d...py,  Tatko oznajmił nam podróż do Jedliny. Chciał odwiedzić dostawcę drewna, co to niezbyt dobrym dostawcą był… W kolejny upalny dzień wsiedliśmy na motor. Mamcia proponowała zatankować, ale Tatko stwierdził, że motor tankował przed wyjazdem na Górę św. Anny i nie ma potrzeby. Mamcia szybko policzyła kilometry, nieekonomiczną jazdę i nabrała obaw, co do niekonieczności tankowania. Przejechaliśmy zaledwie niecałe 25km, gdy usłyszeliśmy, właściwie, nie usłyszeliśmy ryku silnika, a nastała kompletna cisza w czasie jazdy. Pod domem jakiegoś gospodarza w Karczowie motor zgasł. Zeszliśmy z „rupiecia. Żar lał się z nieba, a tu nawet kawałka cienia nie było. Tatko zdenerwowany, z niedowierzaniem zdjął torbę ze zbiornika paliwa. Odkręcił kurek, zajrzał i …nic nie zobaczył. Mieliśmy pusty bak. Czasem dobrze jest posłuchać Mamci, sęk w tym, że Tatko nigdy nie słucha, nikogo! Nie tracąc nadziei, Mamcia poszła „do chłopa” szukać benzyny. Na wsi, kto ma w ogrodzie większy kawałek trawy do koszenia, ma kosiarkę, a ta potrzebuje benzyny. Z reguły mały baniaczek każdy ma w rezerwie. Nie trzeba było daleko odejść od motoru, żeby benzynę znaleźć. Przed posesją, gdzie się zatrzymaliśmy, jakiś pan coś robił przy swoim kombajnie. Spore było jego podwórko, a na nim sporo trawy. Do tego pana, poszła Mamusia z pytaniem o benzynę i oczywiście uzyskała odpowiedź: - MAM. Szczęściu nie było końca. Pan przyniósł 5 litrowy kanister i powiedział:                      - Ja tu zawsze mam benzynę, bo często komuś braknie. Ludzie przychodzą i pytają czy czasem nie mam? to mam - W dobie, gdzie benzyna jest ogólnie dostępna, a stacja w Polsce na każdym winklu, to jakoś niepoważnie jest, jeździć z pustym bakiem. Ojciec ma to w standardzie i wszyscy jego kumple przechodzili już przez te „atrakcje” z Tatką. Mamcia dopiero trzeci raz, chociaż robiła co mogła, by tak się nie stało. Zawsze przed jazdą, gdy pyta: - Zatankowałeś? – Dostaje odpowiedź: „Nie trzeba. Mam dużo paliwa”. A potem jest, jak było…        Tatko uregulował należność za paliwo i znowu wsiedliśmy na motor. Jazda mało komfortowa, a silnik ciągle przerywał i miał czkawkę. Mamcia pomyślała, że to może wina starego paliwa, które powinno być od razu spuszczone razem ze starym olejem, jeszcze przed próbą pierwszego rozruchu, ale ponoć Tatko wie lepiej… Propozycja Mamci była taka: „Trzeba dolać do benzyny trochę denaturatu. To podnosi oktany, a jednocześnie usuwa wodę z przewodów, gdyby gdzieś jeszcze taka była. Stary, szoferski sposób działający na kanonady z rury wydechowej. Na pierwszej napotkanej stacji benzynowej, zatrzymaliśmy się, by zatankować motor i wlać denaturatu. Trochę pomogło, bo wystrzały ustały, ale motor nadal nie miał ochoty na jazdę. Żadnego przyspieszenia mimo podkręcania manetki na maksa. Z trudem dojechaliśmy do Jedliny. Znaleźliśmy wspaniały hotel „Jedlinka” przy kompleksie pałacowym i browarze, który do dziś produkuje swoje specjalności. Mieliśmy wspaniały, duży, pięknie i komfortowo urządzony pokój. Doskonała lokalizacja dla mnie. Żadnych samochodów, wokół pola i las. Miałem ogromny teren do zabawy i spacerów. Chodziliśmy do koni, które pasły się 100 m od hotelu. Mamcia była wniebowzięta. Mogła sobie koniki wygłaskać. Ja cieszyłem się spacerami mimo, wysokiej temperatury. Obsługa hotelu była bardzo miła, a jedzonko po prostu SUPER! Chodziłem sobie bez smyczy, bo przecież zawsze byłem grzeczny. Siedzieliśmy w cieniu, na tarasie. Tatko degustował okoliczne specjały złocistej barwy, zmieniając gatunki za każdym kuflem. Biegałem wkoło co chwilę przynosząc piłeczkę, którą mi Tatko rzucał. Moja ulubiona zabawa. Mamcia upajała się widokiem spokojnej okolicy, śpiewem ptaków i widokiem pałacu. Spędziliśmy miłe popołudnie spacerując. Przed pałacem „Jedlinka” stał czerwony samolot z czarnym krzyżem. Był to trójpłatowiec „Fokker” D.R I z I wojny światowej. Samolot słynnego asa przestworzy, którym był Manfred von Richthofen – „Czerwony Baron”. Jego podniebne wyczyny na stałe wpisały się w karty historii.Urodził się 2 maja 1892 roku we Wrocławiu. Został zestrzelony 21 kwietnia 1918 roku nad przełęczą Morlancourt niedaleko Sommy we Francji.  Budził mieszane uczucia, ale jego żołnierska odwaga została doceniona nawet przez tych, którzy go zestrzelili. Dowódca 3 Dywizjonu Australijskiego Korpusu Lotniczego major David Blake zorganizował niemieckiemu kapitanowi uroczysty pogrzeb z wszelkimi honorami na cmentarzu Bertangles pod Amiens. Trumnę „Czerwonego Barona” niosło 6 oficerów, zaś żołnierze stali na baczność i salutowali. Oddano też salwę honorową, a na szarfie jednego z wieńców widniał napis „Naszemu dzielnemu i godnemu wrogowi”. Potem pismo z informacją o pogrzebie, ze zdjęciem z uroczystości, wysłano niemieckiemu dowództwu. Dawniej nawet wroga potrafiono uszanować.                                                         Mamcia widząc słynnego „Fokkera” oczywiście musiała do niego wsiąść. Jakież było jej zdziwienie, gdy ujrzała znikomą ilość urządzeń. Wszystko było prymitywne. Trzeba było niesamowitej odwagi i determinacji, by wsiąść w taki samolot i wznieść się w powietrze. Nie wspomnę już o walce powietrznej. Ludzie naprawdę mają namieszane w głowach…                                                                                                                                                     Na brzegu fontanny przed pałacem siedziała miła pani. Przyglądała się mojej pogoni za piłeczką z wielką radością. -Dlaczego nie miałaby się ze mną pobawić? – Pomyślałem i natychmiast przybiegłem do niej. Przemawiała do mnie czule, a gdy położyłem przed nią piłeczkę, pogłaskała mnie. Chciała wziąć piłkę, ale byłem szybszy. Piłeczka była w moim pyszczku. Uśmiechnęła się, więc kolejny raz położyłem piłkę pod jej nogami. Kiedy wyciągnęła rękę - dla żartów, znowu zabrałem piłeczkę i tak kilka razy. Lubię sprawdzać refleks tych, z którymi się bawię. To taki trening, również dla mnie. Bawiliśmy się długo, bo pani chyba mnie polubiła. .Wieczorem z Dużymi, niespiesznie zjadłem kolację, a potem moi coś pili. Z zapachu wywnioskowałem, że na pewno nie była to woda. Woda była dla mnie. Wreszcie zmęczeni poszliśmy spać wierząc, że dnia następnego nie spotka nas kolejna, mało zabawna przygoda. Ale czy tak będzie? Z moim Tatką to nigdy nie wiadomo... Zapowiadał się piękny dzień. Świeciło słoneczko, a nad polami i lasem otaczającym hotel, ptaki wyśpiewywały swoje trele. Pszczoły i trzmiele już dawno rozpoczęły swoją żmudną pracę i tylko słychać było ich brzęczenie. Źdźbła trawy, pojedynczo ozdobione rosą jak kryształowymi koralami, mieniły się w słońcu tęczową barwą.      W powietrzu unosił się zapach pobliskiego lasu. Spacerowałem z Tatusiem wciągając w siebie powietrze poranka. Śniadanko po przechadzce smakowało mi wybornie, zresztą nie tylko mnie. Obserwowałem hotelowych gości i widziałem głód w ich oczach. Każdy pałaszował ze smakiem, bo też było co. Po śniadanku Tatko zabrał się do odpalania motoru. „Rupieć” nie bardzo chciał współpracować. Po któreś tam próbie silnik w końcu zagadał oburzony. Tatko otarł pot ze czoła. Założył kask, kurtkę i wreszcie usiadł na motor. Pojechał do dostawcy. Zaprosiłem Mamcię na spacerek zabierając ze sobą piłeczkę. Najpierw złożyliśmy wizytę konikom. Polną dróżką doszliśmy do lasu, a potem zawróciliśmy w stronę pałacu „Jedlinka”. Teraz mieści się tam muzeum, które warto zobaczyć i to właśnie mieliśmy w planie, lecz najpierw trzeba było dowiedzieć się czy ja mógłbym uświetnić to miejsce swoją obecnością? Jestem pewien, że dawniej biegało tu wiele psów.          Mamcia weszła do pałacu. W holu znajdowała się kasa, informacja i sklepik z pamiątkami. Była tam sympatyczna pani. Nie wyprosiła nas, lecz zachwyciła się mną stwierdziwszy, że jestem śliczny. Panie od razu znalazły temat o psach. Po krótkiej, sympatycznej rozmowie oraz zapewnieniu o mojej kulturze i czystości, dostałem pozwolenie na zwiedzanie muzeum. Pierwsze wzmianki o pałacu pochodzą z XIII wieku, kiedy to panem tych terenów był książę jaworsko-świdnicki Bolko I Surowy. W latach 1944-45 znajdowało się tutaj biuro projektowe nazistowskiej Organizacji TODT odpowiedzialnej, miedzy innymi, za budowę tajnego kilkudziesięciokilometrowego, podziemnego kompleksu „Riese” w Górach Sowich. Kompleks ten miał służyć jako kwatera główna Adolfa Hitlera. Niedaleko, znajdują się podziemne korytarze pod nazwą „Włodarz”. To jeden z odcinków wspomnianego kompleksu. Warte zwiedzenia, szczególnie zainteresują pasjonatów militariów i II Wojny Światowej.                                                                                                                                                      Czekałem z Mamcią na Tatkę. Przyjechał wreszcie z gradową miną, bo „rupieć” miał fochy. Atmosfera rozładowała się dopiero, gdy weszliśmy do pałacu. Zwiedzaliśmy poszczególne komnaty, słuchaliśmy opowieści, oglądaliśmy ciekawe przedmioty z poprzednich stuleci i nawet doszliśmy do podziemi, gdzie kreślono plany i organizowano budowę wspomnianego podziemnego kompleksu. Nachodziłem się po salach, schodach, piwnicach, lochach i tunelach. Chciałem odpocząć. Myślałem już tylko o miękkim posłanku i spokojnym śnie. Ale czekała nas jeszcze droga do domu. Zapowiadano burze i jakieś przelotne opady, więc czym wcześniej miał nastąpić wyjazd, tym lepiej. Cały majdan został zapakowany zaraz po śniadaniu. Rachunek za pokój zapłacony. Pozostało już tylko wsiadać na maszynę i gnać do domu, znaczy: do Opola.       Z Jedliny-Zdrój wyjechaliśmy koło południa. Wstążka drogi biegła przez zalesione wzniesienia pięknych Gór Sowich. Kierowaliśmy się w stronę Kłodzka. Silnik w motorze straszył swoją pracą. Przerywał i przyprawiał Mamcię o palpitację serca, a Tatkę o nerwy, ale on tego nie pokazywał. Parł naprzód z podkręconą manetką na 6500 obrotów. Mamcia spojrzała na licznik. Od poprzedniego tankowania przejechaliśmy 120 km. Obawiając się „powtórki z rozrywki” zaczęła napierać swoim kciukiem na Tatowe biodro, przypominając mu w ten sposób o stacji benzynowej. Nie pomogło. Widok znaku informującego o możliwości zatankowania nie wzbudził w Tacie żadnych reakcji. Mamcia pomna wydarzeń dnia poprzedniego, pociła się ze złości i strachu przed kolejnym, niezamierzonym postojem. Wznosiła oczy ku niebu wzywając na pomoc Najwyższego. Przejeżdżając przez jakieś miasteczko , radośnie minęliśmy ze 3 stacje benzynowe. Pokonaliśmy ostatnie rondo na wyjeździe z miasta, gdy silnik ucichł. To już stało się nudne! Zjechaliśmy na zatoczkę. Zaczęła padać mżawka. Siedziałem w torbie (wtedy jeszcze nie miałem mojej „miejscówki”) niezadowolony. Bardzo chciałem się zdrzemnąć w czasie jazdy, ale nie wyszło. Teraz byłem narażony na przemoczenie. Masakra!                                                         Stwórca nas nie opuścił. Do stacji mieliśmy kilometr, o czym informował znak ustawiony na zatoczce. Mamcia nie miała zamiaru z Tatką pchać „rupiecia” do stacji . Droga była wąska, bez pobocza i panował duży ruch. Oznajmiła Tacie, że my sobie poczekamy, a on sam niech przejdzie tę „ścieżkę zdrowia”. Poszedł. Minęło jakieś pół godziny, gdy wrócił z bańką paliwa. Bogu dzięki, że paliwo znajdowało się w specjalnym, plastikowym, 5 litrowym i bezzwrotnym pojemniku z wmontowanym lejkiem. Benzyna została nalana do zbiornika. Zaraz po tym dojechaliśmy do stacji i znów tankowaliśmy do pełna. Mimo to nie byliśmy pewni, gdzie tej nocy spędzimy nocleg? „Rupieć” się sypał. W Kłodzku Tatko postanowił poszukać jakiegoś serwisu. Był piątek. Rozważałem: "Gdybyśmy zostawili motor do naprawy, to co najmniej weekend musielibyśmy spędzić w tym mieście. Pomoc tutaj była mało prawdopodobna. MotoGuzzi to w Polsce rzadka marka motoru. W samym Opolu były tylko 3 sztuki, a w województwie też nie zbyt dużo". Znaleźliśmy jakiś warsztat, ale nie pomoc. Mamcia uważała, że musimy jechać dalej. W Opolu na pewno da się naprawić motor. Żadne miasto, które mijaliśmy, nie miało serwisu, ani nawet sklepu tej marki. Trzeba było brnąć i modlić się byśmy nie stanęli gdzieś w polu.      Deszczowe, ołowiane chmury nadciągały. Zrobiło się mało zabawnie. Siedziałem w torbie - na kolanach Mamci , jak trusia. Tatko jechał , a Mamcia … ? Ona zawsze w takich razach, rozmawia ze Stwórcą. Widziałem jak cały czas się modli. Prosiła byśmy tylko dojechali do Opola, nic więcej. Minęliśmy już Nysę. Granatowo-szare chmury przeszły gdzieś bokiem, a do Opola zostało zaledwie i AŻ! 56 km. Mamcia ze wzrokiem wbitym w niebo, jęcząc ze łzami w oczach, zawracała głowę Panu Bogu. Pan Bóg chyba się zmęczył tymi Maminymi prośbami, bo wjechaliśmy już do Wrzosek. Do granicy z Opolem pozostało tylko kilka kilometrów. Potem tablica „Opole”. Pierwsza dzielnica Bierkowice. Przy wjeździe do Ludowego Klubu Jeździeckiego „ Ostroga”, gdzie w stajni stał Mamci koń Jontuś, nagle: TRACH !!! Łomot w silniku straszny. Słyszałem jakiś metaliczny dźwięk, jakby coś się rozsypało. Mamcia szepnęła ze łzami – Dzięki Ci Panie mój! Jesteśmy w domu! –                                            Stwórca, jak się za coś bierze, to nie robi tego połowicznie. „Rupieć” rozsypał się w takim miejscu, że mieliśmy strzeżone miejsce parkingowe, przyjaciół i pomoc. Nie stanęliśmy gdzieś na środku drogi. Tatko przepchał motor na drugą stronę. Postawił go pod wiatą , w boksach przeznaczonych dla przyjezdnych zwierząt, które tu gościły podczas różnych wystaw, zawodów i dożynek. Teraz, w części tych boksów, była złożona słoma i siano na zimę. Motor stał zabezpieczony i mógł czekać na transport do warsztatu. Tymczasem ja mogłem wyprostować łapki. Deszcz nie padał. Wyszedłem wreszcie z mojej torby i pobiegłem przywitać się z końmi. Na hipodromie, ze starymi kumplami, chodził nasz koń Jontuś i skubał trawę. Podszedłem do niego. Obwąchał mnie i chyba stwierdził, że jak na źrebaka to mam mikry wymiar, ale w końcu jestem rodziną. Nosem wysmyrał mnie po plecach, co bardzo mi się podobało, a potem ponownie zajął się jedzeniem. Reszta jego kumpli, podbiegła do mnie w tempie kłusa. Pomyślałem, że może lepiej uciec przed tym tabunem - czy pięć koni to tabun? W każdym razie zwiałem. Konie trochę mnie pogoniły, ale zauważyłem, że to zabawa. Zatoczyłem koło i zacząłem gonić konie. Uciekały radośnie. Za chwilę one zrobiły woltę i biegły za mną dodanym galopem. Gnałem co sił w łapkach.  Zmęczony postanowiłem skorzystać z odpoczynku. Wybiegłem poza ogrodzenie. Moi towarzysze zabawy trochę się rozczarowali. Mamcia poszła do klubowego biura, prosić o pozwolenie parkowania motoru. Oczywiście, bez problemów uzyskała taką zgodę. Pogadała jeszcze chwilę ( jeśli kobieta umie chwilę rozmawiać z przyjaciółmi) , następnie zadzwoniła po taksówkę, a gdy ta przyjechała mogliśmy wreszcie dojechać do domu .                                                                                                                              Rozpoczęło się poszukiwanie warsztatu. Mamcia od razu pojechała do pana Jarka. To Przyjaciel wujka Rysia z czasów licealnych. Od zawsze naprawia wujkowi auta. Pan Jarek miał kiedyś wspólnika, a ten był pasjonatem i specjalistą od motorów, w dodatku różnej marki. Ze względu na małą powierzchnię warsztatową, ich droga zawodowa się rozeszła, ale są przyjaciółmi i podsyłają sobie klientów. Teraz pan Jarek dał Dużym namiary do pana Piotra i zapewnił o jego solidności. Pojechaliśmy do Pana Piotra. Ten, pożyczył Tacie specjalną platformę, by mógł zapakować „rupiecia” na busa. Natychmiast wróciliśmy po motor do LKJ ”Ostroga”.                  „Pogromca szos”, teraz żałośnie stał pod wiatą dla bydlątek. Co za kompromitacja!                                          Tatko rozłożył składaną platformę i wprowadził na nią motor. Potem uwiązał go specjalnymi linami w busie. Ruszyliśmy z „rupieciem” do warsztatu i tam go zostawiliśmy. Dwa dni później Tatko otrzymał wiadomość o stanie „zdrowia” pacjenta MotoGuzzi. Silnik zatarty... Zawory wygięte jak tureckie szable. Dlaczego ? Stary niewymieniony olej i jazda „na siłę” spowodowała takie spustoszenie. Brawo Tatko!                                          Wróciliśmy do Holandii bez motoru. "Rupieć" był w naprawie 4 miesiące, bo się moim Dużym nie spieszyło. W garażu mieli drugie "dziecko" MotoGuzzi. Po naprawie jeszcze trzy miesiące motor garażował u pana Piotra.    Wspomniany wyjazd do Jedliny, to  była droga impreza… 7300 złotych.                                                                     No cóż… kto bogatemu zabroni???

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

.

Następne opowiadanie - kliknij tutaj  -  "Kupujemy uszczelkę" 

Zostaw, proszę komentarz.  Dziękuję    - Maruś