Strona główna

        Kontakt

         Galeria

    Wigilijny wieczór                2012 roku

   Mój nowy domek

       Pierwsze dni

    Jadę na motorze

     Świat jest piękny !

  Trippstadt, Koblenz,           Strasburg         

     Dusty i Suran                  w Holandii

    Sem - Psi Anioł

     Viva Italia ! - cz.I

    Viva Italia ! - cz.II

     Benzyny brak !

   Z PAMIĘTNIKA PSA PODRÓŻNIKA

   Niezwykła historia adoptowanego psa Marusia   

    Viva Italia! - cz.III

      Fiesta Italiana

         Szwajcaria                    po raz drugi 

 Kupujemy uszczelkę

     Lista  Patronów 

 Wpadka towarzyska

     Kluczyk cz.I

    Kluczyk cz.II

     Fontanna

          Tolek

   Kłopoty z prądem 

 

Wiem, że to nie ładnie podsłuchiwać, ale czasem, samo mi coś w uszy wpada. Tak też było tym razem.
Usłyszałem, jak Mamcia mówiła: "Jedziemy do Włoch!". 
- Naprawdę? Hurra! Pizza, spaghetti, słoneczko! Kocham Włochy!
Mój entuzjazm był trochę na wyrost, bo we Włoszech nie byłem, ale wszyscy mówili, że tam jest fajnie.         Sądząc po smaku pizzy i spaghetti, byłem pewien, iż Włochy mi się spodobają. Frutti di mare też tam jedzą, więc to musiał być mój ulubiony kraj.
  Zaczęliśmy przygotowania. Tatko robił jakieś wykresy na mapie. Siedział z nosem przyklejonym do monitora.   On zawsze tak przed wyjazdem. Mamcia, kątem oka oceniła linię trasy. Wszędzie góry! Widziałem w jej oczach przerażenie. Fakt, linia była długa i kręta, co oznaczało bliżej nieokreślone atrakcje. 
- O Jezu ... - jęknęła na widok czekającej nas drogi. Droga będzie daleka, bardzo daleka. 
- Jak ja to zniosę?  Zapytałem samego siebie.
Widziałem, że mamcia też się nad tym zastanawiała, mimo, że to nie była moja pierwsza, długa podróż.        Pracy przed wyjazdem mieliśmy sporo. Każdy wykonywał swoje zadanie.
Wybrałem piłeczkę z planem zamordowania jej we Włoszech lub na miejscu, w domu.
Mamcia zrobiła plan zadań. Lista była długa. Gdy już ją ogarnęła, spojrzała na mnie i oznajmiła: 
- Marusiu, na motorze będziesz miał swoja, prywatną miejscówkę. 
- Znaczy, że co? Gdzie będę siedział? Na miejscu Tatusia? Dziwny pomysł -  podsumowałem                                  Nie miałem pojęcia o co Mamci chodzi. Postanowiłem zachować spokój i obserwować rozwój sytuacji.
Do domu została przyniesiona Mamina walizka, z podwójną klapą.                                                                                - Gdzie niby ta walizka ma być? Przecież nie wejdzie do kufra motorowego! Mamusiu, czy ty, aby nie przesadzasz? - Zapytałem, ale odpowiedzi nie było. Zmarszczone czoło Mamci mówiło mi, że właśnie łapie wenę twórczą i przeszkadzać jej nie należy. Usiadłem obok, by wspierać ją duchowo. Popatrzyła na mnie, wzięła centymetr i zaczęła mnie mierzyć. Potem zabrała z biurka nożyczki, klej, talerzyk (dziwny przedmiot w tym zestawie) i rozpoczęła dzieło życia. Nie wiedziałem, co o tym sądzić? Przyglądałem się pracom.
Zauważyłem, że górna klapa nie interesowała Mamci. Natomiast w spodniej, został wycięty ładny, okrągły otwór. Właśnie do tego był potrzebny talerzyk. Gdy otwór był przygotowany, Mamcia otworzyła walizkę i powiedziała do mnie wskazując kufer  - Marusiu, tu się połóż. -
- Że niby co? Ja mam tam włazić? - Zapytałem, ale widząc powtórzoną prośbę, pomyślałem, że to taka zabawa    i wszedłem do walizki. Mamcia zamknęła ją na suwak. Przez wcześniej wycięty otwór, wystawała mi tylko głowa. Byłem zdziwiony i zszokowany. Chciałem szybko wyjść, toteż Mamcia nie przetrzymywała mnie.
Westchnęła tylko głęboko i powiedziała do siebie:
- Za duży otwór wycięłam. Trzeba go zmniejszyć. - 
Trochę kleju i kawałek skóry z Maminych, spodni usunął problem. Kolejna przymiarka zakończyła się sukcesem. Ale to nie był koniec pracy nad moja miejscówką. Do tej pory to była przysłowiowa "bułka z masłem".
Mamcia rozpoczęła drugi etap prac i realizowała swoją wizję. Coś rozcinała, dokładała, odejmowała, przyklejała i jeszcze coś doszyła. I już ! Spodnia część kufra miała paski i sprzączki oraz miękką podkładkę. Nie rozumiałem tylko, dlaczego podkładka jest na zewnątrz, a nie w środku? O tym miałem się dowiedzieć później. 
Mamcia spojrzała jeszcze raz na swoje wiekopomne dzieło, wzięła je do ręki i wyszliśmy z domu.
Nastąpiła chwila prawdy...Motor stał na naszym miejscu parkingowym. Walizka leżała na motorowym bagażniku. Od spodu została przypięta  do rurek bagażnika. Konstruktorka sprawdziła, czy się ślizga? Nie ślizgała.
Miękka gąbka zabezpieczała przed tym. Akcję do tej pory obserwowałem z bezpiecznej odległości, ale nie mogłem się dłużej wymigać. Zostałem przywołany. Podszedłem do motoru. Klapa kufra była otwarta. Wnętrze wyścielone podusią, więc się ucieszyłem. Mamcia włożyła mnie do środka i zamknęła na suwak.
Głowa wystawała mi z walichy. Bez pomocy, wyjść nie mogłem. 
-  Mamusiu, już? - Przymilałem się, bo dłużej tam siedzieć nie miałem zamiaru. 
- Chyba nie chcesz przewozić mnie w walizce?  - Dopytywałem, ale nie doczekałem się odpowiedzi.           Mamcia  sprawdziła stabilność kufra, ze mną w środku. Doszła do wniosku, że jeszcze linkami z dwóch stron należy umocować i będzie dobrze. Została również sprawdzona górna klapa. Do tej pory, otwarta i podwinięta do środka, tak by nie przeszkadzała w czasie jazdy i nie kłapała na mojej głowie.
Teraz Mamcia odwinęła ją i z dwóch stron zasunęła suwakami. Miałem daszek chroniący przed deszczem. 
Była z siebie dumna, ja też, bo przecież zrobiła to specjalnie dla mnie. 
Mimo tego uwolnienie zwalichy, przyjąłem z wdzięcznością. 
Ustrojstwo zostało zdemontowane w tempie błyskawicznym i wróciliśmy do domu.
Rozmyślałem o naszych wcześniejszych podróżach. Wspominałem, jak to na motorze gnieździłem się, siedząc między Dużymi w torbie "NIKE". Fakt, ciepło mi było. Najczęściej, jednak za bardzo. 
W upalne dni, podczas jazdy, siedziałem Mamci na kolanach bez torby. Miałem tylko kurteczkę. 
Gdy skwar dokuczał, jeździłem bez niej. Siatka na uszy była letnią wersją czapki.
W naszym zwyczaju jest jazda odcinkami. Jeden trwa ponad 3 godziny, czyli jakieś 200 km. 
Po takim dystansie Mamcia zawsze marudziła, że nogi ją bolały (mnie też, a nie marudziłem) gdy siedziałem na kolanach, bo lekki to ja nie jestem. Mam całe 11 kg. Fakt, pauzy można by robić częściej, ale gdy Tatko siada na motor, to jedzie do pustego baku. Parę razy, dosłownie do pustego. Wyrywny do jazdy jest. 
Teraz z Mamusią mieliśmy komfortowo podróżować - jeśli o jakimś komforcie na motorze można mówić...  
Cieszyłem się, że dostałem osobne siedzenie - leżące! Była to wersja testowa, ale Mamcia obiecała mi wygody.   - Zapewne, środek piernatami mi wyłoży, a nie tylko podusią? Przecież ja jestem jej kochany psi synuś - myślałem. W tej podróży, piernaty nie weszły w skład bagażu. Poszły do innej bajki.
Rozpoczął się czas pakowania. Tym zajmowała się Mamusia. Ma logistyczne zacięcie i wyobrażnię podróżnika. Wie co trzeba koniecznie zabrać, a co można sobie odpuścić. Ojciec na wszystko ma wyjechane. Pakowanie zmęczyło mnie okropnie, bo za Mamcią chodziłem krok w krok, coby czegoś nie zapomniała. Wszystko kontrolowałem i oceniałem zawartość bagażu. Nie rozumiałem, po co Mamci te "cywilki ", sukienki znaczy i takie tam babskie rzeczy? Na motor przecie tego nie założy, a pakuje. Olśniło mnie! W hotelu za gwiazdę będzie robić! Złościła się czasem, że łachów w szafie pełno, a w pięknych miejscach popisać się nie mogła. Jęczała, że w motorowych ciuchach wygladała jak kloszard. W duchu przyznałem jej rację. Może nie jak kloszard ,ale  jak pierdoła. Jednak głośno tego nie powiedziałem. Po co niby miałbym się narażać? 
Tatkę, Mamcia  spakowała - w sensie -  rzeczy spakowała , nie ojca. Chociaż są takie chwile, że sam bym go spakował i w kosmos wysłał... Ciuchów miał, jakby na wyprawę krzyżową jechał, albo dookoła świata.  
 Nie miałem pojęcia, gdzie to wszystko zostanie upchnięte? Przecież my motorem mieliśmy jechać.
Przyczepki nie było!
 Zastanawiałem się nad wszystkimi zagadnieniami i bacznie obserwowałem rozwój sytuacji. Nagle , popatrzyłem i sam nie wierzyłem w to, co widziałem. Ubrania były pakowane do mojego kufra!!!  
- A ja?!  Gdzie ja będę siedział?! Tam piernaty miały dla mnie być! To moja walizka! - Protestowałem zrozpaczony. Nikt mnie nie słuchał. Wyszedłem więc z pokoju. Mój protest był niemy. Strzeliłem focha. 
Na znak niezadowolenia, poszedłem do łóżka Dużych. W końcu musieli się dowiedzieć jak wygląda protest!
Postanowiłem leżeć tak długo, aż kiełbaska przyjdzie! Przyszła.
Trzy dni Mamcia pakowała ekwipunek. Torby, torebki i torebeczki stały w przedpokoju. Znak, że mieliśmy wyjeżdżać.  Pakunek za pakunkiem lądował przy motorze.  Mamcia wkładała rzeczy do kufrów motorowych         z logistyczną precyzją. Jakaś torebka nie chciała się zmieścić. Kilka "magicznych" słów - których osobiście nie używam, i torebka znalazła się tam, gdzie być miała.
Tatko ze stoickim spokojem wkładał kurtkę, potem kask i rękawiczki. Zapiął kurtkę i siadł na motor. 
Chciał go zapalić, ale ...bez kluczyka trochę trudno. Standard. Zawsze ten sam numer! 
Zdjął rękawiczki, odpiął zamki przy kieszeniach kurtki i wyjął kluczyk. Znowu zapiął kieszenie, założył rękawiczki i włożył kluczyk do stacyjki. Tym razem udało się odpalić motor. Z kluczykiem jest po prostu łatwiej. Zawarczał silnik.  Masa huku, ale tak ma być, bo w silniku mamy 80 koni mechanicznych! Nigdy nie pojąłem, jak tam się mieści tyle koni?  Nie widziałem nawet końskiej grzywy! Coś mi chyba ściemniali.   
Mamcia uwijała się przy motorze jak w ukropie. Jak logistyk, wszystko ogarniała. Tatko, jakoś nie bardzo. 
Na samym końcu wielkiego pakowania, zostałem posadzony w moim kufrze. Zamiast na piernatach, siedziałem na ubraniach. Walicha zamknięta suwakami spowodowała, że byłem uziemiony! Czapkę na głowę dostałem.
Nie lubię, ale czapka musi być! W drodze, coś do ucha mogłoby mi wpaść. Mimo, iż rozumiałem sytuację, niezadowolony zwiesiłem wargę. Mocno zdegustowany moim ubiorem postanowiłem znowu strzelić focha. Chciałem się dobrze zaprezentować u Włochów, a tu masz! Żółta odblaskowa czapka! Masakra. 
Dobrze, że o kocyku dla mnie, Mamcia nie zapomniała. Miałem też miseczkę i butelkę z wodą.
Jedzonko i piłkę do zabawy też dostałem na drogę.  
7 września 2016 roku o godzinie 16.15. otworzyliśmy bramę pilotem. 
Mamcia wsiadła wreszcie na motor, zła jak osa i spocona jak mysz.
Przyznałem, że mogła być zła. Miała wszystko na głowie, mnie i Tatkę też.
Warkot naszego motoru się nasilił.  Nareszcie ruszyliśmy. Witaj przygodo!
 
 Było ciepło, ale nie gorąco. Wiatr mnie owiewał. Kontrolowałem drogę razem z Mamcią, mimo nawigacji. 
Gdy Tatko się rozpędzi to zjazd przegapia. Oznacza to dłuższe siedzenie na motorze.  Dodatkowe minuty siedzenia, dokuczają mało szlachetnej części ciała, więc Mamcia zawsze pilnuje drogi jak cerber.   
Jechałem i rozmyślałem. Miałem mnóstwo pytań: gdzie będziemy spali? Co będę jadł na kolację?  
Kulki mi mamcia zabrała, ale do restauracji z nimi nie wejdę. Miałbym porzucić np. pyszny befsztyk albo tuńczyka na rzecz kulek? No grzech byłby!  Śmiertelny!  Cios dla kucharza. Pomyśleć mógłby, że mi nie smakowało lub że, pracy jego nie szanuję.  W podróżach, to ja się tylko kulkami dojadam. Główne posiłki jem      w restauracjach, na legalu i niczym nie gardzę, bo jak wspomniałem, mam wielki szacunek dla każdego kucharza. Zatopiłem się w tych smakowitych rozmyślaniach i tak sobie jechałem. 
Mamcia odwróciła się do mnie i sprawdziła, czy wszystko jest w porządku? Jest okay - zasygnalizowałem,
kładąc się wygodnie w moim kuferku. Tatko sygnalizował, że w porządku nie było, przynajmniej u niego.
Zwolnił. Podniosłem głowę. Sprawdziłem drogę. Niby okay, ale nie było. Tatko jadącł, coś majstrowal przy kasku. Przyłbicę, to podnosił do góry, to znowu opuszczał i tak kilka razy. Zastanawiałem się:
- Udział w turnieju rycerskim będzie brał, czy co? Co to ma znaczyć? Coś jest nie hallo?! Przyłbica się popsuła?  
 Tatko zjechała na pobocze i się zatrzymał. 
-No fajnie! Bedzie sikanie! - powiedziałem do sobie i przygotowany do ewakuacji, lecz nikt na mnie nie zwrócił uwagi. Tatko obejrzał kask. Jedna strona osłony oderwała się od kasku. Z kłapiącą przyłbicą jechać nie może. Mamcia zaproponowała zamianę. Rozmiary takie same, ale on nie chciał. Z ojcem nie pogadasz.
Zawsze ma własną wizję.  Zaperzony jak marchewka, oderwał przyłbicę. Bogatemu wszystko wolno. Nowa wersja kasku w razie deszczu, zapewniała nie lada "atrakcje ". Woda w nosie gwarantowana i nie tylko tam.
Oj, będzie się lało! Ojciec , zrobił co chciał. Argumenty nie pomagają, bo jest  uparty - jak ja, gdy w deszcz do domu wracam, zamiast szybko "dwójkę " na trawie postawić.
Kask ojca "naprawiony".  Duzi wsiedli na motor i moja nadzieja na sikanie przeminęła z wiatrem. 
Pomyślałem, że przecież do stacji benzynowej wytrzymam. Miałem plan.  
Już troszkę zmęczony, ponownie ułożyłem się wygodnie do jazdy - jeśli można mówić o wygodzie na motorze.  Do zmroku zostało niewiele czasu, więc Tatko wjechał na autostradę. Jechaliśmy szybko. Stówa z licznika nam nie schodziła. Przybrałem pozycję aerodynamiczną, leżąc na płasko i opierając głowę o brzeg mojego kufra. Lubię jeździć autostradą, gdyż szybko się przemieszczamy, a korki nam nie straszne. Motor wciśnie się wszędzie. Gdy jest gorąco, to na motorze nie jest, lecz gdy jest zimno, to na motorze można zamarznąć!  Autostrada ma plusy, więc ma też minusy. Jak w życiu, musi być równowaga. Na autostradzie śmierdzi spalinami i jest nudny widok.  Za to, gdy tam się pojawiamy, uczestnikom ruchu dostarczamy wiele uśmiechu i wrażeń. ​ 
Siedziałem grzecznie w moim kuferku. Obok nas jechał samochód. Nie wyprzedzał. Znaczy, pasażer fotki robił. Gdy już pstryknął mi zdjęcie i sprawdził, czy wyszło dobrze - na Instagrama albo Facebooka - auto odjechało 
- Miejsce dla następnych! Proszę się pospieszyć! - Kierowałem ruchem.
Samochody jechały lewym pasem a powoli. Zawsze tak się ludziom spieszy , tylko jak my na motorze jedziemy , to nikt nas wyprzedzać nie chce - taka  mała dygresja mnie naszła.
Teraz kierowcy i pasażerowie uśmiechnięci od ucha do ucha ,bo fotki zrobili! Pewnie mieli temat na resztę dnia. Widzieli psa na motorze! To jak świstak ze sreberkami i czekoladą.  Bez fotki znajomi i członkowie rodziny wysłaliby ich na leczenie. Więc dowód musiał być ! Na autostradzie wszyscy nas pozdrawiali, machali na pożegnanie i pokazywali kciuka do góry. My również. I tak po kolei, samochód za samochodem. Niektórzy uczestnicy ruchu, robili mi zdjęcia dyskretnie, jak z za węgła. Potem cieszyli się i odjeżdżali uśmiechnięci.
Czy oni myśleli, że nie widziałem?
-Widziałem! - Krzyczałem ubawiony, choć i tak nie słyszeli. Śmiali się, jakbym był zabawny. Czy ja zabawny jestem? Przystojny owszem, ale zabawny? Dobra, niech im będzie. 
Fajnie jest dawać ludziom radość. Lubię to robić i kocham te uśmiechnięte buzie, te reakcje na mnie i aprobatę moich motorowych podróży.
Kilometr za kilometrem mijał błyskawicznie. Jazda była szybka i monotonna. Leżałem wygodnie w kuferku, odpoczywałem. Przymknąłem oczka i już miałem się zdrzemnąć, gdy Tatko zaczął zwalniać. 
Ujrzałem stację benzynową, znaczy, sikanie będzie! Kręciłem się niespokojnie, bo mi pęcherz dokuczał. Nareszcie zatrzymaliśmy się i padło hasło "Z koni!" - tych mechanicznych. Zeszliśmy z motoru. Zapięty pod szyję w kufrze, już nie umiałem wysiedzieć, ale Mamcia przyszła mi z pomocą. Odpięła ustrojstwo i zostałem uwolniony. Akcja "tankowanie" przebiegła bardzo sprawnie. 
Mamcia, jak w pit stopie na MotoGP albo na Formule 1 , nalała mi wodę do miseczki. Szybko wypiłem i już pognałem "na stronę" opróżnić mój bak, podczas gdy Tatko napełniał swój, znaczy motorowy. Prostowałem moje kosteczki bieganiem. Zrobiłem co trzeba i znowu wróciłem do miseczki z wodą. Musiałem się dopić. Nigdy nie wiadomo jak długo będziemy jechali. Tatko już zatankował więc Mamcia z prędkością światła, zapakowała miseczkę, mnie do kufra, kufer zapięła, czapkę znowu mi założyła i byliśmy gotowi do dalszej drogi. Tatko wsiadł na motor, Mamcia też i ponownie ruszyliśmy. Do przejechania mieliśmy mały odcinek autostrady, więc rozłożyłem się wygodnie w mojej miejscówce. Rozmyślałem o wieczorze. Zastanawiałem się, gdzie będziemy spali? W jakim mieście?
Jechaliśmy przez niemiecką Nadrenię. Cudnie tam jest! Uwielbiam te widoki. Zielone góry! Płynie Ren, a po nim kursują statki. Brzegi Renu, ozdabiają przepiękne, kolorowe, stare budynki. Ich okna udekorowane kwiatami dodają bajkowej scenerii. Hoteli, restauracji, starych kamienic i zamków, jest tu co niemiara! Mamcia uwielbia zamki, a tu jak okiem sięgnąć, naliczyła ich aż siedem - z jednego miejsca! Wzgórza Nadrenii obsadzone są winoroślami. Mamcia mówi, że tu dobre wino mają - nie piłem, więc nie będę się wypowiadał. Po nabrzeżu, przechadzają się spacerowicze, co jakiś czas zaglądając do jakieś knajpki, które zapraszają gości na piękne tarasy i smakowitości. My też nie kończymy na jednej knajpce, chyba , że wcześniej jeździliśmy motorem.
Wjechaliśmy na prom, by  przepłynąć na druga stronę rzeki do miejscowości Stankt Goar. 
Fajne miasto. Byliśmy tu wiele razy.
Zatrzymaliśmy się przed hotelem z restauracją "Goldenen Lowen" - Złote Lwy.  
Tatko zszedł z motoru zapytać o wolny pokój. Mamcia została ze mną. 
Po chwili  wrócił i oznajmił, że tutaj spędzimy noc.
- Hurra!!! Będziemy tu spali i biesiadowali! - Cieszyłem się, bo znałem to miejsce. Często jedliśmy tutaj będąc przejazdem. Właściciele znali mnie i lubili. 
Wyszedłem wreszcie szczęśliwy z mojego kufra. Mamcia odpięła go, po czym wyjęła z bocznych kufrów dwie torebki  i włożyła do mojej miejscówki, bo ma kółka. Mniej rzeczy do noszenia, mniej problemów. 
Hotel mieści się w bardzo starym budynku. Dawno temu w 1783 roku była tu oberża. Tak się kiedyś nazywał hotel z restauracją. Od tamtej pory nic się nie zmieniło w działalności tego miejsca. Ciągle przyjmuje się tutaj gości oferując im jedzenie, napitek i nocleg. Wnętrze nadal ma sporo pozostałości dawnej świetności.
Jest oryginalna klatka schodowa z przepiękną, ręcznie rzeźbioną balustradą. Schody trochę strome.
Windy nie ma, a my musieliśmy się zawlec na drugie piętro. Trochę problem...
Pojawił się młody człowiek i odebrał od nas mój, wielki kufer. 
 - Ooo ! Jak elegancko! - Pomyślałem. Na powitanie nam, wyszła starsza pani, ogromnie uradowana na mój widok. Wygłaskała mnie, oczywiście. - Tak, tak lubię - dopominałem się o jeszcze. 

 Mężczyzna zaniósł mój kufer po schodach, do naszego pokoju. Po czym skłonił się i odszedł. Nie wierzyłem,    że są jeszcze takie miejsca! Weszliśmy do pokoju. Był duży, ładny, czysty z wysokimi oknami jak przystało na bardzo stary budynek. Od razu musiałem przetestować łóżko, czy aby wygodne. Mamcia nawet nie zdążyła zaprotestować, kiedy ja już czochrałem się na wyrku. Czysta i pachnąca pościel, zawsze tak na mnie działa i nie mogę się oprzeć. Lóżko było bardzo wygodne, więc stwierdziłem, że będę w nim spał. Należał mi się porządny wypoczynek. Pokój miał też wielką łazienkę. Testowaniem łazienki zawsze zajmuje się Tatko.                                      Sprawdził czy dobrze działa kibelek... sprawdził potem prysznic a gdy  się ogarnął zabrał mnie na spacerek. 

Chodziliśmy sobie nadbrzeżem. Przy każdym słupie i murku "czytałem" międzynarodowe maile od kumpli              i naturalnie, odpowiadam na każdy z nich. - Skąd ty masz tyle sikania? - wyburczał Tatko,ale ja nie odpowiadałem, bo byłem ogromnie zajęty. Wreszcie wróciliśmy do hotelu, gdzie Mamcia robiła się na bóstwo i już była na finiszu. Gdy weszliśmy do pokoju, zakładała buty, wzięła torebkę i zeszliśmy do restauracji. To jest mój ulubiony czas w każdej podróży. RESTAURACJA! Jedzonko! Mniam! 

Miseczkę z wodą dostałem natychmiast. Duzi zamówili jedzonko. Grzecznie czekałem siedząc na krześle obok Mamci. Był ciepły wieczór. Siedzieliśmy na tarasie. Uwielbiam takie wieczory jak ten. Rozglądałem się wokół          i przypatrywałem, spacerującym na nabrzeżu ludziom. Wszyscy zadowoleni, wyluzowani, uśmiechnięci i spokojni. Mamcia coś pisała i rysowała w swoim podróżnym notatniku. Była zafascynowana oknem restauracyjnym. Całe spowite w cudną kratownicę, po której wiła się różowa mandevilla. Mamcia rozpłynęła się w zachwycie. Musiała utrwalić ten widok na papierze. Ja również się rozpływałem, ale na widok przybywającego befsztyku. Mięsko Tatki spoczywało w towarzystwie pieczonych kartofelków. Idealny duet! Mamcia skatowała mnie widokiekom sałatki. Szczęście, że dojrzałem tam kawałki kurczaka, w przeciwnym razie byłbym głodny. Tatko jadł dużo i w skupieniu. Nie zwracał uwagi na moje, pełne wyczekiwania i głodne spojrzenia. Przy nim na pewno nie umarłbym z przejedzenia. Za to Mamcia z poświęceniem, oddawała mi ostatnie kawałki smażonego kurczaczka, zjadając wszystko co zielone. Zapijała słynnym reńskim winem, skosztować nie dała - chytra! Toteż się nie napraszałem. Woda w towarzystwie mięska - of course - wystarczyła.
Wszyscy upajaliśmy się tym miłym wieczorem. Zapach befsztyczka Tatki, niepokoił mnie, bo on ciągle go jadł! Byłem spocony ze strachu, że on to wszystko pochłonie w zapomnieniu. Nie pochłonął. Dał mi kawałek, gdy zobaczył wymowne spojrzenie Mamusi i mój ślinotok. W końcu, ile można czekać?! Kurczak od Mamci i kartofelki z mięskiem od Tatki, uspokoiły moje kubki smakowe i skołatane nerwy. Poczułem błogostan. Mamcia tak fajnie mnie głaskała, że ogarnęła mnie senność. Kocyk na krzesełku był miękki i zaprosił bym się do niego przytulił. Nie opieram się. Wpadłem w objęcia Morfeusza. 
Nie wiem jak długo spałem? Gdy się obudziłem ujrzałem wstającego od stołu Tatkę.                                               Po biesiadzie, podjął zamiar okrążenia ze mną nabrzeża. 
Poszedłem z nim. Widziałem, że spacer dobrze mu zrobi. Wykorzystałem ten czas na odczytanie z murków i latarni, kilka maili od kumpli z Niemiec. Informacji nie było dużo, bo czas nie po temu. Spisałem się szybko i wróciliśmy do hotelu. Mamcia czekała na nas w pokoju. Leżąc w łóżku, trzymała w ręku "władzę" - pilot od telewizora. Ogromnie się ucieszyłem na widok łóżeczka. Wpadłem do pokoju i od razu na nie wskoczyłem. Wsadziłem Mamci głowę pod rękę, na głaskanie. Grzeczny byłem jak żaden inny pies.  Czochrała mnie, przytulała i wycałowała. Po jakimś czasie "władza" wypadła jej z ręki i ujrzałem jak jej się oczy kleją.      Przytuliłem się i zasnęliśmy.   
Obudziliśmy się dość wcześnie. Domagałem się spacerku. Obowiązek musiałem wykonać. Ojciec nie chciał ze mną współpracować. Ociągał się strasznie, to ja mu dawałem buziaczka, buziaczka itd.                              Wreszcie skapitulował i wyszliśmy. Było ciepło i przyjemnie. Przechadzałem się po trawnikach, sprawdzałem wiadomości od kumpli i zostawiałem swój podpis - JA TU BYŁEM. Na odpowiedz czekać nie mogłem. "Obowiązek" zostawiłem na trawie i wróciliśmy do hotelu, bo w restauracji czekało śniadanko. 
Mamcia się ogarnęła, bagaże również. Wszystko spakowała do drogi. Zeszliśmy na śniadanie.                               W restauracji, miła, starsza pani uśmiechała się do nas z powitaniem: "Gute morgen".                                Pogłaskała mnie i zapytała co Mamcia z Tatką będą pili? Kawę czy herbatę?
 - Dla mnie woda! - Odezwałem się pierwszy. 
Nie zauważyłem, że woda czekała na mnie cierpliwie przy stole.
Śniadanko obfitowało w różne kiełbaski, szyneczki i paszteciki. Nie zabrakło serka, który uwielbiam. Był także deserek w postaci owocowych sałatek. Ananasa, jabłko i brzoskwinie dostałem od Mamusi. Wspomniane pyszności również. Pachniały świeże bułeczki. Z masełkiem są zawsze pyszne. Ja zjadłem tylko ten miękki środek, bo skórka szkodzi mi na cerę. Skórka się nie marnuje, Mamcia zjada. Jajko sobie odpuściłem. Białko, niezmiennie, ślizga mi się po zębach, a żółtko nie zawsze jest odpowiednio miękkie. 
Po śniadanku jeszcze szybkie sikanie i przyszedł czas na wyjazd. Bagaże znieśliśmy ze schodów - znaczy, tym razem Tatko znosił - i stanęły obok motoru. Mamcia zabrała resztę i mnie. Kiedy już byliśmy przy naszej maszynie, sprawnymi ruchami logistyka, Mamcia wszystko wkładała na miejsca. Przypięła mój kufer, ściągnęła taśmami, by się nie ruszał. Założyła swoją kurtkę, kask, na końcu włożyła mnie do mojego motorowego legowiska. Wszystkiemu z zachwytem przyglądała się starsza pani z hotelu. Była to właścicielka, która razem z siostrą, mężem i synem prowadzą to gościnne miejsce. Pani czekała na nasz odjazd.                                        Nigdy wcześniej nie widziała psa na motorze. Byłem dla niej specjalnym gościem i chciała mi zrobić parę zdjęć. 
Byliśmy gotowi do wyjazdu. Tatko odpalił maszynę i czekał. Starsza pani robiła zdjęcia, a ja siedziałem grzecznie, pozując specjalnie dla niej. Była ogromnie szczęśliwa, po prostu promieniała z radości.
Pożegnaliśmy się. Pani życzyła nam szczęśliwej podróży i czekała, aż odjedziemy. Machała nam na pożegnanie. Ogromnie się wzruszyłem. Ruszyliśmy. 
Czekał nas kolejny dzień spędzony na motorze. Przez Niemcy jechaliśmy zadowoleni. Pogoda była piękna.
Jak na wrzesień, było bardzo ciepło, ale ja miałem "klimę"  włączoną. Mamcia mi trochę kufer uchyliła.
Wiaterek wpadał do kufra i chłodził moje futerko. Było bardzo przyjemnie.
Pomyślałem sobie, że to jakoś za dużo szczęścia na raz...
Nasze podróże nigdy nie są nudne, więc i tym razem coś musiało się przydarzyć i przydarzyło. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

 

 

 

 

                  Viva Italia ! 

Kolejny odcinek  -  kliknij tutaj     "Viva Italia!  - cz.II