Strona główna

        Kontakt

         Galeria

    Wigilijny wieczór                2012 roku

   Mój nowy domek

       Pierwsze dni

    Jadę na motorze

     Świat jest piękny !

  Trippstadt, Koblenz,           Strasburg         

     Dusty i Suran                  w Holandii

    Sem - Psi Anioł

     Viva Italia ! - cz.I

    Viva Italia ! - cz.II

     Benzyny brak !

   Z PAMIĘTNIKA PSA PODRÓŻNIKA

   Niezwykła historia adoptowanego psa Marusia   

    Viva Italia! - cz.III

      Fiesta Italiana

         Szwajcaria                    po raz drugi 

 Kupujemy uszczelkę

     Lista  Patronów 

 Wpadka towarzyska

     Kluczyk cz.I

    Kluczyk cz.II

     Fontanna

          Tolek

   Kłopoty z prądem 

    https://patronite.pl/Z-pamietnika-psa-podroznika/posts   

                                         Kluczyk cz.II

Proszę, zostaw komentarz.  Dziękuję  - Maruś 

   Następne opowiadanie - kliknij tutaj       -    " Fontanna" 

            Przebudzenie po zakrapianej imprezie nigdy nie jest miłe, toteż dla Tatki miłe nie było. Mimo to, podjął „rzuconą mu rękawicę” i wstał z łóżka jak bohater, a potem poszedł ze mną na spacerek. 

     Mamcia wyskoczyła z pieleszy w skowronkach i od razu poszła robić się na bóstwo. „Syzyfowe prace” - pomyślałem - „ale niech próbuje”
     Spacerek po rosie na hotelowych trawnikach, wcale mi się nie podobał. Zupełnie nie miałem ochoty wyglądać jak Wodnik Szuwarek, więc ciągnąłem Tatkę w stronę przeciwną niż hotelowy ogród. Na wykonanie mojego obowiązku wystarczyłby mi kawałek trawy przy zimozielonych laurowiśniach, odgradzających hotelowe ścieżki od miejskich uliczek, ale nie mogłem tam pójść. Z Tatkiem w „stanie nieważkości” z dnia poprzedniego, trudno było się dogadać. Zupełnie nie reagował na moje sugestie dotyczące miejsca spaceru. Wreszcie nie wytrzymałem. Zatrzymałem się. Wytężyłem swoje zdolności telepatyczne do granic możliwości i spojrzałem mu głęboko w oczy. 
         - Skup się chłopie! - Powiedziałem. - Nie będę tu pląsał po mokrej trawie. Chodź ze mną na drugą stronę ulicy, tam jest jakaś sucha ścieżka, która nam obu sprawi przyjemność. 
     Widząc mój wymowny wzrok, minę oraz rozstawione łapy sygnalizujące ośli upór, gdyż po mokrym nie miałem zamiaru chodzić - w końcu załapał. Nie wiem, czy oświeciła go jasność mojego przekazu, czy stłuczona butelka po piwie błyszcząca w trawie, ale się udało.
     Przeszliśmy na drugą stronę ulicy.  Szutrową ścieżką i skierowaliśmy się w stronę górki porośniętej soczystą zielenią polnej roślinności. Ścieżka prowadziła do lasku oraz pięknego domostwa w stylu secesyjnym. 
"Chciałbym mieć taką wielką chatę.. A ogród tu mają jak boisko w Eindhoven!" Marzyłem. W takim domu, pewnie, nie nudziłbym się jak w naszym mieszkaniu. Latem, owszem, jest fajnie, bo park bliziutko i na balkonie mogę sobie ogrzewać kosteczki, lecz zimą łażę po chacie wte i wewte. Nuda panie, nuda. Niestety „jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma”. A po chwili jednak zreflektowałem się i pomyślałem, że narzekać nie mogę, bo grzech byłby śmiertelny! Stwórca dał mi to, co było dla mnie najlepsze - byłem kochany przez wszystkich, a mój domek był najwspanialszy na świecie, bo mój! Życie też miałem ogromnie ciekawe. Nawet brałem udział w programie  TVP2 „Pytanie na Śniadanie”. Nie wielu mogło się pochwalić takim zaszczytem, a co dopiero jakiś adoptowany prawie-jamnik. 
     Refleksyjnie nastawiony, zrobiłem co do mnie należało i od razu pociągnąłem Ojca w stronę hotelu, wiedząc, iż tam czekało na nas obfite śniadanie. Najpierw jednak poszliśmy do pokoju sprawdzić, czy Mamcia się ogarnęła do wyjścia? Ogarnęła.
     Radośnie przemierzyłem z Dużymi labirynt hotelowych korytarzy i weszliśmy na salę śniadaniowo-biesiadną.  Liczna, Tatowa kompania z dnia poprzedniego, konsumowała śniadanko. Gorące parówki pachniały na całą salę, toteż Mamcia od razu wiedziała co ma mi przynieść. Przyniosła nie tylko parówki, lecz także różne inne kiełbaski i szyneczkę. Wszystko było z myślą o mnie, bo sama wolała jeść bułkę z białym serkiem i z ogórkiem. Dziwna jest. Wprawdzie nie gardzę serkiem, ale tylko w przypadku braku alternatywy. Teraz wolałem smakołyki, oferowane mi przez Mamcię. Jadłem ze smakiem, chętnie przyjmując smaczne kawałki od wujków, którzy siedzieli z nami przy stole. Podeszło do nas kilka osób niosących na swoich talerzykach tłuszczyki okrojone z szyneczki, a nawet samą szyneczkę. Zmiatałem wszystko nie mogąc pozwolić, aby takie dobro miało się zmarnować. Gdy już uporałem się ze wszystkim, poczułem jak ten ogrom smakowitości wypełnił mój brzuszek.
     Po takim śniadaniu nabrałem energii i miałem ochotę na zabawę. Ponownie zaciągnąłem Tatkę na spacerek, a w tym czasie, Mamcia szykowała swoje odzienie na kolejny motorowy wypad. Tatko zaplanował tę trasę jeszcze, gdy byliśmy w domu. Poniekąd dobrze, jako że nie przyjechaliśmy w tę piękną okolicę, by leżeć, ale zwiedzać. 
      Słonko przygrzewało mocno i było naprawdę ciepło. Skierowaliśmy się w stronę Strasburga. Tam Tatko, przy jakieś fontannie chciał zrobić zdjęcie. Ruszyliśmy, a z nami wujek Frank. 
     Tatko ma na motorze nawigację, lecz ogromnie niekumatą, na dodatek z własnymi pomysłami, toteż po przejechanych kilku kilometrach, wujcio dojechał do nas i zaczął coś tam Tacie pokazywać ręką, znaczyło to, że chciał się zatrzymać.
     Stanęliśmy w małym sennym miasteczku, jak zawsze w pełnym słońcu, gdyż Padre, nie wie co to jest CIEŃ (?), nawet przy temperaturach powyżej 30 stopni, czym Mamcię do szału doprowadza. 
Następnie zsiadł z motoru i standardowo, wolnym, krokiem podszedł do wujka Franka. Panowie rozpoczęli dyskusję. Gadali i gadali, a mnie w kufrze zrobiło się dość ciepło, żeby nie powiedzieć GORĄCO! Chciałem z niego wyjść. Mamcia nie wiedziała co ma robić? Wyjąć mnie? A może pozostawić w mojej miejscówce z otwartą klapą? Uspokoiłem się, gdy mi Mamcia swoją osobą, zrobiła cień i otworzyła kufer.Trudno było określić jak długo trwała narada się dwóch facetów? Wciąż gadali, a my podpieraliśmy motor. 
 
     Po drugiej stronie ulicy był sklep z damskimi ubraniami i różnymi rzeczami, na których się nie znam, ale Mamcia owszem i chyba były fajne, bo widać było jej zachwyt w oczach. Gapiła się w witrynę sklepu, jak sroka w gnat. 
     Pod sklep podjechał szary Renault. Zaparkował i weszła z niego jakaś pani, kierując się wprost do „rajskiego przybytku”. Po chwili szary Opel zatrzymał się tuż za Renaultem. Z Opla również wyszła niewiasta i prawie od razu zniknęła we wnętrzu sklepu, tak jak jej poprzedniczka.
     Minął jakiś czas. Pani z Opla opuściła sklep, wyraźnie zadowolona. 
Z pakunkami w jednej ręce, a kluczykiem do samochodu w drugiej. Podeszła do auta, włożyła kluczyk w zamek u drzwi i chciała go przekręcić. Ale kluczyk chyba nie pasował, gdyż wyjęła go i zdziwiona spojrzała na niego.  Ponowiła próbę otworzenia samochodu, lecz daremnie, gdyż znowu się nie powiodła. To był zaklęty zamek! Kluczyk zupełnie nie chciał z nim współpracować. I nagle, chyba na ową niewiastę, spadł meteor natchnienia.
Popatrzyła uważnie na samochód i... zrobiła przestraszoną minę, po czym w pośpiechu odeszła od pojazdu. Okazało się, że sprzeczka z samochodowym zamkiem, była bezsensowna, gdyż to nie było jej auto. Pomyślałem: "Nieważne jest, czy to szary Opel, czy szary Renault? Ważne by jeździł! Jednak z użyciem kluczyka to zawsze jakoś łatwiej."
     Obserwowaliśmy całą akcję, z początku bez emocji, lecz gdy Mamcia zorientowała się w tym zajściu, dostała napadu spazmatycznego śmiechu. Nagle zakłopotana kobieta spojrzała na Mamcię, a ta ze zrozumieniem tylko lekko się uśmiechnęła. Zaraz potem odwróciła głowę i zgięła się w pół chowając za motorem, gdyż tłumiony śmiech zaczął wstrząsać jej ciałem, a łzy rozbawienia płynęły jej po policzkach. Kiedy kobieta wsiadła już do własnego samochodu, Mamcia już bez skrępowania wybuchła śmiechem.     
Wtedy, po debacie z wujkiem Frankiem, podszedł do nas Tatko i ujrzał Mamcię w napadzie uciechy.  Na pytanie o powód jej wesołości, opowiedziała mu widzianą sytuację. Wszyscy mieli ubaw.
***
 
    Takie historie zdarzają się dość często.
    Dawno temu, gdy mnie jeszcze w planach nie było, Mamcia pojechała z wujkiem Jackiem na cmentarz, a był to dzień Wszystkich Świętych. Ich wizyta na cmentarzu, była już drugą tego dnia i szarość spowiła ulice. 
Przez ponad godzinę chodzili uliczkami nekropolii, odwiedzając groby członków rodziny i przyjaciół, co rusz kogoś znajomego spotykając. 
    Zapadł zmrok i granatowa ciemność ogarnęła niebo, które nad cmentarzem, rozjaśniały unoszące się jasne smugi dymów i światło palących się na grobach, wielu tysięcy lampionów.
    Nagle na ziemię spadły wielkie krople deszczu, przy akompaniamencie porywistego wiatru.  Mamcia z wujkiem Jackiem ruszyli biegiem w stronę parkingu, chcąc jak najprędzej schronić się w samochodzie. Dotarli na parking, szukając auta. Szybko zlustrowali jeden rząd samochodów, potem drugi. Daremnie, bo auta nie było, a ulewa i wichura nie pomagały w poszukiwaniach.
    Każdy wie, jak wygląda parking przed cmentarzem w dzień Wszystkich Świętych. Jeśli kierowca dobrze nie zapamięta miejsca, gdzie zaparkował, to potem może mieć kłopoty z odnalezieniem swojego pojazdu. Mamusia chyba nie odrobiła tej lekcji, bo auta nie umiała odnaleźć i była spanikowana. Z mokrymi włosami, smętnie zwisającymi jak strąki fasoli i rozmazanym tuszem do rzęs, który niemiłosiernie szczypał ją w oczy, stała w strugach deszczu i zrozpaczona, łykając łzy, ryknęła do wujka Jacka:
     - Ukradli nasze autko! - 
 Na co wujek spokojnie odpowiedział: 
     - No, może i ukradli? Ale nie martw się Ewuniu. Autko jest dobrze ubezpieczone. 
     - No dobra, ale jak można komuś ukraść samochód w taką pogodę?!!!  - wykrzyczała rozżalona Mamcia.
Wujek rozejrzał się wkoło, raz jeszcze po czym wskazując ręką, przemówił uspokajająco:  
      - Ewuniu, spójrz, tam stoi nasze autko.
   Mamcia, popatrzyła we wskazanym kierunku i odetchnęła z ulgą. Polonez w kolorze kawy z mlekiem wraz z innymi pojazdami stał w rzędzie, który w ferworze poszukiwań, został pominięty Maminym wzrokiem.
A kiedy już usiadła wygodnie w samochodzie, wycierając chusteczką mokrą od deszczu twarz, stwierdziła, że nigdy dotąd nie cieszyła się tak bardzo z widoku tego samochodu, pomijając oczywiście czas, kiedy to wujek Jacek jeździł do niej w konkury.
***
.    Kolejną historię przeżyłem razem z Mamusią, gdy razu pewnego, pojechaliśmy do Kringloopa (używaniec), kupić jakieś doniczki na balkon.  Mamcia, zdobywszy co chciała, zapłaciła i objuczona jak muł z radością udała się na parking. Podeszła do białego busa, otworzyła boczne drzwi i ujrzała na pace, wiele różnych przedmiotów w kartonach i bez. Trochę się zdziwiła, gdyż była przekonana, że w części transportowej, miała zupełnie inne graty. Poza tym dziwne wydały jej się te kartony z plastikowymi, dziecięcymi zabawkami, ale, że Tatko ciągle coś wozi busem, zlekceważyła sprawę. 
     Chcąc wsadzić mnie do auta, otworzyła drzwi pasażera i zobaczyła, dość otyłą jejmościne, siedzącą na „moim” miejscu. Już ją prawie miała zapytać, co robi w naszym samochodzie, ale obok niej, siedzenie kierowcy zajmował jegomość, gabarytów kaflowego pieca. Bawił się , obracając coś w palcach i z wyraźnym zaciekawieniem obrzucił spojrzeniem Matkę. Ludzie w samochodzie tak dziwnie patrzyli na Mamcię, że gdy sam na nią spojrzałem, oczami wyobraźni, ujrzałem na jej na czole, wybity młotem pneumatycznym ogromny napis: "KONSTERNACJA!", a potem, chyba po zesłaniu Ducha Świętego, Mamcia zajarzyła! 
Z miną, co najmniej głupią, poczęła przepraszać owych ludzi, wyjaśniając przyczynę wtargnięcia do ICH samochodu. Nasz, stał tuż za nim. Ubaw po pachy mieli wszyscy. 
***
 
    Dojechaliśmy wreszcie do Strasburga i Tatko zrealizował swoje plany. 
Pod piękną fontanną została zrobione zdjęcie, na którym jestem ja na motorze i Tatko. Od tego momentu mogliśmy wracać do hotelu.  
    Od śniadania, przejechaliśmy spory odcinek drogi i byliśmy głodni. Rozpoczęliśmy poszukiwania jakiegoś miejsca, gdzie dobrze karmią. Mieliśmy zupełnie puste brzuchy. Niestety, trafialiśmy jedynie na piekarnie oferujące słodkie bułeczki i ciasta, do których Duzi mogli wypić kawę. Mamcia nie była zadowolona. Chciała zjeść coś konkretnego, toteż jechaliśmy dalej.
     Napotkane senne niemieckie miasteczko, zapraszało swoim urokiem i obiecywało smakowity posiłek. Zatrzymaliśmy się przy dobrze wyglądającej restauracji. Wnętrze było miłe i schludnie. Ściany pokrywały ścienne malowidła opowiadające o życiu mieszkańców tego regionu. Zaprzęgnięte do bron konie, orały ziemię, chłopi siali w polu ziarno i takie tam inne plenerowe scenki sprzed ubiegłego stulecia, niemniej wzbudzające ciepłe uczucia. Mamcia lubi oglądać takie obrazki, więc oglądała. Ogólnie, to ona kocha wieś i zupełnie nie rozumie co robi w mieście?
     Szumu wiatru na motorze, miałem po kokardę! Byłem ogromnie zmęczony. Ułożyłem się wygodnie na Tatowej kurtce leżącej na podłodze specjalnie dla mnie i „przyciąłem komara”, jednocześnie będąc czujnym, na wypadek, gdyby coś na stół wjechało.
     Wujek Frank z Mamcią rozpoczęli dyskusję. Pomyślałem: „Jako żywo, skończą, siedząc na motorach”. To był duet nie do przegadania, chociaż Mamcia w domu jest zupełnym milczkiem. Po prostu nie ma z kim rozmawiać. Tatko po powrocie z pracy, używa słów: TAK, NIE, NIE WIEM. Na przykład: na pytanie Mamusi, czy będzie jadł? Czy mu smakowało i czy podać kawę po obiedzie, odpowiada: „tak”. Czasem jednak zadaje pytania:
 „Gdzie są moje okulary?”, „Gdzie jest mój telefon?”, „Gdzie jest mój klucz?”
Są jeszcze wszechobecne przekleństwa, które zaczynają fruwać po domu, gdy Tatko siadaprzy komputerze. To złośliwe urządzenie nie podejmuje współpracy z Ojcem. Padre na komputer chciałby pizzę wrzucić, a to się nie da, więc mają konflikt interesów. 
     W tym, bogatym słowniku Tatusia, opartym na kilku słowach i zdaniach, Mamusia funkcjonuje od dziewięciu lat.  Jak ona to wytrzymuje przy swoim charakterze? Nie wiem. Wiem tylko, że gdy trafi na odpowiedniego kompana do rozmowy, to gadulstwu nie ma końca. 
    Tym razem opowieści Mamci, toczyły się wokół przejechanych, na ostatnim odcinku, pięćdziesięciu kilometrach. Mówiła o tym jak bardzo zmarzła. Przypomniałem sobie wtedy, że gdy minęliśmy Strasburg, poczułem na nosie zimny wiatr. Byłem dobrze ubrany, a mój kufer wypełniony poduszką i kocykiem chronił mnie przed zimnem. Za to Mamcia... no cóż, przestała się pocić na motorze. Wprawdzie miała na sobie skórzaną kurtkę, więc generalnie, powinno jej być ciepło, ale nie było, bo to letnia wersja kurtki. Kieszenie w niej są tak uszyte, by w czasie jazdy, powietrze swobodnie wpadało do środka. I wpadało, mimo zapiętych na zamek kieszeni. Następnie okrążało Mamine plecy z dwóch stron jednocześnie i wylatywało zapiętym zamkiem na brzuchu. Mało zabawne. Zastanawiające, gdyż latem to tak nie działało i zawsze Mamci było w tej kurtce gorąco. Mamcia, owiana ze wszystkich stron, siedziała w kolorze sino-zielony na twarzy i marudziła, jak to kobieta. Zarzucała sobie brak przezorności i miała rację. Gdyby wzięła przeciwdeszczowe ubranie, mogłaby się w nie zapakować i byłoby po sprawie. Niestety, zostawiła je w hotelu, czując rano ciepłe promienie słoneczne. 
       - Matka, używaj mózgu - poradziłem, ale chyba nie słyszała, bo w swoim w monologu, uderzała w żałosne nuty wymierzając nimi w męskie serca. Tatko był bezradny. Sam nie miał nic, co mógłby jej dać, by nie marzła. Od hotelu, dzieliło nas jakieś osiemdziesiąt kilometrów, a słonko już zaszło, więc wiadomo - robiło się coraz zimniej. Wujek Frank jak Lancelot, przyszedł Mamci z pomocą, oferując własne przeciwdeszczowe odzienie. Miał je w swoim motorowym kufrze. Cienka kurtka, ale skutecznie chroniąca, nie tylko przed wodą z nieba, lecz także przed wiatrem. „No i super”- pomyślałem. „Teraz nie będzie mi Mamcia marudziła i szczękała zębami podczas jazdy”.  
      Talerze z gorącym jadłem zameldowały się na stoliku. Spojrzałem rozczarowany. Cała trójka zamówiła sobie zupę!
      "To zmowa jakaś? Czy co?" - Rozważałem tę możliwość, wpatrując w jedzących z wyrzutem i miną zagłodzonego psa. Moje spojrzenie podziałało. Wyłowili z zupy mięsne kawałki i mnie poczęstowali.
 " Co to jest?! Komarowe sadło?" Zastanawiałem się, zbulwersowany mikrorozmiarem wyjętego z zupy, kawałka mięsa. Ale zaraz szybko zjadłem w obawie, że i to mogą mi odjąć sprzed nosa. Było dobre, więc od razu poczułem się lepiej. W błogostan wpadłem, dopiero, gdy na stole pojawiły się talerze z wołową pieczenią pływającą w zawiesistym sosie. 
Do mojej miseczki, którą mi Mamcia zawsze zabiera w podróże, wpadły kawałki owej pieczeni wraz z sosem i ziemniaczkami. Jedliśmy zapamiętale.
     Po tak sutym posiłku, uregulowaniu za niego należności, pożegnawszy się z miłym restauratorem i opuściliśmy ów przybytek rozkoszy mojego podniebienia. 
     Gdy stanęliśmy przy motorach, wujek-Lancelot wyjął z kufra obiecaną kurtkę i podał Mamci. Odziała się w nią i zrazu uśmiech zagościł na jej twarzy, co na motorze częstym widokiem u niej nie jest. Ostatni odcinek drogi, przejechała „na ciepło”.  
     W hotelu wieczór spędziliśmy miło. Po sutej kolacji, wyciągnąłem Mamcię na spacer, a zaraz potem do pokoju. Oboje nie mieliśmy najmniejszej ochoty na dalsze biesiadowanie, w przeciwieństwie do Tatki. On z imprez zawsze wychodzi ostatni, choć przeważnie w podłej kondycji.
     Ułożeni wygodnie w łóżku i przytuleni do siebie, wpadliśmy z Mamcią w objęcia Morfeusza. Tatko wpadł o wiele później, bo gdy w barze lali piwo, miał Morfeusza w głębokim poważaniu.To był ostatni jego wieczór w tak dużym gronie, toteż rozumiałem, że pożegnanie z wszystkimi kolegami, zajęło Tacie sporo czasu i zdrowia. 
     Kolejnego dnia, wkrótce po śniadaniu, wyjechaliśmy z tego fajnego, gościnnego miejsca. Kierowaliśmy się na północ, czyli w stronę Holandii. To była nowa trasa, jako że Tatko na motorze, nigdy tymi samymi drogami nie jeździ. Zawsze jest coś interesującego do obejrzenia, więc trzeba to wykorzystać. Korzystaliśmy. 
     Razem z Dużymi oglądałem cudne krajobrazy, podziwiając kreatywność Stwórcy. Nie ma dwóch takich samych listków na drzewie, identycznych kwiatków, tak samo, jak dwóch jednakich płatków śniegu. To jest niesamowite! Pracę rąk ludzkich można powielić. Boże dzieło, nigdy się nie kopiuje.
     Oczarowani widokami, w nostalgicznej atmosferze, dojechaliśmy do kolejnego miejsca, gdzie wujek zrobił nam zdjęcie do konkursu Moto Guzzi. Mamcia wygląda na nim jak krasnoludek z bajki o kosmitach. Na zdjęciu, skurczyła się diametralnie, bo wujek Frank jest wielkim facetem i gdy pstryknął fotkę ze swojej wysokości, to zmniejszył Mamcię do wymiarów Calineczki. Ciekawe, że w poprzek to nie działa. Szkoda, bo wtedy Mamcia mogłaby wyglądać szczuplej. No trudno.
     Za to ja wyszedłem na zdjęciu jak zawsze - pięknie. Nawet w tej głupiej czapce, co ją mi Mamcia, na szybko zrobiła z tatowej skarpety - CZYSTEJ! - bo swoją zgubiłem niedaleko toru Formuły1- Hockenheimring. 
Stało się to wówczas, gdy jechaliśmy na imprezę i padał deszcz. Daszek w moim kufrze był postawiony. Raz się cofałem pod niego, a raz wychylałem, by skontrolować, czy Tatko dobrze jedzie i wtedy mi ta czapka spadła. Po prostu tragedia dla mnie! Czapka była żółto-seledynowa, ale ją lubiłem. Miała naszywki z motorowego spotkania w naszym Uden a także  z włoskiego Mandello del Lario.  Poważnie w niej wyglądałem. Teraz musiałem zadowolić się SKARPETĄ  na głowie! Jakoś przeżyłem tę kompromitację - musiałem. Najważniejsze, że mi w uszy nie wiało. 
    Dojechaliśmy do Sankt Goar i panowie zarządzili przerwę na odpoczynek. Hotel „Zum Goldenen Löwen”, jak zawsze przyjął nas serdecznie, gdyż często tam gościliśmy. Rozlokowaliśmy się w przestronym pokoju, a potem Duzi doprowadzali się do porządnego stanu, biorąc kąpiel i zmieniając odzież na „cywilną”, znaczy: nie motorową.
    Pół godziny później spotkaliśmy się w holu z wujkiem Frankiem i wyszliśmy na spacer. Nareszcie mogłem rozprostować łapki. Niezaprzeczalnie, było mi to potrzebne, Dużym zresztą też. 
Spacerowaliśmy oglądając z zaciekawieniem stare budynki i widniejące na nich napisy. Niektóre budowle pochodziły nawet z końca XVI wieku. Szkieletowa konstrukcja ścian z widocznym belkowaniem wierzchu, w Polsce, nosi nazwę „pruski mur”, ale wcale pruskim nie jest. Na Północy Europy stosowano go już w średniowieczu.  Podziwialiśmy te piękne kamienice pyszniące się różnymi kolorami, a wszystkie jak z bajki. 
Miały małe okienka ze szprosami, pomalowane na biało, często ubrane w śliczne firaneczki i doniczki pełne kwitnących pelargonii. Tak spacerując znaleźliśmy też stary kolejowy dworzec w Sankt Goar. Spacer sprawił nam przyjemność. Na kolację było jeszcze za wcześnie, ale na kubek wody dla mnie w sam raz. 
     Weszliśmy do jakieś restauracji, mieszczącej się w wiekowym budynku. Wiele różnych, starych przedmiotów zdobiło ściany tego przybytku. Stare sztychy przyciągały wzrok. Mamcia znowu była w swoim żywiole. 
Tatko też lubi stare obrazy i zdjęcia z epoki, toteż od razu ruszył z wujkiem Frankiem na rekonesans. Oglądali wszystko. Wiele umieszczonych tam przedmiotów nic Tacie nie mówiło, bo nie znał ich zastosowania. Mamcia znała, więc szybko objaśniała działania owych kuriozów.  
     Usiedliśmy przy oknie, na narożnych miękkich siedziskach. Ułożyłem się wygodnie obok Mamci i przysnąłem zmęczony. Duzi sączyli jakieś żółte płyny, mało mnie interesujące. Miałem swoją wodę i to mi wystarczyło - na razie. 
     Nastał czas kolacji. Przyjąłem to z ogromnym entuzjazmem, gdyż mój brzuch poczuł pierwsze takty „Marsza Radeckiego”.  Niemiecki naród nie jest wyznawcą wegetarianizmu, a tego wieczoru nawet Mamusia nie była, więc podane mi przez nią kąski smacznego mięska, przyjąłem w radością. Tego wieczoru poszliśmy wcześniej spać... jakoś koło północy. 
 
     Następnego ranka, jeszcze przed śniadaniem, zaciągnąłem Tatkę na spacer. Odczytałem, od niemieckich kumpli, wszystkie wiadomości pozostawione na murkach, zostawiłem tam swój podpis i „pakiecik” na trawie, po czym zatargałem Tatkę do hotelu. Z jedzeniem uporaliśmy się dość szybko, znaczy: ja się szybko uporałem. Duzi zamiast jeść gadali i gadali, bo to była ulubiona dziedzina sportu wujka Franka i trudno było przy nim dojść do głosu. On jest drugą osobą mogącą mówić bez ustanku. A jeśli robi przerwę, to tylko na głębszy oddech. Ale, prym w gadulstwie wiodła Mamci dawna koleżanka, Ilona z Krakowa, od której Mamcia kiedyś kupiła konia o pięknym imieniu, Eliasz. Owa Ilona, ciągnęła swoje monologi nawet nie łapiąc oddechu i „nie stawiając” kropek między zdaniami. Zwyczajny, monotonny słowotok. Wujek Franek w gadulstwie uplasował się - chwała Bogu! - na drugiej pozycji, bo stawiał przecinki, kropki i łapał oddech. Poza tym umiał także słuchać, czego wspomniana Ilona nie umiała. A przecież słuchanie, to wielka sztuka! Gdy mówię do Mamci, to ona zawsze słucha i dlatego ciągle do niej coś mówię, czasem pokazuję.
    Po śniadaniu, Duzi przebrali się w ubrania na motor, pozbierali rzeczy z pokoju, rozliczyli się w recepcji i ponownie wsiedliśmy na motor.Tym razem jechaliśmy prosto do domu. Kilometry mijały, godziny także, a my byliśmy coraz bliżej. Myślałem w tym czasie o moich piłeczkach pozostawionych w domu. Wszystkich w podróż nie mogłem zabrać. Marzyłem o leżeniu na naszej balkonowej ławce wyłożonej miękką poduszką. Chciałem już wyjść z W tych rozmyślaniach, widziałem się w promieniach zachodzącego słońca, gdy nagle Tatko zwolnił.      Podniosłem się i spojrzałem wokół. Wjechaliśmy na stację benzynową.
     „No miło. Sikanie będzie” - pomyślałem. Niestety, nie było sikania. Mamcia proponowała Ojcu tankowanie, ale on stwierdził, że jeszcze 100 km możemy zrobić. Standard. Zatrzymaliśmy się na tej stacji, by pożegnać wujka Franka. Nasze drogi przy następnym zjeździe z autostrady, rozchodziły się. Na pożegnanie, pomachałem wujkowi ogonem i polizałem. Mamcia dała mu dwa całusy w policzki, bo tu taka moda, że wszyscy się całują. Tatko podał grabę, jak to facet i ruszyliśmy, każdy w swoją drogą, znaczy, tylko wujek w przeciwną do nas. 
    Przejechaliśmy, około 80 km i znowu wjechaliśmy na stację paliwową. Pomyślałem, że to bez sensu tak ciągle się zatrzymywać zamiast, wykorzystać ostatni postój, ale chciałem już wyjść z kufra, bo ciepło się zrobiło. 
Tatko zsiadł z motoru, zdjął „tank tas” (torba na zbiornik) i włożył kluczyk do korka umieszczonego w zbiorniku paliwa. W tym korku jest zamek. Kluczyk wchodził opornie, ale Tatko nie darował mu tej niesubordynacji i wcisnął go na siłę, lecz gdy potem próbował go przekręcić, główka klucza pozostała mu w palcach, reszta w zamku korka. 
     Takie rzeczy to tylko z Ojcem! Jak powiedział klasyk: „Podróż bez kłopotów, to podróż stracona”. Musi być odpowiednie zakończenie imprezy, bo jakże tak „na nudno”? Bez adrenaliny? Bez emocji? 
     Dalsza podróż była już nie możliwa, ponieważ kluczyk do zbiornika paliwa, jest tym samym, co do stacyjki. Teraz nie mogliśmy uruchomić motoru, a w zbiorniku paliwa mieliśmy opary. Co robić? 
Mamcia wzięła głęboki oddech, bo już nawet mowę jej odebrało, co jest rzeczą niebywałą! Wyjęła mnie z kufra i usiedliśmy w cieniu na chodniku. Tatko przepchał ostrożnie motor na bok, uważając, by przy gwałtownym ruchu nie zablokować kierownicy. Potem zabrał się za dzwonienie po pomoc, ale jego telefon oczywiście był rozładowany. 
     Na Mamcię można liczyć. Miała naładowane dwa telefony, z polskim numerem i holenderskim, toteż szybko włożyła jeden z nich Tacie w dłoń. Padre zadzwonił do swojej córki Monique i powiedział, co się stało. Potem gdzie jesteśmy i gdzie w naszym domu znajduje się zapasowy kluczyk. 
Ciocia Monique na szczęście posiadała klucz do naszego mieszkania.Szybko tam pojechała i wzięła co trzeba. 
    Przy stacji staliśmy, bez wody, a słonko paliło w najlepsze. To była stacja samoobsługowa. Płaci się kartą przy dystrybutorze. Nie ma żadnego kiosku z obsługą i pierdołami w związku z tym, paliwo jest tańsze. W naszym przypadku, w upale, postój bez wody miły nie był. Ale jeśli się stoi przy jakichś domostwach - jak my w tym momencie - można o nią poprosić. Prosząc o wodę nie ucierpimy, chyba że pychę mamy na myśli. 
Pustą butelkę mieliśmy, a ja miałem miseczkę.  
     Mamcia zaproponowała Tacie, by poszedł do domu, który stał tuż przy stacji i poprosił o wodę. Tatko nie chciał iść. Ach! ta pycha.   Ale w końcu poszedł i przyniósł w butelce wodę. Zrobił to tylko dla mnie.
     Pan, który dał nam wodę, był aż tak miły, że nawet zaproponował kawę i oczekiwanie na pomoc w jego domu. Niesamowite! Nie chcieliśmy robić mu kłopotów, więc grzecznie i z wdzięcznością za troskę odmówiliśmy zapewniając, że pomoc jest w drodze. Sama woda wystarczyła, z nią czekanie nie było aż tak długie. „Rozkraczyliśmy” się zaledwie jakieś 25 km od domu. Po niecałej godzinie nadjechała pomoc. 
To nie było długo biorąc pod uwagę fakt, że ciocia Monique musiała najpierw jechać do naszego mieszkania po kluczyk. Droga do miasteczka, w którym staliśmy prowadziła przez miejscowości usiane radarami i ograniczeniem prędkości.  Jakby na to nie patrzeć, ciocia wykręciła dobry czas. Gdy przyjechała, zabrała mnie, mamcię i nasze bagaże do swojego auta. Bez bagażu i nas motor spalał mniej, co w tym wypadku było istotne, bo w zbiorniku zostały śladowe ilości benzyny i opary. 
    Tatko jechał przed nami asekurowany, na wypadek zupełnego braku paliwa. Dojechaliśmy do Tatowego kolegi, bo on wiedział jak rozwiązać nasz kłopot, zupełnie nietypowy zresztą. Ale przecież Tatko jest tak nietypowy jak spotykające go sytuacje. 
Motor został u wujka Ada, a my zabraliśmy Tatkę do domu. 
 
    Nowy kluczyk mieliśmy po dwóch dniach. Tatko dorobił od razu 4 sztuki. Oryginalny kluczyk, który miał wytrzymać do końca życia motoru, wytrzymał tylko 6 lat. Nie wiem, co mam sądzić o marce motoru Moto Guzzi? Rupieć? A może to „zmęczenie materiału” ...przez Tatkę?  
Dobrze, że Tatko nie tankował przy pożegnaniu z wujkiem, bo byśmy się długo wietrzyli w oczekiwaniu na pomoc. Ale tam był trawnik i restauracja...
 
    Na koniec mała dygresja.  Osobiście, wolałbym włamywać się z kluczykiem do cudzego samochodu, niż łamać kluczyk we własnym pojeździe. Znowu sprawdziła się ludowa mądrość, że:  „Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni...”