Strona główna

        Kontakt

         Galeria

    Wigilijny wieczór                2012 roku

   Mój nowy domek

       Pierwsze dni

    Jadę na motorze

     Świat jest piękny !

  Trippstadt, Koblenz,           Strasburg         

     Dusty i Suran                  w Holandii

    Sem - Psi Anioł

     Viva Italia ! - cz.I

    Viva Italia ! - cz.II

     Benzyny brak !

   Z PAMIĘTNIKA PSA PODRÓŻNIKA

   Niezwykła historia adoptowanego psa Marusia   

    Viva Italia! - cz.III

      Fiesta Italiana

         Szwajcaria                    po raz drugi 

 Kupujemy uszczelkę

     Lista  Patronów 

 Wpadka towarzyska

     Kluczyk cz.I

    Kluczyk cz.II

     Fontanna

          Tolek

   Kłopoty z prądem 

                                                               Kluczyk cz.I

Wiosna to początek wyjazdów na motorze.

    Gdy słonko mocno przygrzewa, a pierwsze kwiaty pokazują swoje barwne główki, Tatko zasiada do przeglądania map. Dla mnie jest to informacja, o rozpoczęciu sezonu motorowego. Znaczy, znowu będzie mi zimno albo gorąco, lecz czego się nie robi dla miłości?
   Rzadko jeździmy na dwa motory, w sensie, że ktoś z nami jedzie, ale tym razem było inaczej. 
Tatko planował wycieczkę do Niemiec w rejon Badenia-Wirtembergia, a dokładnie do Schriesheim.              Piękna okolica, więc wujek Frank, gaduła nieprzeciętna, zdecydował się pojechać z nami, na miejsce jednego z członków klubu motorowego "Mc Ketel", do którego należymy. Słuszna decyzja. 
   Rezerwacja pokoju była zrobiona pół roku wcześniej, jedzenie opłacone, więc po co miałoby to przepaść.       W taki oto sposób, wujek Frank wkręcił się na motorową imprezę i wycieczkę w moim towarzystwie, okay - w naszym.  
   Tatko już tydzień wcześniej wykreślał trasę. Miał kilka wyznaczonych punktów na mapie i musieliśmy je znaleźć w realu. Następnie zrobić zdjęcie, ze specjalną tabliczką dokumentującą rok, pstrykniętej fotki. 
  To taki konkurs odbywający się raz na dwa lata w klubie "Nederland MotoGuzzi". Kto zrobi więcej fotek i zdobędzie więcej punktów, ten wygrywa. Tatko bawi się w to od wielu lat, a przy okazji ja i Mamcia również. Dlatego przed każdym wyjazdem skrupulatnie jest oglądana trasa, by nie przegapić jakiegoś miejsca konkursowego. W taki sposób, zamiast przejechać 400 km do wyznaczonego na imprezę miejsca, zaliczamy trasę długości 500 km albo więcej. Aż się ciśnie na usta: "Wstąpił do piekieł, po drodze mu było". Myślę, że chyba Tatki motto. 
   O godzinie dziewiątej rano, na swoim BMW przyjechał wujek Frank. By nie dopuścić go do głosu, po powitaniu, Duzi od razu wsiedli na motor wraz ze mną. 
   Mamcia zaopatrzyła mnie w ciepłe ubranko i czapeczkę. Kufer wyłożyła moją wielką podusią i jeszcze nakryła mnie kocykiem. Nie powiem, było mi przyjemnie ciepło, bo pogodę mieliśmy ładną i nic nie zapowiadało zmian, przynajmniej w tym rejonie. 
   Rozłożyłem się wygodnie w mojej miejscówce i podziwiałem okolice. Drogi, którymi jechaliśmy, były malownicze. Udekorowane żółtymi kwiatami mleczu, stokrotkami i wszechobecnymi, pospolitymi rumianami, często mylnie nazywanym margerytkami. Zapach rzepakowych pól, łąk i lasów był intensywny i koił skołataną duszę po jesienno-zimowych miesiącach. W miasteczkach napotkanych po drodze, różnobarwne kwiaty cieszyły oczy. Uwielbiam takie trasy!   
   Przejechaliśmy już spory kawałek drogi. Dotarliśmy do Sankt Goar, gdy zaczęło kropić.  
Generalnie Tatko nigdy nie przejmuje się deszczem, ale tym razem był z nami (Bogu dzieki!) wujek Frank, a on nie lubi jeździć na mokro, tak samo jak ja i Mamcia. 
  Wujek dał sygnał do postoju. Pora była obiadowa. Mój brzuszek już od jakiegoś czasu mnie o tym informował. Zatrzymaliśmy się w przydrożnej restauracji.  
   Niemcy, to kraj, w którym każda knajpka oferuje sznycel w kilku rodzajach (smakują tak samo) i dość pokaźnych rozmiarów, dlatego lubię tam jeździć. Mamcia z kolei narzeka, bo sałatki mają marne. Zawsze tak przelane octem winnym, jakby kucharzowi kradziona butelka z rąk wypadła.
 Ja tam nie oceniam, bo tych sałatek nie jem. Nieustannie polecam Mamci sznycla, bo to potrawa bez pudła. 
  Tym razem zostałem wysłuchany i cała trójka zamówiła porządne dania mięsne -SZNYCEL! Wiedziałem, że głodny nie będę, ale na wszelki wypadek zająłem przyczółek pod stołem, by mieć blisko każdego z biesiadników. 
   Talerze ze schabowymi w rozmiarach XXL zameldowały się na stoliku. Rozpocząłem akcję ŻEBRANIE, na trzy fronty. Na szczęście, nikt mi nie żałował smacznego kotleta. Nawet właściciel restauracji przyniósł mi specjalny kawałek dowiedziawszy się, że ja także jeżdżę na motorze. 
   To było bardzo miłe z jego strony i geshenk przyjąłem z entuzjazmem.
 Czułem napchany brzuszek i postanowiłem zrobić sobie siestę. Niestety, znowu mieliśmy z Tatką business conflict. Kiedy ja chcę odpoczywać to on chce jechać, zawsze tak jest.
    Musiałem zrezygnować z poobiedniej drzemki. 
Wszyscy założyli na siebie ubrania przeciwdeszczowe i wyszliśmy z restauracji, żegnani przez pozostałych gości serdecznymi słowami "gute reise". 
   Nie widziałem nic miłego w podróży podczas deszczu, ale pomyślałem, że w końcu szczere życzenia mają moc spełnienia, to pewnie rychło deszcz przestanie padać. I tak się stało. 
   Po kilkunastu kilometrach deszczyk ustał, a mój kufer prawie od razu zrobił się suchy. 
Dojechaliśmy do miejsca, które bardzo mnie zaskoczyło, a jednocześnie ucieszyło. 
W miejscowości Saalburg w głębokim parku ujrzeliśmy za ogrodzeniem, dom dziwnej konstrukcji. 
Był to "Romerkastell"- rzymski fort. Fantastyczny widok! Budowla warta zwiedzenia. Jest tam mnóstwo eksponatów pochodzących z tamtego okresu, czyli II i III wieku naszej ery.   
 
 
 
 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wpłacając grosik na moje konto nr: 
  
 86 1140 2004 0000 3302 4646 1700   z dopiskiem: "darowizna na ksiażkę Marusia"

walnie przyczynisz się do wydania mojej książki. 
Część dochodu ze sprzedaży "Pamiętnika psa podróżnika" zostanie przeznaczona na pomoc najbardziej potrzebującym zwierzakom.   

                                                                                                      Dziękuję - Maruś 



Ps. Wszystkim sponsorom całość opowiadań zostanie przesłana ma e-mail lub na skrzynkę            wiadomości na Facebook. Również przewidziane są nagrody, takie same jak na stronie      Patronite.pl

    Następne opowiadanie - kliknij tutaj  -          " Kluczyk cz.II "

Ciąg dalszy opowiadania na stronie :

                https://patronite.pl/Z-pamietnika-psa-podroznika/posts

Proszę, zostaw komentarz.  Dziękuję - Maruś