Strona główna

        Kontakt

         Galeria

    Wigilijny wieczór                2012 roku

   Mój nowy domek

       Pierwsze dni

    Jadę na motorze

     Świat jest piękny !

  Trippstadt, Koblenz,           Strasburg         

     Dusty i Suran                  w Holandii

    Sem - Psi Anioł

     Viva Italia ! - cz.I

    Viva Italia ! - cz.II

     Benzyny brak !

   Z PAMIĘTNIKA PSA PODRÓŻNIKA

   Niezwykła historia adoptowanego psa Marusia   

    Viva Italia! - cz.III

      Fiesta Italiana

         Szwajcaria                    po raz drugi 

 Kupujemy uszczelkę

     Lista  Patronów 

 Wpadka towarzyska

     Kluczyk cz.I

    Kluczyk cz.II

     Fontanna

          Tolek

   Kłopoty z prądem 

W zimną, wigilijną, bożonarodzeniową noc, ja - mały rudy kundelek w typie jamnika, leżałem  na swoim posłanku.  
Zwinięty w kłębek, drżałem z zimna. Cichutko skomlałem przerywając głuchą ciszę.
W sąsiednim  boksie siedział mój druh Sten. Wpatrując się w ciemność, pytaniem przerwał moją rozpacz. 
- Marusiu, dlaczego płaczesz? -  
- Zimno mi jest, Sten i bardzo smutno. Przypomniałem sobie mój dom, który kiedyś miałem. Chcesz posłuchać?
- Opowiadaj przyjacielu - odparł
- W moim domku miałem posłanko i miseczki, zawsze pełne. Było ciepło. Moi ludzie nie byli źli, choć nie zawsze dobrze mnie traktowali. Często szarpali za uszy, czasem dostałem lanie, krzyczeli na mnie. Bywało, że się ich balem. Gdy ktoś podnosił głos, chowałem się by nie oberwać. Ale miałem dom i kochałem swoich ludzi takich,     jacy byli ... -  chlipałem z żalu, opowiadając przyjacielowi o moich smutkach. 
- Sten, pamiętasz swój domek? - Zapytałem mego towarzysza niedoli.
-Tak, pamiętam. Na początku byłem kochany. "Puchata, biała kuleczka" - tak o mnie mówili. Podobałem się wszystkim. Moi ludzie nawet, się mną chwalili. Każdy chciał się ze mną bawić, głaskać. Dostawałem smakołyki i spałem w domu. Ale urosłem. Wtedy wygonili mnie  na dwór, że niby za duży byłem. Od tej pory musiałem pilnować podwórka i domu moich ludzi. 
Traktowali mnie, nie tak jak dawniej. Często byłem głodny i spragniony. Nikt już się mną nie przejmował.
" Ot - przecież to tylko pies" - mówili. A gdy straciłem wzrok, nie byłem potrzebny. 
Uważali, że jestem ciężarem i darmozjadem. Wzięli sobie nowego psa, a mnie wyrzucili z domu. 
Długo się błąkałem, aż ktoś znalazł mnie i trafiłem tutaj. Bałem się. Tyle obcych głosów, ludzi, których nie znałem, ale ulica była gorsza. Tam było strasznie. 
W schronisku zawsze jest jedzenie i woda. Wychodzę na spacery i znowu jestem głaskany, jak kiedyś, gdy byłem " Puchatą , białą kuleczką "....
Zrobiło mi się jeszcze smutniej. Patrzyłem na Stena i rozmyślałem nad jego życiem. Dzielnie znosił swój los.
Stary i ślepy owczarek podhalański, położył swój wielki łeb na łapach i westchnął. Żył z dnia na dzień.
Nawet przestał marzyć. 
W schronisku, wolontariusze lubili Stena. Ogromne psisko o łagodnym i wrażliwym sercu, uwielbiało przebywać z ludźmi. W swoim boksie, miał wielki, czerwony skórzany fotel, na którym chętnie się wylegiwał. Zawsze czujny.
Czasem stawał przy ogrodzeniu i gdy usłyszał człowieka, natychmiast wbijał się w siatkę, w nadziei otrzymania głasków, choćby tylko jednym, nieśmiałym paluszkiem. Każdej wiosny, na łące wąchał wszystkie kwiaty i kochał tarzać się na trawie, jak każdy z nas. Już trzecią zimę spędzał za kratami. Stracił nadzieję, że pewnego dnia,  ktoś go stąd zabierze. 
Często dzieliłem się z przyjacielem swoimi troskami. Bałem się być sam. Bardzo źle znosiłem schronisko.
Przebywałem tutaj już cztery miesiące, a nadal płakałem nie pogodzony z losem bezdomniaka .
Codziennie zanudzałem swojego starego przyjaciela setką pytań, byle zabić czas i słyszeć jego głos.
W taki wieczór jak ten,  ciężko jest każdemu, kto tak jak ja, doświadczył odrzucenia.
Kolejny raz zadawałem pytanie staremu przyjacielowi. 
- Powiedz mi Sten, czy ta Pani, która do mnie tak często przychodziła, zabierze mnie kiedyś do swojego domku?  
Sten znowu westchnął głęboko, po czym odpowiedział: 
-  Będę z tobą szczery, mój mały przyjacielu. Jestem tutaj już trzeci rok i wiem, że jeśli ktoś chce adoptować zwierzaka, to wchodzi tutaj, szuka go i jeśli znajdzie, zabiera do domu. Niektórzy przychodzą dwa lub trzy razy,by się upewnić co do swojej decyzji, lecz takich ludzi nie ma wielu. Przeważnie  decydują się szybko i zabierają  nowego przyjaciela, bo przecież jeśli się kogoś pokochało, to pragnie się z nim być. Miłość nie potrafi czekać. - Skonkludował Sten
Z żalu cichutko pisnąłem i zwiesiłem główkę. Tak dawno nie głaskała jej kochająca reka. 
Przypominałem sobie jak tu trafiłem.

Było jeszcze lato, gdy znaleziono mnie na ulicy, tak jak Stena. Biegałem po chodniku przestraszony i szukałem swoich ludzi. Żal i strach  rozdzierał mi serce.  Prawie wariowałem z rozpaczy, ale to nie pomogło. Nie znalazłem ich . Oni też chyba mnie  nie szukali...

Ktoś pocieszał mnie na ulicy, a potem przyjechał samochód i zabrał do  schroniska. Gdy trafiłem do boksu, wpadłem w panikę. Zacząłem przeraźliwie szczekać. Ochrypłem od ciągłego wołania i wołałem nadal.  Miałem nadzieję, że mój człowiek  przyjdzie i zabierze do domu. Nie przyszedł. Moi ludzie już mnie nie chcieli.   
Któregoś dnia w schronisku zjawiła się kobieta. Była miła i uśmiechała się do mnie. Oszalałem na jej punkcie. Miałem nadzieję, że mnie pokocha i weźmie do domku. Pani zabierała mnie na spacerek. Bawiła się ze mną w rzucanie kamyków i wszystkiego co dało się rzucić. Wynajdywałem różne rzeczy i przynosiłem Pani, by spodobać  się i podbić jej serce.  Mijały tygodnie, a Pani po każdej weekendowej zabawie ze mną , wracała do swojego domku. Ja  musialem  znowu zostać sam w zimnym boksie. Długo jeszcze po odejściu Pani, stałem na dwóch łapkach, oparty o siatkę ogrodzenia i woływałem z nadzieja, że wróci i mnie zabierze. Nie zabrała. Po każdej wizycie płakałem jeszcze bardziej. Nie rozumiałem, dlaczego nie mogłem z nią  pójść?  Czyż nie mówiła mi, że jestem śliczny, cudowny i grzeczny?
 Okazywałem jej tyle uczucia i przywiązania, ile tylko biedna, porzucona psina może okazać. Teraz, w zimną  wigilijną noc Bożego Narodzenia, leżałem przemarznięty i samotny. Smak zawodu zawsze jest okropny.       Płakałem cichutko, na zmianę z wyrywającym się z serca głośnym żalem. Tymczasem " moja Pani " pewnie    siedziała w ciepłym domku, przy wspaniało udekorowanej i rozświetlonej choince. Jej stół był nakryty pięknym obrusem i smakołykami. Wcale nie myślała o moim małym, jamniczym, biednym serduszku wyjącym z żalu,        bo co ją tam obchodzić mógł kundel jakiś ?
- Zastanawiam się Sten, czy kiedykolwiek, ktoś nas stąd zabierze???  -   
Ciągnąłem dyskusje z moim kompanem . Jakoś go to nie męczyło, choć sam stwierdziłem, że natręt jestem.
Sten chyba lubił ze mną rozmawiać, więc odpowiedział na moje pytanie.
-  Ty na pewno znajdziesz domek. Masz dopiero 7 lat i tyle radości w sobie, gdy biegasz za piłeczką, o ile    wcześniej jej nie pogryziesz -  zaśmiał się po czym kontynuował. 
-  Marzenia się spełniają, zwłaszcza w taki wieczór jak dziś. Musisz tylko bardzo tego pragnąć, prosić i wierzyć,  że otrzymasz. Domek wtedy na pewno się znajdzie. Co do mnie, to moja ślepota, wielkość i wiek, raczej mi nie pomagają w realizacji tego pięknego marzenia, jakim jest domek... ale mimo wszystko nadal mam nadzieję .To ona utrzymuje mnie przy życiu. To dzięki niej, wstaję z posłania i nadal marzę o kimś, kto mnie pokocha.                Sten nawet w swoich najśmielszych marzeniach nie przypuszczałby , jaki wspaniały dar, w przyszłości, dostanie od losu.Nagle, postawił  uszy, które zwykle były klapnięte, przekręcił głowę i nasłuchiwał.                                          Ze wszystkich psów, jego słuch był najlepszy, bo musiał zastąpić wzrok. 
- Słyszysz Marusiu? 
- Nie - odparłem
Ktoś chodzi wokół schroniska. O tej porze, nikt tutaj nie przebywa -  stwierdził.
W istocie, dwie osoby krążyły w mrokach nocy.
Wszyscy czujni mieszkańcy poderwali się na nogi. Potworny wrzask zdziwienia, strachu, radości i oburzenia z powodu przerwanego snu, uniósł się nad zalanym ciemnością  azylem.
- Kto to??? - ze wszystkich stron rozległy się pytające głosy 
- Może po mnie? - aż podskoczyłem podekscytowany. Może ta Pani, co do mnie przychodziła, wróciła?              Może mnie zabierze? Może pojadę do domku? Zadawałem sobie te wszystkie pytania, choć czułem, że tak nie jest. Zacząłem  krzyczeć z całych sił. Skakałem jak oszalały na siatkę ogrodzenia. Chciałem zobaczyć, czy to "moja Pani" ?
- Zabierz mnie! Będę grzeczny! Będę cię kochać! Obiecuję, tylko mnie zabierz! -  Żałośnie wołałem i płakałem.
- Nie! To nie po ciebie Marusiu. Pewnie Straż Miejska przywiozła kolejnego psiaka, co to do choinki i świątecznych porządków nie pasował. Albo był nietrafionym prezentem. Dużo takich nieszczęśliwców tu się znalazło... - mówiła smutnym głosem stara wilczyca - Szaza. Wiele lat służyła człowiekowi w podłych warunkach.
Gdy trafiła do schroniska, to jakby do raju. Nigdy nie było jej tak dobrze jak teraz. Tu miała posłanko tylko dla siebie, zawsze pełne miski z jedzeniem i wodą. Nie gryzły ją pchły, dostawała dużą porcję głasków od wolontariuszy i chodziła na spacery. Miała opiekę, gdy chorowała i wszyscy jej współczuli. Czasem sama sobie otworzyła boks i chodziła po całym obejściu jak władczyni. Wygląd jej wzbudzał strach, bo naprawdę wygladala  jak wilk, ale jej serce nie miało już agresji. Była wdzięczna za wszystko co dostała w schronisku i za serce wolontariuszy. 
- Szaza ! - Zawołał Brus,6 letni czarny kundelek. Rok już spędził za kratami.
Niczym się nie wyróżniał od innych psiaków. Nie był za bardzo towarzyski, ale też nie był agresywny.                    Lubił spacery z wolontariuszami, lecz tylko niektórych obdarzał cieplejszym uczuciem. Widział nie raz, jak jego rasowi towarzysze niedoli wychodzili zza krat. Oni byli piękni, a on... ot kundel. On nie wierzył, że ktoś może go pokochać.
Czasem śnił mu się domek z kochającym człowiekiem, własną miską pełną smakołyków i wielką kanapą, na której się wylegiwał. Ale to był tylko sen... 
Wolontariuszom pękały serca, na jego widok i robili wszystko, by Brus znalazł domek.
Znajdzie go daleko, ale jeszcze kilka zim spędzi w schronisku.
Teraz Brus, tak samo zmarznięty jak inni towarzysze szczekał, nie by bronić swoje terytorium, lecz chcąc rozgrzać się bieganiem po boksie. 
- Szaza , rozejrzyj się po podwórku i powiedz co widzisz? Udało ci się wyjść z boksu, to sprawdź ! - radził Brus
- Eeee, nic nie widzę - odparła
- Jak to nic? Słyszymy, że ktoś się tutaj kręci -  naciskali współmieszkańcy 
- Szaza, ty patrz lepiej! - ktoś pouczał
- Wprawdzie ich nie widzę, krzaki zasłaniają, ale słyszę. Coś mówią!  Lepiej bądzcie ciszej -                    zdenerwowała się Szaza
Słyszała rozmowę dwójki ludzi. Mówili w obcym języku. 
- Kochanie, słyszysz? Psy szczekają. To tu jest schronisko, lecz nie wiem, gdzie jest wejście? Nigdy tu nie byłam.
Przez drzewa i krzewy jest tak ciemno, że oko wykol, ale co tam - machnęła ręką. - Przyjedziemy jutro ,za dnia i zobaczymy gdzie  jest wejście - mówiła kobieta.
- Dużo musi być tych psów - stwierdził mężczyzna.
- Tak, bardzo dużo. Czytałam na stronie, że aktualnie jest tutaj 156 psów i tyleż kotów. A tam wśród tych piesków   jest TEN NASZ! Tak, NASZ! Słyszysz go? - pytała podekscytowana.
- Oczywiście - z uśmiechem potwierdził mężczyzna, a jego kobieta ciągnęła radośnie.
- Tak bym chciała,by już był z nami. Będzie najfajniejszy na świecie - bo BĘDZIE NASZ!  
Oboje się roześmiali.
- Zaczekaj na nas! Jeszcze troszkę, pieseczku! Przyjdziemy po ciebie!!! - Wykrzyknęła kobieta ogromnie szczęśliwa.  
Wszyscy słuchaliśmy z zapartym tchem. Każde z nas pragnęło ciepłego kąta, własnego kocyka, zabaweczki i pełnej miseczki smakołyków. Teraz zamyśliliśmy się. Które z nas odejdzie? Które z nas pójdzie z tymi  ludzmi do domu? Było nas tak wielu...                                                                                                                                    Słyszeliśmy oddalajace się kroki ludzi, którzy w tą noc, zadali sobie trud chodzenia na mrozie. Drogą, na której w ciemniściach nogi można połamać. Noc zawsze jest zimna, ciemna, straszna i budzi duchy przeszłości, ale po niej nastaje dzień. On jest szansą na nowe życie. Czekaliśmy na niego...
Tej nocy, żadne z nas już nie zasnęło.
Wznosiliśmy oczy pełne łez w ciemne niebo i każdy z nas zmawiał swoją modlitwę.                                Każdy prosił o to samo - O DOM... Teraz nie dzieliliśmy się na psy i koty, byliśmy  SIEROTAMI i BEZDOMNIAKAMI . 
 
 
 
 

Sten 

                     Jak trafiłem do Holandii, czyli opowieść Mamusi

Brus

W grudniowy wieczór. Siedziałam z Mario na kanapie. To był wieczór wspomnień, w którym główne miejsce zajmowały nasze byłe zwierzaki. Przypomniałam sobie mojego pierwszego psa, Manolo. Był niesamowity!         Ci którzy go jeszcze pamietają z całą pewnością zgodzą się ze mną. Manolo był człowiekiem w psiej skórze. Rozumiał wszystko co się do niego mówiło, a w jego oczach były odpowiedzi. Miał własne pomysły na życie i poglądy na ludzi. Jeśli uparł się, by kogoś obszczekać, to na pewno miał rację. Ale nie o Manolo ma być opowiadanie. Manolo był moim pierwszym psem i mam do niego ogromny sentyment. 
Potem był Doro, Patafil-Paciu, Kinga-Kusia, Sonia i Xena. Była papuga - Piuta i kicia Mieciusia, czyli Miećka. Dwa konie: niebieskooki Jontuś i Eliasz. 
Wszystkie bardzo kochałam i ogromnie tęskniłam, choć wielu mogłoby mi zarzucić, że zostawiłam je wyjeżdżając do Holandii. Te które jeszcze żyły, gdy wyjeżdzałam, zostały z moim ex-małżonkiem,bardzo dobrym człowiekiem. Zwierzaki nadal były w swoim domu i z osobą którą kochały. 
Mario, mój obecny mężczyzna, także kiedyś miał dom i gromadkę zwierzaków. Psy, koty, papugi, królika, chomika i wszystkie razem żyły w przyjaźni. Nie było istatne, że papuga siedziała na głowie psa i grzebała mu w sierści. Pies był dzielny i z miłości do niej, jak również dla świętego spokoju, znosił papuzie pieszczoty. 
Wspominając naszych braci mniejszych doszliśmy do wniosku, że jeśli oboje tak kochamy zwierzaki, to dlaczego teraz, będąc razem, nie mamy  choćby psa? 
No właśnie, dalczego??? 
Wniosek:  BIERZEMY PSA! 
Założenie było takie: pies ma być mały, by mógł z nami podróżować na motorze. 
Nie będziemy nikomu podrzucać, naszego przyszłego pupila! Działania podjęliśmy natychmiast.
Mario usiadł przed tabletem i począł przeglądać strony internetowe.
Niestety, nie znalazł  małego pieska, który przypadłby mu do serca mimo, cen od 200 euro w górę z "papierami. Ja miałam inne zalożenia, chciałam  pieska z "odzysku". Byłam zdziwiona, że Mario pragnie kupić psa, lecz w jego życiu były tylko psy rasowe. Ja miałam kundle, które kiedyś stanęły mi na drodze i potrzebowały pomocy. Zaproponowałam Mario, by adoptować pieska, a nie kupować.
 "Nie mamy prawa kupować psów, jeśli choć jeden znajduje się w schronisku" - prztoczyłam cytat dr. Sumińskiej.
Mario zgodził się. Wszedł na stronę schroniska w  Uden. Tu mieszkamy. Znalazł tylko jednego pieska. Odpowiadał wielkością naszym wymaganiom. To był Jack Russel. Niestety, pies nie lubił dzieci. Biedny psiak... odpadł, ze względu, na moją wnusię Emilkę, lecz nie tylko z tego powodu. Wprawdzie Emilcia mieszka w Polsce, ale przecież jeździmy do rodziny. Piesek, musiał przynajmniej tolerować dzieci. Nie wszystkie psy przepadają za małymi szkrabami. Powiem nawet, że mało jest psów lubiących dzieci. Przeważnie, jeśli już jest jakieś uczucie do dzieci, to jest to zaledwie tolerancja. Tyle, w zupełności by nam wystarczyło. Niestety, ten psiak po prostu dzieci nie lubił.
Poszukiwania pupila trwały nadal. Nagle mnie olśniło! Czy to interwencja św. Franciszeka?  
Przypomniałam sobie o schronisku w Opolu. Od razu otworzyłam komputer i zaczęłam szukać informacji . 
Zobaczyłam filmik z biednymi pieskami, było ich 154 i 124 koty. Schronisko totalnie przepełnione. 
Nic więcej nie chciałam oglądać i nawet nie przeglądałam stron adopcyjnych. Po co?
Wiedziałam, że tam na pewno jest pies dla nas. Nasz pies! 
Od Bożego Narodzenia dzieliły nas tylko dwa tygodnie. Mieliśmy je spędzić u mojej mamusi i u niej się zakwaterować. Nie chcieliśmy wcześniej adoptować pieska, ze względu na nią. 
Usłyszałabym, że brudne łapy - bo zima, sierść i takie tam wymówki, więc po co się narażać. W końcu byliśmy gośćmi.
Dojechaliśmy do Opola dwa dni przed wigilią . Gdy wreszcie zaświeciła pierwsza gwiazdka, kolację wigilijną spożyliśmy, a prezenty zostały rozdane, postanowiliśmy z Mario pójśc na spacer. 
Po obżarstwie wigilijnego wieczoru, wyszliśmy z domu z przyjemnością. 
Wiedziałam, że schronisko jest na ul. Torowej, tylko gdzie to schronisko? Ulica Torowa była mi znana, lecz ze szkoły nauki jazdy. Azylu dla zwierząt tam nigdy nie widziałam. Nie zabrakło nam jednak entuzjazmu. Musieliśmy  dotrzeć  do celu. Chcieliśmy choć  popatrzeć na pieski. Łaziliśmy po wszystkich dziurach                 i zakamarkach wyludnionej strefy miasta. Taka cisza, a przecieć to prawie ścisłe centrum. Słyszeliśmy szczekanie psów. Namierzyły nas, ale my nie "namierzyliśmy" azylu. Zimna i ciemna noc - na tych peryferiach szczególnie ciemna. Było nam przykro, że tam, w oddali szczeka "nasz pies", a my nawet nie możemy na niego popatrzeć. Mogliśmy go zabrać dopiero po świętach, przed samym wyjazdem do Holandii.  
Nogi nas bolały  od łażenia i zaczęliśmy odczuwać mróz, który tego wieczoru naprawdę dokuczał. Myślalam o małym zmarzniętym psiaczku, czekającym na ratunek i serce mi krawawiło.
Niestety,  tymczasowo trzeba było się poddać i zatknąć "białą szmatę ", bo mimo starań, nie znależliśmy schroniska. W takich ciemnościach nie mieliśmy szans. Wróciliśmy do domku mamusi z postanowieniem,  dokładnego zbadania terenu, dnia następnego i z pomocą samochodu.
Pierwszego dnia świąt , jak co roku leniwie spędzonego, po obiedzie, wsiedliśmy w  samochód i wróciliśmy na miejsce poszukiwań. Objechaliśmy wszystkie kąty i uliczki prowadzące do nikąd. Wreszcie znaleźliśmy wejście do schroniska. Niestety, nic nie mogliśmy dostrzec. Boksy piesków były oddalone w bezpiecznej odległości od bramy. Tylko jakaś szara wilczyca, o powierzchowności steranej życiem, chodziła po placu jak pani na  włościach. Myślałam, że po prostu stróżuje. Bez jednego szczeknięcia zbliżyła się do nas. Nie odważyłam się przez siatkę pogłaskać wilczycy, Mario też nie. Odeszliśmy, by nie denerwować mieszkańców azylu. Postanowiliśmy okrążyć ten przybytek rozpaczy. Mieliśmy dużo czasu by to zrobić.
Skierowaliśmy się w stronę torów. Szliśmy przy płocie z siatki i nagle, stanął przed nami taki obrazek : 
Za siatką, na wielkim czerwonym, skórzanym fotelu, leżał  pies. Duży, biały podhalańczyk. 
Gdy nas usłyszał podniósł się i bez szczekania, powolnymi krokami zbliżył się do nas. Stanął na łapach i oparł się o siatkę. Wyciągnął do mnie głowę i wtedy zobaczyłam jego mleczne oczy... Był ślepy...
Myślałam, że serce pęknie mi na pół. Wyciągnęłam rękę. Pies obwąchał mnie ostrożnie, po czym sam otarł łeb o moją dłoń. Zanużyłam delikatnie palce w jego sierść. Pies poddał się pieszczotom. Ogromnie ich pragnął. Głaskałam go i mówiłam do niego, a łzy płynęły mi po policzkach. Gdybym mogła, zabarałabym go natychmiast, ale nie mogłam. On był za duży na nasz miejski apartament. Nie mogłam go adoptować, lecz mogłam prosić Boga, by ten biedny, ślepy pies też znalazł dom i zaczęłam się o to modlić.
Po tym spotkaniu, zupełnie utwierdziliśmy się w przekonaniu, że nasz piesek musi być ze schroniska. 
Nie mogłam już spokojnie siedzieć, cały czas myślałam o tym ślepym podhalańczyku i o psie który był nam przeznaczony. Tak właśnie. Uważam, że jeśli jakieś zwierze lub  czlowiek  w potrzebie, stanie na naszej drodze życiowej, to z pewnością jest nam przeznaczony. Może do odrobienia jakieś lekcji?  
Przez współczucie, pomoc biedniejszym, słabszym i potrzebujacym pomocy, stajemy się lepsi, piękniejsi. 
Święta minęły szybko, pewnie dlatego,że tak bardzo chciałam już zabrać "naszego psa". 
Mamusia próbowała mnie odwieźć od pomysłu adopcji. 
- Po co wam pies?  Ciągle wyjeżdzacie! Pies to odpowiedzialność i kłopot. Pies jest jak dziecko - mówiła. 
Takie argumenty, nie są żadnymi argumentami. Wiem jednak, co przez to mamusia chciała mi powiedzieć: 
"Manolo, zawsze zostanie w moim sercu i nigdy, żaden pies nie dorówna mu inteligencją "  
Wiedziałam jak bardzo kochała Manolo.  Od jego odejścia minęło 18 lat, a ona nadal miała piłeczkę i miseczkę Manolo, choć o tym nie wiedziałam. 
Zaraz po świętach 27 grudnia 2012 roku, weszliśmy do schroniska. Szliśmy powoli przygladając się mieszkańcom  boksów z których, wnikliwie obserwowały nas psie oczy. Niektóre pieski  wychodziły nam na spotkanie, inne zignorowały nasze przybycie, jeszcze inne skutecznie chciały nas odstraszyć. 
Były też takie, które prosiły o głaski i żałośnie popiskiwały gdy odchodziliśmy .
- Zobacz jaki ładny - mówiłam do Mario - szkoda, że jest taki duży. Mam nadzieję, że szybko znajdzie domek.   A ten, też śliczny. Oo! i tamten! - tokowałam 
- Kochanie, my możemy wziąć tylko jednego pieska - Mario upomniał mnie z pobłażliwym uśmiechem. Było mi smutno, iż nie mogę zabrać kilku pieskow, ale nie mogłam. Poszukiwania trwały nadal, ze względu na ogromną ilość nieszczęślików. Wpadliśmy na pomysł, by się rozdzielić. 
Mario miał iść w prawo, ja w lewo. Jeśli któreś z nas znajdzie małego pieska i  wpadnie nam do serca,bo tak to działa, to natychmiast da znać drugiemu. 
Przeszłam kilka boksów i odwróciłam się w kierunku Mario.
Uderzył mnie taki widok: Mario stał przy boksie i rozmawiał z psem. Widziałam jak kuca, wyciąga rękę  w kierunku ogrodzenia i się uśmiecha. Nie robił tego do tej pory. Szybko, dołączyłam do niego. 
W boksie był zrozpaczony, rudy, gładkowłosy kundelek w typie jamnika. Prawie-jamnik! Nie znałam za bardzo charakteru tej rasy. Moi starzy  przyjaciele  mieli  jamniczkę. Bardzo mnie lubiła. Zawsze przynosiła mi zabawki, ale była to dla mnie psinka jak wszystkie inne. 
Teraz patrzyłam na Mario. Uśmiechał się do tego małego krzykacza. Jamniś skakał na siatkę, w nadzieji na głaski i tak szczekał , jakby walczył o życie. Kucnęłam przy nim i spojrzałam w jego oczy. Był zrozpaczony .Wydawało się ,że mówi : 
 - Zabierz mnie! Zabierz mnie stąd! Będę grzeczny, nie nasikam ci w domu i będę cię kochał! - 
Piszczał i szczekał na zmianę. Włożyłam palce między siatkę , a ta mała, trzęsąca się z zimna bieda, zaczęła zapamiętale lizać moje palce. Główkę tulił do siatki, tak bardzo chciał się głaskać. Serce się krajało. 
Z miny Mario wywnioskowąłm, że chce tego pieska. Jak ma na imię? Nie wiedziałam. Na jego boksie nie było żadnej informacji. Zapytałam Mario: - Chcesz tego pieska? 
- Tak - odpowiedział krótko 
- Na pewno? Ja mogę mieć każdego. To ma być bardziej "twój pies".
- Tak, chcę tego pieska. -  Odpowiedź była  zdecydowana 
Zabrałam swoje "cztery litery" i poszłam do biura, zapytać o pieska. 
W biurze siedziała pani o bardzo miłej i sympatycznej twarzy. To była pani kierownik Dorota Skupińska.
- Słucham panią, czym mogę służyć ? - zapytała
- Proszę panią, chciałam adoptować pieska.
- Którego? - zapytała pani kierownik 
- Niestety, nie wiem jak ma na imię. Nie ma wywieszki na boksie. 
- Nie ma?- Pani kierownik bardzo się zdziwiła - W takim razie, proszę mi powiedzieć, gdzie jest ten piesek?
Wyszłyśmy z biura, a pani Dorota, już trzymała w ręku smycz.  
- Piesek, taki rudasek,  jest tam, gdzie stoi ten pan w kapeluszu - poinformowałam wskazujac ręką.
- Ooo! To jest Maruś! - 
-Maruś???  Niesamowite! Mój meżczyzna ma na imię Mario. Jeśli piesek nazywa się Maruś, to jest to na pewno NASZ PIES! - zaśmiałam się,  bo w głebi serca naprawdę tak czułam. 
To nie przypadek, że piesek miał na imię MARUŚ .
Pani kierownik podeszla do boksu. Otworzyła go i zapięła smyczkę. Mały rudzielec był szczęśliwy. 
- Może państwo chcą go zabrać na spacer? Zobaczyć jak on chodzi na smyczy? - spytała pani Dorota
- Nie! My chcemy go adoptować i już zabieramy go do domu, do  Holandii. Tam mieszkamy.
- No tak, ale jest taki mały problem, a mianowicie: wizyta przedadopcyjna . 
-Ojej...- trochę się zmartwiłam, ale postanowiłam się zareklamować. 
Mam przyjaciołkę, która bardzo dobrze mnie zna i wie, że jestem durna na punkcie zwierząt. 
Wiem, że ona była czynną wolontariuszką  w schronisku, bo też jest  "nawiedzona". Ma dwa, czy już nawet trzy goldeny, nazywa się Beata Drozdowska. Ma też konia Molara - nerwowo tokowałam.
Byłam pewna że, w świecie zwierzaków na tym "podwórku"  wszyscy się znają . 
- Tak znam i Beatkę i konia. Kiedys jeździłam konno w "Ostrodze". 
-Ooo!  Jeśli tak, to na pewno zna pani mojego konia, niebieskookiego Jontusia?
- No pewnie! Wszyscy znają Jontka - zaśmiała się. To jest pani koń? - spytała
- Tak, kupiłam go kilka lat temu. Jontuś miał wówczas 21 lat. "Pełnoletni chłopak". Myślałam, że on mnie nauczy jeżdzić, a tymczasem Jontuś stwierdził, że mogę na niego wsiadać, jak będę UMIAŁA JEŹDZIĆ. Zwyczajny bussines conflict. Roześmiałyśmy się obie. 
- Tak, to cały "profesorJontek"- podsumowała pani Dorota. 
Moja znajomość z Beatką i sposób traktowania zwierząt, zostały natychmiast zweryfikowane jednym telefonem. Egzamin zdałam.   
- Jest jeszcze jeden problem. Otóż, przez pare miesięcy, w weekendy przychodziła do Marusia jedna pani. Jakoś nie umiała się zdecydować, czy go adoptować - tłumaczyła mi pani kierownik.
- Kilka miesięcy, to dużo. Wydaje mi się, że aż za dużo miała czasu do namysłu. My chcemy go już i nie bedziemy się zastanawiać, bo albo się psa chce, albo nie - skonkludowałam.
- Ma pani rację, ale ja chcę być w porządku, wobec tej osoby. Pozwolicie państwo, że poszukam numer telefonu i poinformuję tą panią o waszej decyzji? - 
- Oczywiście - odparłam.
Pani kierownik kolejno przerzucała kartki w segregatorze, a Maruś w tym czasie bombardował miłością Mario. Pies siedział grzecznie przy nodze, właściwie się w nią wpychał. Potem usiadł naprzeciwko i wlepił oczka w swojego wybawcę. Lizał go po rękach, wreszcie bezceremonialnie wskoczył mu na kolana. Jęzorkiem atakował twarz Mario, a ten przemawiał do Marusia uspokajająco i z miłością. Nie zapomnę tego widoku do końca życia. W tych psich gestach były wszystkie obietnice miłości jakie można wyrazić.
Numeru telefonu, do pani, która odwiedzała Marusia i bawiła się z nim przez kilkanaście weekendów, nie było w dokumentach. Po prostu pani go nie zostawiła.
- No dobrze. Nie ma  telefonu. Chcialam być fair, ale teraz mając na względzie dobro psa, chcę powiedzieć, że możecie go państwo adoptować - oznajmiła pani kierownik.
Ogromnie się ucieszyliśmy, bo już ten mały brzdąc zalazł nam za skórę i wlazł do serca, a przecież było to dopiero  kilkanaście minut! Co czekalo nas w przyszłości? Jaki był Maruś? Nie wiedzieliśmy tego, ale wkrótce mieliśmy się przekonać jak bardzo Maruś nas kochał...  


  





  

    To ja w schronisku 

                  Wigilijny wieczór 2012 roku.  O moim gwiazdkowym marzeniu