Strona główna

        Kontakt

         Galeria

    Wigilijny wieczór                2012 roku

   Mój nowy domek

       Pierwsze dni

    Jadę na motorze

     Świat jest piękny !

  Trippstadt, Koblenz,           Strasburg         

     Dusty i Suran                  w Holandii

    Sem - Psi Anioł

     Viva Italia ! - cz.I

    Viva Italia ! - cz.II

     Benzyny brak !

   Z PAMIĘTNIKA PSA PODRÓŻNIKA

   Niezwykła historia adoptowanego psa Marusia   

    Viva Italia! - cz.III

      Fiesta Italiana

         Szwajcaria                    po raz drugi 

 Kupujemy uszczelkę

     Lista  Patronów 

 Wpadka towarzyska

     Kluczyk cz.I

    Kluczyk cz.II

     Fontanna

          Tolek

   Kłopoty z prądem 

                                                               Kluczyk cz.I

                                                                Kochani !
     Jeśli nie wiecie co zrobić z jakimś zaplątanym w portfelu grosikiem , to ja bym chętnie reflektował ... Dla rozrzutnych - na wszelki wypadek - podaję numer konta, oraz stronę Patronite - wystarczy kliknąć. 

                                                                                          Dziękuję - Maruś 
  
 86 1140 2004 0000 3302 4646 1700   z dopiskiem: "darowizna na ksiażkę Marusia"

                                                                                            



                                                                                            

    Następne opowiadanie - kliknij tutaj  -          " Kluczyk cz.II "

           https://patronite.pl/Z-pamietnika-psa-podroznika/posts

Proszę, zostaw komentarz.  Dziękuję - Maruś                              

         Kiedy słonko mocno przygrzało, a  wiosenne kwiaty pokazały swoje barwne główki, Tatko zasiadł do przeglądania map. Dla mnie była to informacja, o rozpoczęciu sezonu motorowego. Znaczy: znowu miało być mi zimno albo gorąco, lecz czego się nie robi dla miłości?

***
        Rzadko jeździliśmy na dwa motory, w sensie, że ktoś z nami jechał, ale tym razem było inaczej. 
Tatko planował wycieczkę do Niemiec w rejon Badenia-Wirtembergia, a dokładnie do Schriesheim. Piękny land, więc wujek Frank - gaduła nieprzeciętna - zdecydował się pojechać z nami, na miejsce jednego z członków klubu motorowego „Mc Ketel”, do którego należymy. Słuszna decyzja. Rezerwacja pokoju była zrobiona pół roku wcześniej, jedzenie opłacone, więc po co miałoby to przepaść. Wujek Frank zwrócił poniesione koszty naszego kolegi i w taki sposób, wkręcił się na motorową imprezę i wycieczkę w moim towarzystwie, okay - w naszym.
      Tatko już tydzień wcześniej wykreślał trasę podróży. Wyznaczył kilka punktów na mapie, które koniecznie musieliśmy odwiedzić, a potem zrobić zdjęcie, ze specjalną tabliczką dokumentującą rok, pstrykniętej fotki. To taki konkurs odbywający się raz na dwa lata w klubie „Nederland MotoGuzzi”. Wygrywa ten kto zrobi więcej fotek i zdobędzie więcej punktów. Tatko bawi się w to od wielu lat, a przy okazji ja i Mamcia również. Dlatego za każdym razem i przed każdym wyjazdem skrupulatnie oglądał trasę przejazdu, by nie przegapić jakiegoś miejsca konkursowego. I tak, zamiast przejechać 400 km do wyznaczonego miejsca na imprezę, zaliczaliśmy trasę długości 500 km albo więcej. Aż się ciśnie na usta: „Wstąpił do piekieł, po drodze mu było” i myślę, że to Tatki motto. 
      O godzinie dziewiątej rano, na swoim BMW przyjechał pod nasz domek, wujek Frank. By nie dopuścić go do głosu, po szybkim powitaniu, Duzi od razu wsiedli na motor wraz ze mną.
     Mamcia zaopatrzyła mnie w ciepłe ubranko i czapeczkę. Kufer wyłożyła moją wielką podusią i jeszcze nakryła mnie kocykiem. Przyznam że, było mi przyjemnie ciepło. Pogodę mieliśmy ładną i nic nie zapowiadało zmian, przynajmniej na początku naszej wycieczki.
     Rozłożyłem się wygodnie w mojej miejscówce i podziwiałem okolice. Drogi, którymi jechaliśmy, o tej porze roku były ogromnie malownicze. Udekorowane żółtymi kwiatami mleczu, stokrotkami i wszechobecnymi, rumiankami i pospolitymi rumianami - często mylnie nazywanym margerytkami - a do tego w rowach bluszczyk kurdybanek dodawał szyku swoją fioletową barwą. Zapach żółto kwitnących rzepakowych pól, łąk i lasów był intensywny i koił skołataną duszę po jesienno-zimowych miesiącach. W miasteczkach napotkanych po drodze, różnobarwne wiosenne kwiaty cieszyły oczy. Uwielbiam takie trasy!
     Przejechaliśmy już spory kawałek drogi i dotarliśmy do Sankt Goar, gdy zaczął kropić deszczyk. Generalnie Tatko nigdy nie przejmuje się deszczem, ale tym razem był z nami (Bogu dzięki!) wujek Frank, a on nie lubi jeździć na mokro, tak samo jak ja i Mamcia.
     Wujek dał sygnał do postoju. Pora była obiadowa, bo mój brzuszek już od jakiegoś czasu mnie o tym informował. Zatrzymaliśmy się w przydrożnej restauracji.
      Niemcy, to kraj, w którym każda knajpka oferuje sznycel w kilku rodzajach (smakują tak samo) i dość pokaźnych rozmiarów, dlatego lubię tam jeździć. Mamcia z kolei narzeka, bo sałatki mają marne. Zawsze tak przelane octem winnym, jakby kucharzowi butelka z rąk wypadła. Ja tam nie oceniam, bo tych sałatek nie jem. Nieustannie polecam Mamci sznycel,, bo to potrawa bez pudła. Tym razem zostałem wysłuchany.
    Cała trójka zamówiła porządne dania mięsne - SZNYCEL! Wiedziałem, że głodny nie będę, ale na wszelki wypadek zająłem przyczółek pod stołem, by mieć blisko każdego z biesiadników. Talerze ze schabowymi w rozmiarach  mega XXL zameldowały się na stoliku. Rozpocząłem na trzy fronty akcję: "ŻEBRANIE". Nikt mi nie żałował smacznego kotleta. Nawet właściciel restauracji przyniósł mi specjalny kawałek dowiedziawszy się, że ja także jeżdżę na motorze. To było bardzo miłe z jego strony i "geshenk" przyjąłem z entuzjazmem.
Czułem napchany brzuszek, więc postanowiłem zrobić sobie sjestę. Niestety, znowu mieliśmy z Tatką business conflict. Zawsze tak jest, że gdy  ja chcę odpoczywać to on chce jechać. Cóż, musiałem zrezygnować z poobiedniej drzemki.
     Wszyscy założyli na siebie ubrania przeciwdeszczowe i wyszliśmy z restauracji, żegnani przez pozostałych gości serdecznymi słowami „gute reise”. Nie widziałem nic miłego w podróży podczas deszczu, ale pomyślałem, że w końcu szczere życzenia mają moc spełnienia, to pewnie deszcz przestanie szybko padać. I tak się stało. Po kilkunastu kilometrach deszczyk ustał, a mój kufer prawie od razu zrobił się suchy.
     Dojechaliśmy do miejsca, które bardzo mnie zaskoczyło, a jednocześnie ucieszyło. W miejscowości Saalburg w głębokim parku ujrzeliśmy za ogrodzeniem, dom wspanialej konstrukcji. Był to „Romerkastell”- rzymski fort. Fantastyczny widok! Budowla warta była zwiedzenia. Jest tam mnóstwo eksponatów pochodzących z tamtego okresu, czyli II i III wieku naszej ery.
      Niesamowite uczucie, oglądać przedmioty, których właściciele już dawno odeszli w zaświaty i choć mogliśmy wejść do muzeum to tego nie zrobiliśmy.  Czasu nie mieliśmy wiele, a odcinek drogi do przejechania, spory.      Stanęliśmy przy bramie wejściowej i zrobiliśmy sobie fotkę jak się patrzy.
      Szybko załatwiłem swoje prywatne sprawy, obok studni wykopanej przez Rzymian, co na mnie większego wrażenia nie zrobiło. Sikanie takie same jak na murek w centrum Uden, może z tą różnicą, że tutaj było cicho i nic nie burzyło doznań ulgi związanej z opróżnianiem pęcherza. Ciekawe, co na to powiedzieliby Rzymianie? Myślę jednak, że oni znali to uczucie, podobnie jak każdy. Dodam jeszcze, że dla Rzymian pies był wiernym strażnikiem domu, toteż symbolikę psa chętnie używano przy zdobieniu kluczy i zamków. Ot, taka ciekawostka. Polubiłem Rzymian zaocznie, za ich znajomość psiej natury.
     Park ogromnie mi się podobał i byłbym z przyjemnością tam dłużej został, ale Duzi zrobili apel i musiałem się na nim wstawić.
Zanim wujek Frank podjął kolejną próbę monologu, w pośpiechu wsiedliśmy na motor i ruszyliśmy w stronę miejsca przeznaczenia, do Schriesheim. Malowniczy krajobraz Hesji przykuwał znowu moją uwagę. Cała Nadrenia jest piękna a to był rejon Rhein-Neckar.
Góry porośnięte gęstymi lasami. W dolinach, w słonecznym blasku, srebrną wstęgą, Ren toczył swe wody. Zielone wzgórza winnic,  pięły się po kamiennych schodkach. To właśnie tutaj kwitnie produkcja słynnych reńskich win, które Mamcia tak lubi.
Browarów też tu nie brakuje więc porośnięte chmielem tyczki są tak powszechne jak krzewy winorośli, toteż każdy zaspokoi swoje trunkowe gusta.
      Pogoda się poprawiła i już wyraźnie odczuwałem ciepłe promienie słońca, bo przecież  to było południe Niemiec, a do Francji nie mieliśmy daleko. 
 
      Dotarliśmy na miejsce. Hotel Scheid w Schriesheim ogromnie przypadł mi do gustu. Miał wystarczająco duży parking, by pomieścić wszystkie motory z naszego klubu, które zawitały w to malownicze miejsce. Ustawione w szeregu prezentowały się imponująco.
    Hotel miał piękny ogród z dobrze utrzymanymi trawnikami i żwirowymi alejkami. Prowadziły one do barokowej, wielkiej fontanny. Wiele zadbanych klombów, cieszyło oczy, a na pergolach pięły się wczesne odmiany pachnących róż. Byłem zachwycony! Mogłem biegać po trawnikach do woli. Nie było tu zakazu wyprowadzania psów, bo wiadomo, że zostawiony przez psa „gift”, właściciel czworonoga musiał posprzątać. 
Przeprowadziłem bardzo dokładny rekonesans, razem z Mamcią. Przeszedłem cały teren wokół hotelu. Wreszcie zmęczony, marzyłem by gdzieś rozłożyć swoje ciałko. Chciałem się rozłożyć wygodnie, a nie w kufrze, więc liczyłem na komfortowe łóżko. Miałem wielką ochotę na przetestowanie tegoż mebla, poprzez ułożenie się w pozycji horyzontalnej i zaliczenie małej drzemki, najlepiej jakieś 360 minut.
     W tym czasie Tatko, czekając na klucze do naszego pokoju, postanowił po przebytej trasie, odprężyć się w barze - nie on jeden, zresztą, gdyż wujek Frank, mu towarzyszył. Nareszcie chłop mógł sobie pogadać do woli. Teraz miał pokaźne audytorium słuchaczy, znaczy Tatowych kumpli.
     Grono przybyłych przed nami kolegów z klubu „Mc Ketel”, gromkimi salwami radości powitało Tatkę. Żadna impreza motorowa nie mogłaby się odbyć bez niego, on po prostu musiał być! Przez ponad 10 lat zajmował znaczące stanowisko w powyższym klubie. Wreszcie, z przyzwoitości, przekazał pałeczkę młodszemu członkowi.
     Klucz do naszego pokoju dostaliśmy i poszedłem z Mamcią obejrzeć w jakich warunkach spędzimy kolejne dwie noce? Widok z okna mieliśmy fajny. Wychodził prosto na piwny ogródek i parking przed hotelem. Gdybym mógł wskoczyć na parapet, byłbym dobrym monitoringiem, ale te parapety zawsze tak wysoko instalują, zupełnie nie dla jamników. 
     Łóżko przetestowałem. Sprawdziłem jakość poduszek i kołderki. Wszystko bardzo mi odpowiadało i mogłem powiedzieć moim Dużym, że wyro zaliczyłem do kategorii: WYGODNE. 
W czasie mojego testowania, Mamcia postanowiła zrobić się na bóstwo. Zaczęła od kąpieli. Potem włożyła jakieś cywilne ciuchy, stanęła przed lustrem i stwierdziła, że wprawdzie, niewiele jej to pomogło, ale przynajmniej zrobiła się na świeżo.
     Zeszliśmy do wspomnianego baru, gdzie Tatko wlewal w siebie schłodzony, złocisty "eliksir życia."
Poprosiłem w barze o wodę. Napój bezpieczny i zdrowy. Mamcia wolała vino de la casa, czyli reńskie. Jakoś musiała się zintegrować z otoczeniem, a bez promili jej przekaz komunikacyjny, byłby z pewnością niejasny dla odbiorców.
     Przekąsek na kontuarze nie było, a do kolacji musieliśmy czekać jeszcze długie, trzy godziny. Próbowałem się asymilować z biesiadnikami. Nosiłem swoją piłeczkę i podawałem po kolei tym, którzy chcieli się ze mną bawić. Czas biegł szybko. Głód też o sobie dał znać.
     Jakieś paluszki i orzeszki stanęły na blacie baru i prawie zaraz zniknęły. Wszyscy nagle postanowili „skosztować”. Załapałem się także, bo Mamcia blisko była źródła i zdążyła chwycić kilka sztuk. Lubię paluszki i za orzeszkami przepadam, ale mimo wszystko wolę kotleta, lub pieczeń wołową z zawiesistym sosem i śląskimi kluskami.
     Rozmarzyłem się na chwilę i postanowiłem przedłużyć sobie te marzenia, na kocyku dla mnie przygotowanym, a jednocześnie skrócić oczekiwanie na kolację. Mało nie umarłem z głodu tak mi się dłużyło. Nareszcie ktoś rzucił hasło, że kolacja podana. Poderwałem się z werwą i pociągnąłem Mamcię w kierunku wspomnianej podanej kolacji.
     Zanim dotarliśmy w labiryncie korytarzy, gdzie trzeba, przed szwedzkim stołem, stała ekipa głodomorów. Pomyślałem: "O Matko! Wszystko mi zjedzą! Idźcie już! Nie jesteście tak głodni jak ja. Ja mały jestem, to mało zjem, a taka wataha jak dorwie się do potraw, to dla mnie nawet miski do wylizania nie będzie!"
Stanęliśmy z Mamcią w kolejce do potraw. Obserwowałem pełne talerze jedzenia wynoszone przez Tatowych kumpli. Szli do długich, biesiadnych stołów, by tam spokojnie pochłonąć upolowaną w kolejce zdobycz. Wreszcie przyszła pora na nas. Mamcia nałożyła niewiele, jakby o mnie zupełnie zapomniała. Zanim, znacząco wyraziłem, moje ubolewanie nad ilością potraw na jej talerzu, ta już ciągnęła mnie do stołu.
     Zrezygnowany, zająłem mój stały przyczółek pod owym stołem. Miałem wokół co najmniej 6 osób, do których mogłem podejść i spokojnie żebrać bez narażania się Tacie. Rozpocząłem akcję od zmiękczania charakterów. Delikatnie kładąc po kolej mój pyszczek na kolanach swojej „ofiary” i wpatrując się intensywnie w oczy, do momentu, aż jakaś ręka zmiękła i wpadła pod stół z jedzeniem dla mnie. Mamcia oczywiście nie zapomniała o mnie. Tłuste kawałki odkrojone z pieczeni, o której marzyłem w barze, teraz się zmaterializowały. Co chwilę dostawałem jakiś smaczny kąsek.
     Okazało się, że stałem się niezbędny w tym towarzystwie. Każdy miał mi coś do zaoferowania.  Nawet z sąsiadującego stołu, przychodzili wielbiciele mojej skromnej osoby,w hołdzie niosąc mi na talerzu kawałki niedojedzonego mięska. "Na takie imprezy to ja codziennie mógłbym jeździć" - pomyślałem. Jedzenia było multum, więc niepotrzebnie wcześniej się martwiłem. Niemcy kochają jeść, toteż przybyszom z obcych landów, jadła nie żałują.  Wszyscy najedli się do syta, a jeszcze sporo zostało na półmiskach.
     Potem wjechały desery, które Mamcia uwielbia, chociaż kiedyś wstydziła się jeść, że niby za gruba będzie. Strach był nieuzasadniony, bo nadwagę już miała , a ja  wyznaję zasadę:" Nie rób tego, co juz zostało zrobione".
Ilość deserów i owoców, w końcu pokonała Mamciny charakter więc pobiegła dwa razy do stołu ze słodkościami.  Porcje deserów które wzięła, nie były wprawdzie duże, bo Mamcia już napchała się innymi potrawami, ale faktem było, że dała się skusić.
     Po obfitym posiłku, w głowie miałem już tylko leżenie.  
Przenieśliśmy się do miejsc leżakowania, czyli na fotele wcześniej zajmowanego baru. Mamcia umierała z przejedzenia, a ja postanowiłem z niej wydusić to co zjadła, kładąc się na jej brzuchu. Pół godziny, nie wytrzymała  więc zabrała mnie na spacerek.
    Rosa usiadła na trawniku i nie bardzo miałem ochotę, moczyć sobie łapki pląsać jak rusałka. Zrobiłem co trzeba i zaciągnąłem Mamcię na powrót do hotelu, kierując kroki w stronę naszego pokoju. To było najlepsze co mogliśmy zrobić. Weszliśmy do pokoju i jak kłody, walnęliśmy się  oboje na łóżko. Mój śpiący nastrój udzielił się Mamci.  Zdjęła z siebie opakowanie, przytuliła mnie i zasnęła. To był długi i męczący dzień.
     Nawet nie wiedzieliśmy, o której godzinie Tatko do nas dołączył. Słyszałem tylko jak do Mamci, coś przecedził przez zęby sycząc po polsku: "Ewa... jezzsstem... baardzo zmencony". - następnie padł na łóżko.
A nie mówiłem: - "Pij mleko?!"