Strona główna

        Kontakt

         Galeria

    Wigilijny wieczór                2012 roku

   Mój nowy domek

       Pierwsze dni

    Jadę na motorze

     Świat jest piękny !

  Trippstadt, Koblenz,           Strasburg         

     Dusty i Suran                  w Holandii

    Sem - Psi Anioł

     Viva Italia ! - cz.I

    Viva Italia ! - cz.II

     Benzyny brak !

   Z PAMIĘTNIKA PSA PODRÓŻNIKA

   Niezwykła historia adoptowanego psa Marusia   

    Viva Italia! - cz.III

      Fiesta Italiana

         Szwajcaria                    po raz drugi 

 Kupujemy uszczelkę

     Lista  Patronów 

 Wpadka towarzyska

     Kluczyk cz.I

    Kluczyk cz.II

     Fontanna

          Tolek

   Kłopoty z prądem 

 

Kolejny ranek w Casa de la Bruna, przywitał nas ciepłymi promieniami słońca. Termometr wskazywał 33 stopnie, a mimo to nie odczuwałem zbytniego upału. Mamcia z Tatką pakowali rzeczy. Posmutniałem. Lubiłem to miejsce i ludzi, a czas naglił. "Lista obecności "w Mandello del Lario została podpisana - MottoGuzziści nie wywalą nas z "Klubu Szaleńców".
Mamma Bruna przyszła do nas z lokalną gazetą. Była tam obszerna informacja na temat międzynarodowego zjazdu, w którym uczestniczyliśmy.
Nasza Gospodyni pewna, że chcielibyśmy ją zachować, ofiarowała nam gazetę na pamiątkę. Podziękowaliśmy za souvenir i gościnę, najserdeczniej jak umieliśmy. Ja też chciałem coś ofiarować i przyniosłem Mammie Bruna moja piłeczkę. Wygłaskała mnie i przytuliła. Ledwo opanowałem wzruszenie. Polizałem ją na pożegnanie, zanim Duzi wpakowali mnie do kufra. Gdy już usiedliśmy na motor, Mamma Bruna na pamiątkę zrobiła nam focię. Właściwie to zrobiła mnie. Mamcia z Tatkiem zwyczajnie się załapali, ale niech tam będzie, przecież ich nie odetnę, moi ci oni są! Moi!!!
Tatko zapalił motor. Chyba manetka paliła go w rękę, bo mimika jego twarzy, zawarła cały stosunek do naszych przydługich gestów rozstania. Ruszyliśmy. Z daleka widziałem w pożegnalnym geście uniesione dłonie Mammy Bruny i jej męża.
Zjeżdżając z gór, ponownie oglądałem zachwycający krajobraz Bellagio. Czy jeszcze go zobaczę?
Znowu czekała nas przeprawa promowa. Załoga powitala nas uśmiechami. Pasażerowie - ciągle nowi, przyglądali mi się z rozbawieniem, czasem dyskretnie robiąc zdjęcia. Upajałem się tym rejsem po Lago di Como, zatopiony we wspomnieniach minionych dni. Lekka bryza chłodziła moje futerko. Przybiliśmy do brzegu. Opuszczając prom pożegnaliśmy załogę. Tym razem było to rozstanie na kilka lat. W przyportowej kafejce zjedliśmy po słodkiej bułeczce zapitej wodą i  ruszyliśmy w stronę Szwajcarii, ale inną drogą niż ta, którą to przybyliśmy.
Jechaliśmy malowniczą trasą do Mendrisio, potem na Varese. Skąpane w słońcu i ubrane kwieciem miasteczka zapraszały, na choćby krótki postój. Niestety Tatko gnał w stronę Zachodnich Alp. Tam, u podnóża Alp Lombardzkich znajduje się wielkie, polodowcowe jezioro Maggiore. Występuje na nim szereg wysp z których najbardziej znane są Wyspy Boromejskie. Wszystkie warte obejrzenia.
Dojechaliśmy do Levano- Mombello, malowniczego miasteczka, z którego musieliśmy przeprawić się do miejscowości Intra, by dalej kontynuować podróż. Wreszcie motor się zatrzymał i Mamcia wyjęła mnie z kufra. Mogłem rozprostować łapki i napić się wody. Tatko poszedł kupić bilet na przeprawę promową. Pełno tu jezior, to i promów dostatek. Rejsy odbywały się bardzo sprawnie i trwały krótko. Kolejny raz bylem oczarowany roztaczającym się wokół krajobrazem. Pejzaż jeziora Maggiore był imponujacy!. Lombardzkie Alpy, z tego miejsca nie wydawały się wysokie, a porastająca je  zieleń, dodawała miekkości roztaczającemu się przed nami widokowi. Płynęliśmy promem tak szybko, że zanim się obejrzałem przybiliśmy do portu.
Wciągałem w nozdrza snujący się wokół zapach potraw z pobliskich restauracji i kafejek wylewających się na ulice. Mój brzuch wszczął alarm. Obiadu jeszcze nie jadłem. Miałem prawo się buntować. Gdy zjechaliśmy z promu, Mamcia również poczuła ssanie w brzuchu i dość agresywnie natarła palcem w Tatowe biodro, wskazując ręką restauracyjny parking. Ojciec miał - jak to często bywa- inny zamysł, ale po przejechaniu kilkudziesięciu metrów skapitulował i zatrzymał się, znaczy: też był głodny. Wybraliśmy małą knajpeczkę osłoniętą przed słońcem kolorowymi parasolami. Usiedliśmy przy stoliku w cieniu. Mamcia natychmiast nalała mi wody do miseczki i wyścieliła terakotowe płytki Tatową kurtką. Od razu padłem zmęczony na kurtałę. W portowej knajpce, osobiście  składało się zamówienie, by po krótkiej chwili kelner dostarczył potrawy. Tatko nie zwlekał z podejmowaniem decyzji. Bez większego zastanowienia zaordynował penne i spaghetti. Byłem tak zmęczony, że mimo głodu, mało mnie to obchodziło. Ale drzemałem, czujnie. Otworzyłem oczy dopiero, gdy na stół wjechały bosko pachnące dania. Spojrzałem na moich Dużych z wyrzutami w oczach.
- Hej! Coś tu chyba jest nie hallo?! Obżeracie się, a ja mam pustą miskę! - upominałem się natarczywie opierając łapy o Mamine kolana, to znów sprawdzając Tatowy stan zawartości talerza. Wreszcie się zlitowali. Mamcia skontrolowała ilość wody w doniczce z kwiatami na naszym stoliku i podlała je zawartością mojej miski. - No super! Nie dość, że jedzenia nie dostałem, to jeszcze wodę mi zabrała?! - Miałem ogromne pretensje. Miseczka szybko się zapełniła penne Carbonara z dodatkiem spaghetti. Czułem się ukontentowany. W pośpiechu zmiatałem co było, żeby jeszcze załapać repetę. Udało się. Mamcia ponownie uzupełniła zawartość mojej miski. Niestety, drugi raz mój numer z szybkim jedzeniem, nie przyniósł rezultatów. Dokładki nie było. Dostałem poobiednią wodę. Skorzystałem z Maminej propozycji uzupełniając płyny w organizmie, żeby mieć do podlewania krzewów rosnących w sąsiedztwie restauracji. Mamcia zamówiła pomarańczowy sok a Tatko, mocną espresso dla odpędzenia chęci poobiedniej siesty. W oczekiwaniu na aromatyczny napój, Tatko zabrał mnie na krótki spacer. Skorzystałem z chęcią. Pomyślałem, że pewnie jeszcze kilka godzin posiedzę na motorze, bo Tatko jak nie wyjeździ minimum 350km w ciągu dnia, to jest chory, a my zaledwie przejechaliśmy około 90 km. Szybko wykonałem swoje obowiązki. Po spakowaniu rzeczy i uzupełnieniu paliwa, oraz sprawdzeniem oleju w maszynie, ruszyliśmy w dalszą drogę.
Jechaliśmy brzegiem Lago Maggiore. Chłodny wiatr od wody, sprawiał nam wielką ulgę w czasie jazdy. Dzień był bardzo upalny. Wygodnie ułożyłem się w kuferku. Wstęga drogi wiła się to w prawo, to znów w lewo. Zakrętów było coraz więcej. Otaczały nas skały, w wielu miejscach porośnięte drzewami. Z drugiej strony drogi towarzyszyły nam przepaście. Mamcia nie przepada za taką drogą. Ja też zachwycony nie byłem. Prosiłem w duchu, by ta "zabawa" wreszcie się skończyła. Za każdym większym zakrętem przesuwałem się w kufrze z jednej strony na drugą. W którymś momencie Mamcia spojrzała na wzgórze, roztaczające przed nami swój urok. Wyglądało tak, jakby ktoś namalował na nim regularne zygzaki. To byla droga, pnąca się stromo w górę. Mamcia znowu natarła paluchem na Tatowe biodro, po czym wskazując ręką w górę zapytała:
- Czy to jest nasza trasa?
- Nieee ... - gładko zełgał Tatko. Niestety... nasza.
Ten "pijany osioł", co to "ogonem malował" drogę w Bellagio , w porównaniu do tego co mieliśmy przed sobą, był trzeźwy jak rzodkiewka. Taką ilość zakrętów, jaka teraz przyprawiała mnie i Mamcię o zmianę koloru na twarzy, nie widzieliśmy w tym wcieleniu. W "radosnej" atmosferze minęliśmy miasto Domodossola i Brig. Droga wiła się wzdłuż rzeki Rodan. Białe zaśnieżone szczyty Battlihorn po prawej stronie drogi ukazywały swój majestat. Po lewej zaś Bettmethorn pyszniła się swoją białą czapą śniegu. Od Oberwald zaczęła się PRAWDZIWA JAZDA. To co widzieliśmy do tej pory, było zaledwie preludium szalonego szlaku na przełęcz Grimsel. Pnąc się w górę podziwialiśmy całą świetność Alp, tak różnych w swoim wyglądzie. Krajobraz, wcześniej zielonych wzgórz porośniętych przez drzewa i krzewy, teraz stracił swoją faunę i przyoblekł surowy kamienny płaszcz wypiętrzając swoje szczyty. W skalnych górskich rozpadlinach, spływały kaskady wody topniejącego ze szczytów śniegu. Mijaliśmy wiele takich wodospadów i kilka górskich jezior oraz zapór wodnych, tak wielkich i głębokich, że od samego patrzenia kręciło się w głowie. 
Mamcia siedziała skamieniała, ze strachu bojąc się poruszyć na motorze. Co jakiś czas podnosiła aparat fotograficzny robiąc zdjęcia. Jeśli coś minęliśmy, a nie zostało wcześniej uwiecznione, Mamcia kierowała obiektyw w tamtą stronę i klikała kilka razy, ale nie próbowała się obrócić i spojrzeć w obiektyw, by zobaczyć co fotografuje.
Już nie było nam gorąco jak na początku naszej trasy. Tu było zimno, a dodatkowo oblewały nas zimne poty ze strachu. Tylko Tatko jechał opanowany. Co chwilę poruszony kolejnym widokiem, wskazywał ręką roztaczającą się przed nami, porażającą  surowością i pięknem panoramę. Wówczas oboje z Mamcią mieliśmy myśli w stylu: "Lepiej trzymaj ręce na kierownicy! Zachwycać to my się będziemy, gdy dotrzemy do jakiegoś hotelu."
Minęliśmy po drodze łagodniejsze w swoim zarysie szczyty Garstenhorner, porośnięte tylko resztakmi brunatno-żółtych traw, gdzieniegdzie w towarzystwie niskich krzewinek. Na tak dużej wysokości - ponad 2000 m n.p.m. - częstej białej szacie i  na skalistym gruncie, nic innego rosnąć nie mogło. Smutny to był widok i surowy. Ale ta surowość otoczenia przypominała, jak małymi jesteśmy istotami w porównaniu z potęgą i wielkością natury. Podziwiałem Grimselsee, polodowcowe jezioro w którym odbijały się korony górskich szczytów. Woda krystalicznie czysta, a chętnych do kąpieli brak? Dojechaliśmy do jeziora Totensee( Jezioro Umarłych), by na chwilę odpocząć po wrażeniach i zobaczyć lazurową wodę tego cudu Matki Natury.
 Jadąc przełęczami pokonywaliśmy kilkanaście tuneli przylegających do półek skalnych, z jednej strony zadaszonych (rodzaj wiaty) tak, by spadająca woda z roztopionych wzgórz nie zmiotła z drogi pojazdów. Co chwilę słyszeliśmy i widzieliśmy spadające kaskady ogromnej ilości wody z tychże dachów tuneli. Droga przez przełęcz Grimsel. oferuje kierowcom niezapomniane widoki, niezliczone ilości zakrętów do pokonania, ogromne skaliste szczyty z wiecznie białymi czapami śniegu, wielką ilością zachwycajacych wodospadów, górskich jezior i innych nie poznanych przez nas atrakcji, słowem:  OFERTA DLA LUDZI O MOCNYCH NERWACH. 
 " Zahaczyliśmy też o fragment przełęczy Susten. Oferta widokowa taka sama jak na Grimsel. Zanim się ktoś tam wybierze, powinien zostawić w domu spisany testament, bo o zawał nietrudno.
Powoli wjeżdżaliśmy w malownicze, zielone wzgórza, łagodzące w tle surowe widoki przykrytych śniegiem, skalistych szczytów Alp.
Zachłannie oglądałem sielskie obrazki i grzałem sie w promieniach słońca. W dolinach przepływały górskie, rwące potoki, a na pagórkowatych pastwiskach pasły się owce, krowy i konie, nie zwracajac uwagi na przejeżdżajace obok pojazdy z zachwyconymi pasażerami. Na łąkach w sasiedztwie gór wznosiły się stare, ale pięknie utrzymane, drewniane domy w kolorze palisandru z kamienną podmurówką. To były wielkie domostwa z małymi okienkami, pomalowanymi na biało. Okienne parapety tychże domostw, eksponowały bujnie kwitnące pelargonie i surfinie w rozmaitych kolorach. Pod okienkami, nierzadko powiewały małe, kwadratowe, czerwone flagi z białym równoramiennym krzyżem pośrodku. Przypominały o kraju w którym byliśmy - to były szwajcarskie flagi. Razem z Mamcią odzyskaliśmy kolor naszych lic, podziwiajac otaczający nas malowniczy pejzaż. Wraz z kolorem twarzy wrócił apetyt na życie. Wcześniej ściśnięty żołądek, teraz rozplątał kiszki, a te dały nam znać, że czas na jedzonko. Było już około 16.30, gdy wjechaliśmy do Innertkirchen.Zatrzymaliśmy się na parkingu hotelu "Hof un Post", który prócz spania, oferował wielką restaurację z obszernym tarasem. Weszliśmy do środka i naszym oczom ukazał się obrazek jak z filmowego planu reklamówki o Szwajcarii. Terakotowa, nierówna podłoga pamiętajaca niezliczonych zapaleńców zimowych sportów, ocieplona ciemnym, palisandrowym kolorem drewnianych ścian, a na nich wiele myśliwskich trofeów spoglądających na nas niewidzącymi ,szklanymi, smutnymi oczkami. Ten widok nie przypadł nam do gustu. Nie chcieliśmy ogladać martwych, wypchanych zwierząt. Żeby sobie to zrekompensować, skupiłem się na unoszacym się wokół zapachu, który krażył od kuchni, aż do restauracji i wychodził na taras. Chciałem od razu pobiec tam, gdzie te pyszne dania podawali, ale Mamcia mi przypomniała: "Marusiu, najpierw idziemy do pokoju i łazienki!" Pomyślałem: "No tak ...może nie wytrzymali stresu i teraz muszą doprowadzić się do porządku...?" Ale jakoś nie czułem od nich dziwnych woni, toteż uznałem, że raczej wszystko jest okay! Zawsze po trasie, muszą się wykąpać i ubrać w jakieś przyzwoite cywilki. I słusznie, bo w tych motorowych ubraniach, między polityczny naród wchodzić , nie uchodzi.
Weszliśmy do pokoju. Był skromnie urządzony, ale było w nim wszystko co potrzeba na dodatek, wielki i czysty, po prostu - porządny.  Pokój miał uroczy balkonik ze stoliczkiem i dwoma małymi krzesełkami, na których Mamcia od razu posadziła swoje dupsko. No, kobieta tak ma... W tym czasie Tatko poszedł do łazienki i tradycyjnie , przepadł ! Ja postanowiczyłemłem popracować. Od razu wskoczyłem na podwójne łóżko. Wyczochrałem się na nim z wielką przyjemnością i gdy kończyłem tą czynność, spostrzegłem, że ze ściany ktoś się na mnie gapi! To był mały labrador. Nie szkodzi,  że ze zdjęcia. Obszczekałem go niemożebnie. Mamcia śmiała się ze mnie i uspokajała, a ja mu jeszcze dołożyłem warczeniem. W taki oto sposób zabezpieczyłem się przed niepożądanym gościem w moim łóżku, znaczy moich Dużych, ale czy to ważne czyje? Wiadomo, że MOJE. Ledwo "ustawiłem" na miejsce obrazkowego labradorka, gdy z przeciwległej ściany, szelmowsko spoglądał na mnie KOT!!! Na moje, skołatane drogą nerwy, było tego zanadto. W brawurowym tempie zeskoczyłem z łóżka i natarłem na kota. Zamiast pochwały, i co najmniej medalu ze sznycla, dostałem reprymendę, że niby porutę robiłem.  Przecież ja tylko sprawdzałem warunki w jakich moi Duzi mieli spać. A jak można spać spokojnie z labradorem i kotem w jednym łózku???
Moje starania o komfort spania nie zostały przyjęte z entuzjazmem, więc przed kolacją postawiłem na maly aperitef. Napiłem się wody, a potem zmęczony batalią z ignorantami ze ścian, położyłem się spać. 
W łazience "pałeczkę" po Tacie, przejęła Mamcia. Ona, jak zawsze, w wojskowym tempie ogarnęła swój dotychczasowy wygląd, czyli: ŻADEN i zrobiła się na Super Star. Wreszcie poszliśmy na kolację. Po wejściu do restauracji Mamcia znalazła odpowiedni stolik, by mnie nikt nie zdeptał, ale zanim usiedliśmy, podeszła kelnerka i powiedziała coś w sensie, że "z psem" ( to o mnie tak się wyraziła!) Duzi mogą usiąść na tarasie. 
- Taka dyskryminacja!!! - Byłem wprost oburzony. Mamci też się nie spodobało, ale uspokoiłem ją zanim zaczęłaby warczeć. Taras był fajny i raczej, nikt by mnie nie zdeptał. Pani kelnerka zrehabilitowała się w moich oczach, przynosząc miseczkę z wodą. Wybaczyłem tą zniewagę  "z psem", a złość zupełnie mnie opuściła, gdy na stoł wjechał szwajcarski schaboszczak. Przez 40 minut Mamcia nad nim pracowała. Oczywiście nie zostawilem jej z "kłopotem" i  ochoczo pomogłem opróżnić talerz.
Po takiej miłej pracy z Mamcią, ułożyłem się wygodnie do spania. Było wysoce nieprawdopodobne ,by moi Duzi chcieli szybko wyjść z restauracji. Wina w tym rejonie ponoć były dobre, piwa też, a przecież moim Dużym, prohibicja nie spędzała snu z powiek. Niestety omyliłem się. Tatko do mojego spania podszedł dość sceptycznie i tym razem, to on zabrał mnie na spacer a nie odwrotnie. Po spacerze, wypracowaliśmy porozumienie w nurtującej nas kwestii: " Co zrobić z tak pięknie rozpoczętym wieczorem? ". Poszliśmy spać.
Obudziłem się wyspany i rześki i zamiast wejść w fazę bezsensownego miotania się po pokoju, obdarowałem Mamcię i Tatkę buziakami. Tym samym dałem im do zrozumienia, że nadszedł czas na spacerek i oczywiście szwajcarskie śniadanie. Tatko trochę się ociągał, ale raczej nie miał innego wyjścia, jak tylko spacer ze mną. Okrążyliśmy stary, hotelowy budynek pamiętający czasy Napoleona. Zrobiłem co trzeba i spojrzałem na balkonik, na którym, niczym Julia, w pełnym rynsztunku siedziała Mamcia.. Tatko zaproponował, by od razu zeszła na śniadanie, nie czekając na nasz powrót do pokoju. Tak zrobiła. Spotkaliśmy się w wielkiej sali jadalnej.
Ściany miały surowy kamienny mur, ukazujący pracę budowniczych tamtego okresu. Wysokie i wielkie okna, niczym nie osłonięte, wpuszczały widok na uliczny ruch i jedno z alpejskich wzgórz u szczytu, pokrytego śniegiem. Sala śniadaniowa, była przykładem zamierzchłych czasów, w których przeplatały się na zmianę wojny i huczne bale. Siedzieliśmy wpatrzeni w ten dziwny misz-masz. Drewno mieszało się z cegłą i kamieniem w dość groteskowy sposób.
Śniadanie było pożywne, toteż szybko odzyskaliśmy siły i chęci do dalszej podróży.
Znowu siedliśmy na motor. Rozkoszowaliśmy się szwajcarskimi widokami, potem niemieckimi, by
kolejną noc spędzić w Luksemburgu. Po niej - zmęczony, ale bardzo szczęśliwy, spałem już u siebie, między Mamusią i Tatusiem. Nawet nie próbowali mnie wyekspediować do mojego łóżeczka, zresztą…i tak bym się nie dał.
 
Ps. Po powrocie do domu Mamcia, tradycyjnie przeglądała aparat fotograficzny. Okazało się,  że na tym szalonym szlaku na Grimsel, w aparacie skończyła się karta pamięci , więc Mamcia z narażeniem życia, pstrykała fotki daremnie. Bez komentarza .....
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

                                                Szwajcaria po raz drugi     

Kolejne opowiadanie  kliknij tutaj -  "Benzyny brak  !!!" 

Zostaw, proszę komentarz. Dziękuję - Maruś 

      Lago Maggiore