Strona główna

        Kontakt

         Galeria

    Wigilijny wieczór                2012 roku

   Mój nowy domek

       Pierwsze dni

    Jadę na motorze

     Świat jest piękny !

  Trippstadt, Koblenz,           Strasburg         

     Dusty i Suran                  w Holandii

    Sem - Psi Anioł

     Viva Italia ! - cz.I

    Viva Italia ! - cz.II

     Benzyny brak !

   Z PAMIĘTNIKA PSA PODRÓŻNIKA

   Niezwykła historia adoptowanego psa Marusia   

    Viva Italia! - cz.III

      Fiesta Italiana

         Szwajcaria                    po raz drugi 

 Kupujemy uszczelkę

     Lista  Patronów 

 Wpadka towarzyska

     Kluczyk cz.I

    Kluczyk cz.II

     Fontanna

          Tolek

   Kłopoty z prądem 

Sten 

                     Jak trafiłem do Holandii, czyli opowieść Mamusi

Brus

    To ja w schronisku 

                  Wigilijny wieczór 2012 roku.  O moim gwiazdkowym marzeniu   

 

        Nigdy nie zapomnę tamtej lodowatej, wigilijnej, bożonarodzeniowej nocy. Zwinięty w kłębek drżałem z zimna leżąc na swoim posłanku i cichutko skomlałem. W sąsiednim boksie siedział mój druh Sten. Wpatrując się w ciemność, pytaniem przerwał moją rozpacz.

     – Marusiu, dlaczego płaczesz? 

     – Zimno mi jest, Sten i bardzo smutno. Przypomniałem sobie mój dom, który kiedyś miałem. Chcesz o nim posłuchać?

     – Opowiadaj przyjacielu...

     – W moim domku miałem posłanko i miseczki, zawsze pełne jedzenia. Było ciepło. Moi ludzie nie byli źli, choć nie zawsze dobrze mnie traktowali. Często szarpali za uszy, czasem dostałem lanie, krzyczeli na mnie. Bywało, że się ich bałem. Gdy ktoś podnosił głos, ukrywałem się, żeby nie oberwać. Ale miałem dom i kochałem swoich ludzi takich, jakimi byli – szlochałem z rozżaleniem, opowiadając Stenowi o moich smutkach.

     – A ty pamiętasz swój domek? — zapytałem po chwili mego towarzysza niedoli.

     – Tak, pamiętam. Na początku byłem bardzo kochany. „Puchata, biała kuleczka” – tak o mnie mówili. Podobałem się wszystkim. Moi ludzie nawet się mną chwalili. Każdy chciał się ze mną bawić, głaskać. Dostawałem smakołyki i spałem w domu. Ale urosłem. Wtedy wygonili mnie na dwór, że niby za duży byłem. Od tej pory musiałem pilnować podwórka i domu moich ludzi. Traktowali mnie nie tak jak dawniej. Często byłem głodny i spragniony. Nikt już się mną nie przejmował „przecież to tylko pies”, mówili. A gdy straciłem wzrok, przestałem być potrzebny. Uważali, że jestem ciężarem i darmozjadem. Wzięli sobie nowego psa, a mnie wyrzucili z domu. Długo się błąkałem, aż ktoś mnie znalazł i trafiłem tutaj. Bałem się. Tyle obcych głosów, ludzi, których nie znałem, ale ulica była gorsza. Tam było strasznie. W schronisku zawsze jest jedzenie i woda. Wychodzę na spacery i znowu jestem głaskany, tak jak kiedyś, gdy byłem „puchatą, białą kuleczką”...

   Zrobiło mi się jeszcze smutniej. Patrzyłem na Stena i rozmyślałem nad jego życiem. Dzielnie znosił swój los. Stary, ślepy owczarek podhalański położył swój wielki łeb na przednich łapach i westchnął. Żył z dnia na dzień.Nawet przestał marzyć.

  Schroniskowi wolontariusze lubili Stena. Ogromne psisko o łagodnym i wrażliwym sercu uwielbiało przebywać z ludźmi. W swoim boksie miał wielki, czerwony skórzany fotel, na którym chętnie się wylegiwał. Zawsze był czujny. Czasem stawał przy ogrodzeniu i gdy usłyszał człowieka, natychmiast wbijał się w siatkę, w nadziei, że zostanie pogłaskany, choćby tylko jednym, nieśmiałym paluszkiem. Każdej wiosny wąchał na łące wszystkie kwiaty i kochał tarzać się w trawie, jak każdy z nas. Już trzecią zimę spędzał za kratami. Stracił nadzieję, że pewnego dnia ktoś go stąd zabierze.

   Często dzieliłem się z sędziwym owczarkiem swoimi troskami. Bałem się być sam. Bardzo źle znosiłem schronisko. Przebywałem tutaj już cztery miesiące, a nadal płakałem niepogodzony z losem bezdomniaka. Codziennie zanudzałem Stena setką pytań, byle zabić czas i słyszeć jego głos.

   W taki wieczór jak ten ciężko jest każdemu, kto, tak jak ja, doświadczył odrzucenia.

   Cichutko zadałem przyjacielowi kolejne pytanie.

      – Powiedz mi Sten, czy ta Pani, która do mnie tak często przychodziła, zabierze mnie kiedyś do swojego domku?

   Sten znowu westchnął głęboko, po czym odpowiedział:

      – Będę z tobą szczery, mój mały przyjacielu. Jestem tutaj już trzeci rok i wiem, że jeśli ktoś chce adoptować zwierzaka, to wchodzi tutaj, szuka go i jeśli znajdzie, zabiera do domu. Niektórzy przychodzą dwa lub trzy razy, by się upewnić co do swojej decyzji, lecz takich ludzi nie ma wielu. Przeważnie szybko się decydują, bo przecież jeśli się kogoś pokochało, to pragnie się z nim być. Miłość nie potrafi czekać.

   Z żalu cichutko pisnąłem i zwiesiłem łebek. Tak dawno nie głaskała go kochająca ręka.

   Przypomniałem sobie, jak tu trafiłem. Było jeszcze lato, gdy znaleziono mnie na ulicy, tak jak Stena. Biegałem po chodniku przestraszony i szukałem swoich ludzi. Żal i strach rozdzierał mi serce. Niemal oszalałem z rozpaczy, ale to nie pomogło. Nie znalazłem ich. Oni też chyba mnie nie szukali.

   Mój znalazca zaczął mnie pocieszać, a potem przyjechał samochód i zabrano mnie do schroniska. Gdy trafiłem do boksu, wpadłem w panikę. Zacząłem przeraźliwie szczekać. Ochrypłem od ciągłego wołania, a jednak wciąż wołałem. Miałem nadzieję, że mój człowiek przyjdzie i zabierze mnie do domu. Nie przyszedł. Moi ludzie już mnie nie chcieli.

  Któregoś dnia w schronisku zjawiła się kobieta. Była miła i uśmiechała się do mnie. Zwariowałem na jej punkcie. Marzyłem, że mnie pokocha i zabierze ze sobą. Pani zabierała mnie na spacerki, bawiła się ze mną w rzucanie kamyków i wszystkiego, co dało się rzucić. Wynajdowałem i przynosiłem różne rzeczy, aby podbić jej serce. Mijały tygodnie, a Pani po każdej weekendowej zabawie ze mną wracała do swojego domu. A ja zostawałem sam w zimnym boksie. Długo jeszcze po jej odejściu stałem na dwóch łapkach, oparty o ogrodzenie, i wołałem z nadzieją, że wróci i mnie zabierze. Nie zabrała. Po każdej wizycie płakałem jeszcze bardziej. Nie rozumiałem, dlaczego nie mogłem z nią pójść?  Czyż nie mówiła mi, że jestem śliczny, cudowny i grzeczny? Okazywałem jej tyle uczucia i przywiązania, ile tylko biedna, porzucona psina może okazać.

  Teraz, w zimną wigilijną noc, leżałem przemarznięty i samotny. Smak zawodu zawsze jest okropny. Płakałem cichutko, a co pewien czas z mojego serca wyrywał się głośniejszy żal. Tymczasem „moja Pani” pewnie siedziała w ciepłym domku, przy ślicznie udekorowanej i rozświetlonej choince. Nakryty pięknym obrusem stół uginał się od smakołyków. Wcale nie myślała o moim małym, jamniczym, biednym serduszku wyjącym z samotności, bo co ją tam mógł obchodzić jakiś kundelek?

  – Zastanawiałem się Sten, czy kiedyś ktoś nas stąd zabierze... – ciągnąłem dyskusje z moim kompanem. Jakoś go to nie męczyło, choć sam stwierdziłem, że natręt jestem. Sten jednak musiał lubić nasze rozmowy, więc odpowiedział na moje pytanie.

  – Ty na pewno znajdziesz domek. Masz dopiero 7 lat i tyle radości w sobie, gdy biegasz za piłeczką, o ile wcześniej jej nie pogryziesz – zaśmiał się, po czym kontynuował. – Marzenia się spełniają, zwłaszcza w taki wieczór jak dziś. Musisz tylko bardzo tego pragnąć, prosić i wierzyć, że otrzymasz. Domek wtedy na pewno się znajdzie. Co do mnie, to moja ślepota, wielkość i wiek raczej mi nie pomagają w realizacji tego pięknego marzenia, ale mimo wszystko nadal mam nadzieję. To ona utrzymuje mnie przy życiu. To dzięki niej wstaję z posłania i nadal marzę o kimś, kto mnie pokocha. 

   Sten nawet w swoich najśmielszych marzeniach nie przypuszczał, jaki wspaniały dar dostanie w przyszłości od losu. Nagle postawił zazwyczaj zwisające uszy, przekręcił głowę i zaczął nasłuchiwać. Wśród wszystkich psów w schronisku miał najlepszy słuch, gdyż musiał mu on zastąpić wzrok.

   – Słyszysz, Marusiu?

   – Nie...

   –  Ktoś chodzi wokół schroniska. O tej porze nikt tutaj nie przebywa.

  I rzeczywiście, dwie osoby krążyły w mrokach nocy.

 Wszyscy czujni mieszkańcy przytuliska poderwali się na równe nogi. Potworny wrzask zdziwienia, strachu, radości i oburzenia z powodu przerwanego snu uniósł się nad zalanym ciemnością azylem.

   – Kto to??? – ze wszystkich stron rozlegały się pytania.

  – Może to po mnie? – krzyknąłem i aż podskoczyłem podekscytowany.

  – Może ta Pani, co do mnie przychodziła, wróciła? Może mnie zabierze? Może pojadę do domku?

Zadawałem sobie te wszystkie pytania, choć czułem, że tak nie jest. Zacząłem krzyczeć z całych sił. Skakałem jak oszalały na siatkę ogrodzenia. Chciałem zobaczyć, czy to „moja Pani”...

  – Zabierz mnie! Będę grzeczny! Będę cię kochać! Obiecuję, tylko mnie zabierz! – płakałem żałośnie.

  – Nie, to nie po ciebie, Marusiu. Pewnie straż miejska przywiozła kolejnego psiaka, co do choinki i świątecznych porządków nie pasował. Albo był nietrafionym prezentem. Dużo takich nieszczęśliwców tu się znalazło – przemówiła smutnym głosem stara wilczyca, Szaza. 

  Szaza wiele lat służyła człowiekowi w podłych warunkach. Gdy trafiła do schroniska, to było tak, jakby trafiła do raju. Nigdzie nie było jej tak dobrze jak tutaj. Tu miała posłanko tylko dla siebie, zawsze pełne miski z jedzeniem i wodą. Nie gryzły ją pchły, dostawała dużą porcję pieszczot od wolontariuszy i chodziła na spacery. Miała opiekę, gdy chorowała i wszyscy jej współczuli. Czasem sama sobie otwierała boks i chodziła po całym obejściu jak władczyni. Jej wygląd wzbudzał strach, naprawdę wyglądała jak wilk, ale w jej sercu nie było już agresji. Była wdzięczna za wszystko, co dostała w schronisku i za troskę wolontariuszy.

   – Szaza! – zabrzmiało wołanie Brusa, 6-letniego czarnego kundelka.

Brus już od roku siedział za kratami. Niczym się nie wyróżniał na tle innych psiaków. Nie był zbyt towarzyski, ale też nie był agresywny. Lubił spacery z wolontariuszami, chociaż tylko niektórych obdarzał cieplejszym uczuciem. Widział nieraz, jak jego bardziej rasowi towarzysze niedoli wychodzili zza krat. Oni byli piękni, a on, ot, kundel. Przestał więc wierzyć, że ktoś może go pokochać. Czasem śnił mu się domek z kochającym człowiekiem, własną miską pełną smakołyków i wielką kanapą, na której się wylegiwał. Ale to był tylko sen. Wolontariuszom pękały serca na jego widok i robili wszystko, aby sny Brusa stały się rzeczywistością. W przyszłości Brus zamieszka daleko od schroniska, ale najpierw spędzi w nim jeszcze kilka zim.Teraz Brus, tak samo zmarznięty jak inni towarzysze, szczekał, nie po to, aby bronić swojego terytorium, lecz chcąc rozgrzać się bieganiem po boksie.

 – Szaza, rozejrzyj się po podwórku i powiedz, co widzisz? Udało ci się wyjść z boksu, to sprawdź! – radził Brus.

 – Eee, nic nie widzę – odparła wilczyca.– Jak to nic? Słyszymy, że ktoś się tutaj kręci – naciskali współmieszkańcy.

 – Szaza, ty patrz lepiej! – ktoś pouczał.

 – Wprawdzie ich nie widzę, krzaki zasłaniają, ale słyszę. Coś mówią!  Lepiej bądźcie ciszej! – zdenerwowała się Szaza.

  Słyszała rozmowę dwójki ludzi. Mówili w obcym języku... 

  – Kochanie, słyszysz? Psy szczekają. To tu jest schronisko, tylko nie wiem, gdzie jest wejście. Nigdy tu nie byłam. Przez te drzewa i krzewy jest tak ciemno, że oko wykol, ale co tam... – machnęła ręką kobieta.

  – Przyjedziemy jutro, za dnia, i znajdziemy wejście.

  – Dużo musi być tych psów tutaj – oznajmił mężczyzna.

  – Tak, bardzo dużo. Czytałam na stronie internetowej, że aktualnie jest tutaj 156 psów i tyleż kotów. A wśród psów jest TEN NASZ! Tak, NASZ! Słyszysz go? — pytała podekscytowana kobieta.

  – Oczywiście – z uśmiechem potwierdził mężczyzna, a jego rozmówczyni ciągnęła radośnie:

  – Tak bym chciała, żeby już był z nami. Będzie najfajniejszy na świecie, bo BĘDZIE NASZ! 

   Oboje się roześmiali.

 – Zaczekaj na nas! Jeszcze troszkę, pieseczku! Przyjdziemy po ciebie!!! – wykrzyknęła kobieta, ogromnie szczęśliwa.

    Wszyscy słuchaliśmy z zapartym tchem. Każde z nas pragnęło ciepłego kąta, własnego kocyka, zabaweczki i pełnej miski smakołyków. Teraz zamyśliliśmy się. Które z nas odejdzie? Które z nas pójdzie z tymi ludźmi do domu? Było nas tak wielu... Słyszeliśmy oddalające się kroki ludzi, którzy w tę mroźną noc zadali sobie mnóstwo trudu, żeby tu przyjść. Drogą, na której w ciemnościach można było połamać nogi. Noc zawsze jest zimna, ciemna, straszna i budzi duchy przeszłości, ale po niej nastaje dzień. On jest szansą na nowe życie. Czekaliśmy na wschód słońca. Tej nocy żadne z nas już nie zasnęło. Wznosiliśmy oczy pełne łez w ciemne niebo i każdy z nas odmawiał swoją modlitwę. Każdy prosił o to samo - o DOM. Teraz nie dzieliliśmy się na psy i koty, byliśmy BEZDOMNYMI SIEROTAMI.

       To był grudniowy wieczór, wieczór wspomnień. Razem z Mario siedziałam na kanapie. Snuliśmy opowieści o zwierzakach, które kiedyś zajęły miejsce w naszych byłych domach i sercach. Przypomniałam sobie Manolo, gdyż to on pozostawił w moim życiu największy ślad. Manolo, mój pierwszy pies, był niewiarygodnie mądry i niesamowity! Ci, którzy go jeszcze pamiętają, z całą pewnością zgodzą się ze mną, że Manolo był człowiekiem w psiej skórze. Rozumiał wszystko, co się do niego mówiło, a w jego oczach odbijały się odpowiedzi na wszystkie pytania. Miał własne pomysły na życie i poglądy na ludzi. Jeśli uparł się, by kogoś obszczekać, to na pewno miał rację. Ale nie o Manolo ma być ta historia, choć Manolo z pewnością zasługuje na osobne opowiadanie, gdyż był niepowtarzalny! Do dziś wspominam go ze łzami. Widziałam, jak śmiertelnie potrącił go samochód. Nigdy nie pogodziłam się z jego odejściem.

    Kolejnym moim psem był Doro vel Kubeł, Patafil-Paciu, Kinga-Kusia, Sonia-Soniusia i Xena-Xenusia. Była także papuga Piuta-Piórko i koteczka Mieciusia-Miećka. Dwa konie: niebieskooki Jontek i Eliasz. Wszystkie bardzo kochałam i ogromnie tęskniłam za tymi, które jeszcze żyły, gdy wyjechałam do Holandii. Zostały w swoim domu z moim byłym mężem, bardzo dobrym człowiekiem - kochał je wszystkie, a one kochały jego.
Mario, mój obecny mężczyzna, także kiedyś miał dom i gromadkę zwierzaków. Psy, koty, papugi, króliki, chomiki. Wszystkie żyły w przyjaźni. Papuga siedziała na głowie psa i grzebała mu w sierści, walnie przyczyniając się do higieny wielkiego przyjaciela. Nie zawsze był zadowolony, ale przyjmował to z godnością. Z miłości do papuziej higienistki znosił dzielnie wszystkie jej starania, a zabiegom kibicowała reszta domowej mix-watahy. Takich historii oboje z Mario znaliśmy sporo. 
     Wspominając naszych braci mniejszych zgodnie stwierdziliśmy, że dom bez zwierzaka jest pusty i smutny. Należało to jak najszybciej naprawić, znaczy: WZIĄĆ PSA! 
Piesek miał być mały, gdyż zakładaliśmy, że będzie z nami podróżował na motocyklu. Wykluczyliśmy „podrzucanie” rodzinie naszego przyszłego pupila przed jakąkolwiek podróżą. Podróżowaliśmy w każdy weekend, więc nie mogliśmy obciążać najbliższych i przyjaciół naszym psem. Nie chcieliśmy też narażać psiaka na rozłąkę i tęsknotę. 
     Poszukiwania nowego członka rodziny podjęliśmy natychmiast. Mario wziął do ręki tablet i począł przeglądać strony internetowe oferujące pieski, najczęściej szczeniaczki.  Jednak nie znalazł tam czworonoga, który przypadłby mu do serca, mimo „papierów” i cen zaczynających się od dwustu euro w górę. 
Ja miałam inne założenia. Myślałam o piesku z „odzysku”, więc byłam zdziwiona, że Mario pragnie KUPIĆ PSA! Rozumiałam go, gdyż całe życie towarzyszyły mu tylko psy rasowe. W moim życiu zaś były kundle potrzebujące pomocy, które otrzymywały ją w pakiecie z domem i miłością.
     Zaproponowałam Mario adopcję pieska, argumentując, iż czułabym się podle, kupując zwierzaka ze świadomością, że w schronisku tysiące psów czeka na ciepły dom, pełną miseczkę i kawałek posłanka. 
 „Nie mamy prawa kupować psów, jeśli choć jeden znajduje się w schronisku” — przytoczyłam, tak mniej więcej brzmiące, słowa dr Doroty Sumińskiej.
    Mario oczywiście od razu zgodził się na adopcję. Nigdy wcześniej o tym nie myślał, gdyż Holandia jest pierwszym krajem na świecie, w którym zupełnie nie ma bezdomnych zwierząt. Ale nie od razu tak było. Jeszcze niedawno Holandia zajmowała 4 miejsce w haniebnej czołówce państw posiadających największą bezdomność czworonogów. Biorąc pod uwagę fakt, że na świecie jest ponad 200 milionów bezdomnych psów, a także szacunki WHO, holenderski rząd z urzędnikami postanowił wziąć się do roboty i skutecznie poradził sobie z tym problemem na własnym podwórku, wedle zasady: "Chcesz zmienić świat? Zacznij od siebie". Rozpoczęto ogólnokrajową kampanię mającą na celu sterylizację i kastrację, co uniemożliwiło przyrost liczby niechcianych zwierząt. W ciągu kilku miesięcy wysterylizowano ponad 75% psów żyjących na ulicy, które trafiły potem do schronisk. Kampania była zakrojona na krajową skalę, zachęcającą do adopcji schroniskowych zwierząt i ukazującą ich zalety. Uświadamiano ludziom, jak cudowne jest posiadanie pieska, który zna już podstawowe zasady czystości i komendy. Wprowadzono również powszechny obowiązek chipowania i rejestracji, a także zwracano uwagę na konieczność sterylizacji i kastracji. Ustanowiono też wyższy podatek od zakupu psa. Narzucono restrykcyjne prawo, wedle którego każdy pies ma prawo do szczęśliwego i godnego życia. Dla tych, którzy tego prawa nie przestrzegają, przewidziano kary pieniężne w wysokości, nawet do 16 tysięcy euro i do 3 lat więzienia. Powołano specjalne służby, które mogą natychmiast odebrać właścicielowi zaniedbane czy maltretowane zwierzę. W taki oto sposób Holandia stała się pierwszym krajem, w którym każdy pies czy kot ma swój dom. Da się? DA SIĘ! 
     Mario wszedł na stronę schroniska w Uden. Znalazł tylko jednego pieska odpowiadającego  naszym wymaganiom pod względem wielkości. Był to Jack Russel, ale pies ten nie lubił dzieci. Biedny psiak. Nie mogliśmy go adoptować ze względu na moją wnusię Emilkę. Wprawdzie Emilcia mieszka w Polsce, lecz my, mieszkając w centrum miasta nie bylibyśmy w stanie uniknąć spotkania na ulicy z jakimś dzieckiem. Piesek musiał przynajmniej tolerować dzieci. Ale nie wszystkie psy przepadają za małymi szkrabami. Powiem nawet, że mało jest psów, które je autentycznie lubią. Przeważnie związek pies-dziecko opiera się zaledwie na tolerancji. Tyle w zupełności by nam wystarczyło. Niestety, ten psiak miał własny pogląd na dzieci i nic tego nie było w stanie zmienić. Widać miał bardzo przykre doświadczenia. 
     Poszukiwania pupila trwały, aż nagle mnie olśniło! To chyba była interwencja świętego Franciszka.  
     Przypomniałam sobie o schronisku w Opolu. Od razu włączyłam komputer i zaczęłam szukać informacji. Zobaczyłam filmik, na którym smutne psie oczka wypatrywały nowego domku. Sto pięćdziesiąt cztery złamane psie serduszka czekały na swojego człowieka. W wolierach sto dwadzieścia cztery koty miały takie same pragnienia. Schronisko było totalnie przepełnione. Nic więcej nie chciałam oglądać i nawet nie przeglądałam stron adopcyjnych. Po co? Wiedziałam, że w tym schronisku na pewno jest pies dla nas. Nasz pies! 
Przyjechaliśmy do Opola na dwa dni przed wigilią. Święta mieliśmy spędzić u mojej mamusi i u niej się zakwaterować. Nie chcieliśmy przed świętami adoptować pieska, ze względu na nią. Usłyszałabym, że brudne łapy, sierść i takie tam wymówki. W końcu byliśmy tylko gośćmi, a mamusia była i jest starszą osobą, której nie należało narażać na dodatkowe "atrakcje".
     Gdy nastała wigilia i wreszcie zaświeciła pierwsza gwiazdka, zasiedliśmy do kolacji. Razem z nią przyszły wspomnienia i opowieści z serii „dawno, dawno temu”. Następnie świąteczne prezenty zostały rozdane, a później, po wypiciu kawy zagryzanej smacznym ciastem zrobionym przez mamusię, postanowiliśmy z Mario pójść na spacer, próbując zmusić żołądki do szybszej pracy. Po wigilijnym obżarstwie wyszliśmy z domu z ogromną przyjemnością i udaliśmy się na poszukiwanie schroniska. Wiedziałam, że mieści się ono na ulicy Torowej, tylko w którym miejscu? Ulica Torowa była mi znana z dawnych czasów, gdyż znajdowała się tam szkoła nauki jazdy. Słyszałam o azylu dla zwierząt na tej ulicy, ale nie miałam pojęcia, gdzie dokładnie. Mimo mroźnego wieczoru nie zabrakło nam entuzjazmu i determinacji. Pragnęliśmy dotrzeć do celu i choćby tylko popatrzeć na pieski.
    Łaziliśmy po wszystkich dziurach i zakamarkach wyludnionej strefy miasta, a przecież było to prawie ścisłe centrum. Wokół panowała podniosła cisza wigilijnej nocy. Po jakimś czasie w oddali usłyszeliśmy szczekanie psów. Namierzyły nas, ale my nadal nie „namierzyliśmy” schroniska. Było zimno, ciemno, a gdzieś tam szczekał „nasz pies”. Zrobiło nam się przykro, że będziemy mogli go zabrać dopiero po świętach i to przed samym wyjazdem do Holandii. Myślałam o małym zmarzniętym psiaczku, czekającym na ratunek, i serce mi krwawiło. 
Od łażenia bolały nas nogi i zaczęliśmy odczuwać mróz, który tego wieczoru był naprawdę dotkliwy. Mimo starań w ciemnościach nie znaleźliśmy schroniska – tymczasowo trzeba było się poddać i zatknąć „białą flagę”.  Wróciliśmy do domu mamusi z postanowieniem dokładnego zbadania terenu następnego dnia, za pomocą samochodu. 
    Pierwszego dnia świąt – jak co roku leniwie spędzonego – tuż po obiedzie wsiedliśmy w samochód i wróciliśmy na miejsce przerwanych nocnych poszukiwań. Objechaliśmy wszystkie kąty i uliczki prowadzące donikąd. Wreszcie znaleźliśmy schronisko i wejście do niego. Niestety, nie mogliśmy dostrzec piesków, gdyż boksy były oddalone na bezpieczną odległość od bramy. Tylko jakaś szara wilczyca, mocno sterana życiem, chodziła po placu jak pani na włościach. Myślałam, że po prostu stróżuje. Bez jednego szczeknięcia zbliżyła się do nas. Nie odważyłam się przez siatkę pogłaskać wilczycy, Mario też nie. Odeszliśmy, by nie denerwować ani jej ani reszty mieszkańców azylu. 
    Postanowiliśmy okrążyć ów przybytek rozpaczy. Mieliśmy sporo czasu, by to zrobić. Skierowaliśmy się w stronę torów kolejowych, idąc przy płocie z siatki i nagle go ujrzeliśmy... Za siatką, na wielkim czerwonym, skórzanym fotelu, leżał pies – duży, biały podhalańczyk. Gdy nas usłyszał, wyciągnął łeb w naszym kierunku i bez szczekania, powolnymi ruchami podniósł z fotela, a potem niespiesznie skierował w naszą stronę, zbliżając się do nas. Stanął na tylnych łapach i oparł o siatkę. Wyciągnął do mnie głowę i wtedy zobaczyłam jego mleczne oczy. Był ślepy. Myślałam, że serce pęknie mi na pół. Zbliżyłam do niego rękę. Pies obwąchał mnie ostrożnie, po czym sam otarł łeb o moją dłoń. Zanurzyłam delikatnie palce w jego sierść, a on poddał się pieszczotom.      Ogromnie ich pragnął. Głaskałam go i mówiłam do niego, a łzy płynęły mi po policzkach. Gdybym mogła, zabrałabym go natychmiast, ale nie mogłam. Był za duży na nasz miejskie mieszkanie. Nie mogłam go adoptować, lecz mogłam prosić Boga, by ten biedny, niemłody, ślepy pies znalazł dom, więc zaczęłam się o to modlić.
     Po tym spotkaniu zupełnie utwierdziliśmy się w przekonaniu, że nasz piesek musi być ze schroniska. Wciąż myślałam też o ślepym podhalańczyku i o psie, który był nam przeznaczony – właśnie tak.
Uważałam i nadal uważam, że jeśli jakieś zwierzę lub człowiek w potrzebie stanie na naszej życiowej drodze, to z pewnością jest nam przeznaczony. Może do odrobienia którejś życiowej lekcji?  Przez współczucie, pomoc potrzebującym, chorym i słabym stajemy się lepsi i piękniejsi duchem. 
    Święta minęły szybko, ale dla mnie ciągnęły się jak makaron. Pewnie dlatego, że tak bardzo chciałam adoptować i zabrać do domu „naszego psa”. Mamusia próbowała mnie odwieść od tego pomysłu, wiedząc jaki tryb życia prowadzimy. "Po co wam pies? Ciągle wyjeżdżacie! Pies to odpowiedzialność i kłopot. Pies jest jak dziecko" – mówiła, jakbym o tym nie wiedziała. Takie argumenty nie były żadnymi argumentami. Wiem jednak, co przez to mamusia chciała mi powiedzieć: „Manolo zawsze zostanie w moim sercu i nigdy żaden pies nie dorówna mu inteligencją”. Wiedziałam, jak bardzo kochała Manolo. Od jego odejścia minęło 18 lat, a ona nadal miała jego piłeczkę i miseczkę, choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam. 
    Zaraz po świętach 27 grudnia 2012 roku weszliśmy do schroniska. Szliśmy powoli, przyglądając się boksom, z których wnikliwie obserwowały nas psie oczy. Niektóre pieski wychodziły nam na spotkanie, inne zignorowały nasze przybycie, jeszcze inne skutecznie chciały nas odstraszyć. Były też takie, które prosiły o głaski i żałośnie popiskiwały, gdy odchodziliśmy.
    – Zobacz jaki ładny – mówiłam do Mario – Szkoda, że jest taki duży. Mam nadzieję, że szybko znajdzie domek. A ten, też śliczny. Oo! i tamten! – tokowałam. 
   – Kochanie, możemy wziąć tylko jednego pieska – upomniał mnie Mario z pobłażliwym uśmiechem, a mnie wtedy zrobiło się smutno. Jakże trudno zdecydować się na jednego, kiedy jest tak wiele błagających spojrzeń.
   Poszukiwania trwały, ze względu na ogromną liczbę nieszczęśników. Wreszcie wpadliśmy na pomysł, by się rozdzielić. Mario poszedł w prawo, ja w lewo. Uzgodniliśmy wcześniej, że jeśli któreś z nas znajdzie małego pieska i przypadnie mu on do serca – bo tak to działa – to natychmiast da znać drugiemu.
   Przeszłam obok kilkunastu boksów, aż wreszcie odwróciłam się w kierunku Mario. Uderzył mnie rzadki widok:     Mario stał przy boksie i rozmawiał z psem. Następnie kucnął i wyciągnął rękę w kierunku ogrodzenia. Uśmiechał się. Nie robił tego do tej pory, więc szybko dołączyłam do niego. W boksie był zrozpaczony, rudy, gładkowłosy kundelek, prawie-jamnik.  Nie znałam za bardzo charakteru tej rasy. Moi starzy przyjaciele mieli jamniczkę, z którą bardzo się lubiłyśmy i zawsze, gdy przychodziłam, przynosiła mi swoje zabawki, ale dla mnie była to taka sama słodka psinka jak wszystkie inne. 
    Patrzyłam na Mario. Uśmiechał się i mówił do zdesperowanego małego krzykacza, a jamniś skakał na siatkę i tak przeraźliwie szczekał, jakby walczył o życie. Kucnęłam przy nim i spojrzałam w jego oczy. Uspokoił się, lecz w tych oczach była rozpacz i smutek. Miałam wrażenie, że mówi: "Zabierz mnie! Zabierz mnie stąd! Będę grzeczny i będę cię kochał! " Kiedy spróbowałam się podnieść, zaczął piszczeć, a potem rozpaczliwie szczekać. Nie chciał, byśmy odeszli. Robił wszystko, aby nas zatrzymać. Włożyłam palce między siatkę, a ta mała, trzęsąca się z zimna bieda, zaczęła je zapamiętale lizać. Główkę tulił do mojej dłoni, tak bardzo chciał, żeby go głaskać, pragnął miłości. Byłam wzruszona, a z miny Mario wywnioskowałam, że mały rudasek zawładnął jego sercem, tak jak moim, więc zapytałam: 
     – Chcesz tego pieska? 
     – Tak – rzucił krótko.
     – Na pewno? Ja mogę mieć każdego, ale to ma być bardziej „twój pies”.
     – Tak, chcę tego pieska. – Odpowiedź była zdecydowana. Zabrałam swoje „cztery litery” i poszłam do biura sfinalizować adopcję.
   W biurze siedziała pani o bardzo miłej i sympatycznej twarzy. To była pani kierownik, Dorota Skupińska.
     – Słucham panią, czym mogę służyć? – zapytała.
     – Proszę pani, chciałam adoptować pieska.
     – Którego? – zapytała zaciekawiona 
     – Niestety, nie wiem jak ma na imię... Nie ma wywieszki na boksie. 
     – Nie ma? – Pani kierownik bardzo się zdziwiła. – W takim razie, proszę mi powiedzieć, gdzie jest ten piesek?
Wyszłyśmy z biura, a pani Dorota już trzymała w ręku smycz.  
     – Piesek to taki rudasek, jest tam, gdzie stoi ten pan w kapeluszu – poinformowałam, wskazując ręką w kierunku Mario.
     – Ooo! To jest Maruś!  
     – Maruś??? Niesamowite! Mój mężczyzna ma na imię Mario. Jeśli piesek nazywa się Maruś, to jest on na pewno NASZYM PSEM! – zaśmiałam się a w głębi serca czułam, iż to nie przypadek, że piesek miał na imię MARUŚ.
    Pani kierownik podeszła do boksu. Otworzyła go i zapięła smyczkę. Mały rudzielec był przeszczęśliwy. 
     – Może państwo chcą go zabrać na spacer? Zobaczyć jak on chodzi na smyczy? –  spytała pani Dorota.
     – Och nie! To niepotrzebne. Chcemy go adoptować i już zabrać do domu, do Holandii. Tam mieszkamy.
     – No tak, ale jest taki mały problem, a mianowicie: wizyta przedadopcyjna. 
     – Ojej... – bardzo się zmartwiłam, ale natychmiast odzyskałam rezon i postanowiłam raz w życiu się zareklamować: 
     – Mam przyjaciółkę, ona bardzo dobrze mnie zna i wie, że jestem zwariowana na punkcie zwierząt. Ona była czynną wolontariuszką w schronisku, bo też jest „nawiedzona”. Ma dwa, czy już nawet trzy goldeny, nazywa się Beata Drozdowska. Ma również konia Molara — nerwowo tokowałam, ale byłam pewna, że na tym „podwórku” wszyscy się znają. 
     – Tak znam i Beatkę i konia. Kiedyś jeździłam konno w „Ostrodze”. 
     – Ooo! Jeśli tak, to na pewno zna pani mojego konia, niebieskookiego Jontusia?
     – No pewnie! Wszyscy znają Jontka – zaśmiała się pani Dorota. – To jest pani koń? — spytała. 
     – Tak, kupiłam go kilka lat temu. Jontuś miał wówczas 21 lat.  „Pełnoletni chłopak”. Myślałam, że on mnie nauczy jeździć, a tymczasem Jontuś stwierdził, że mogę na niego wsiadać pod warunkiem, że BĘDĘ UMIAŁA JEŹDZIĆ. Zwyczajny business conflict.
Roześmiałyśmy się obie. 
     – Tak, to cały „Profesor Jontek” – podsumowała pani Dorota. 
Moja znajomość z Beatką i sposób traktowania zwierząt zostały natychmiast zweryfikowane jednym telefonem. Egzamin zdałam.   
     – Jest jeszcze jeden problem – dodała pani Dorota — otóż przez parę miesięcy w weekendy przychodziła do Marusia pewna pani. Jakoś nie umiała się zdecydować, czy go adoptować, może w tej sytuacji się zdecyduje? – tłumaczyła.
     – Kilka miesięcy to dużo. Wydaje mi się, że aż za dużo! Miała wiele czasu do namysłu. Jeśli o nas chodzi, chcemy Marusia już! Nie będziemy się zastanawiać, bo albo się psa chce, albo nie – skonkludowałam.
     – Ma pani rację, ale ja chcę być w porządku wobec tej osoby. Pozwolicie państwo, że poszukam jej numeru telefonu i poinformuję ją o waszej decyzji? – zapytała pani Dorota.
     – Oczywiście – odparłam, modląc się w duszy, aby numer się nie znalazł.
   Pani kierownik kolejno przerzucała kartki w segregatorze w poszukiwaniu jakiejkolwiek informacji o owej pani odwiedzającej Marusia. Maruś w tym czasie bombardował miłością Mario. Najpierw siedział grzecznie przy jego nodze, właściwie się w nią wpychał. Potem usiadł naprzeciwko i wlepił oczka w swojego wybawcę. Lizał go po rękach, wreszcie bezceremonialnie wskoczył mu na kolana. Jęzorkiem „atakował" twarz Mario, wylizując mu nos i oczy, a ten przemawiał do Marusia uspokajająco i z miłością. W tych psich gestach i spojrzeniu były wszystkie obietnice, jakie można sobie wyobrazić. Nie zapomnę tego widoku do końca życia. 
    Numeru telefonu do pani, która odwiedzała Marusia i bawiła się z nim przez kilkanaście weekendów, nie było w dokumentach. Po prostu pani go nie zostawiła.
     – No dobrze. Nie ma telefonu. Chciałam być fair, ale teraz mając na względzie dobro psa, chcę powiedzieć, że możecie go państwo adoptować, zresztą widzę, że pies sam już wybrał – oznajmiła pani kierownik, z uśmiechem patrząc na Marusiowe poczynania.    
     Ogromnie ucieszyliśmy się, bo ten mały brzdąc wlazł nam prosto do serca, a przecież było to dopiero kilkanaście minut! Co czekało nas w przyszłości? Jaki był Maruś? Nie wiedzieliśmy tego, ale wkrótce mieliśmy się przekonać, jak bardzo Maruś nas pokocha.