Strona główna

        Kontakt

         Galeria

    Wigilijny wieczór                2012 roku

   Mój nowy domek

       Pierwsze dni

    Jadę na motorze

     Świat jest piękny !

  Trippstadt, Koblenz,           Strasburg         

     Dusty i Suran                  w Holandii

    Sem - Psi Anioł

     Viva Italia ! - cz.I

    Viva Italia ! - cz.II

     Benzyny brak !

   Z PAMIĘTNIKA PSA PODRÓŻNIKA

   Niezwykła historia adoptowanego psa Marusia   

    Viva Italia! - cz.III

      Fiesta Italiana

         Szwajcaria                    po raz drugi 

 Kupujemy uszczelkę

     Lista  Patronów 

 Wpadka towarzyska

     Kluczyk cz.I

    Kluczyk cz.II

     Fontanna

          Tolek

   Kłopoty z prądem 

                                                                 Tolek  

        

       Nie wszystkie historie mają szczęśliwe zakończenie. W tej historii happy end nie nastąpi.     

Zeszłego lata w weekendowy wieczór poszedłem z moimi Dużymi na wieczorny spacerek. Przeszliśmy kika ulic. Byłem bardzo zajęty czytaniem wiadomości od kumpli. Na jednym z murków, czteroletni jamnik Drupi, mój sąsiad - pozostawił mi wiadomość o treści: „Chciałbym się z tobą pobawić”. Kolejna wiadomość widniała na trawniku. Tym razem, prawie jamnicza miniatura - Heidi napisała: "Jak długo mam na ciebie czekać?"                                                 Szedłem powoli odpisując na murkowe maile. Doszedłszy z Dużymi do pubu „Preek”, w którym siedziało grono stałych bywalców, spostrzegłem wujka Patricka. Pomachał nam na powitanie.                                                       Tatowe nogi same poszły w odpowiednim kierunku, znaczy: do wujkowego stolika.Przywitaliśmy się i zaproszeni przez wujka usiedliśmy. Wujek wygłaskał mnie i powiedział kilka miłych słów, jak zawsze. Lubiłem go. Nigdy mnie nie ignorował. Byłem dla niego, tak samo ważny jak każdy uczestnik rozmowy.                                                           Pani kelnerka przyniosła mi miskę z wodą, a Dużym szklanki z żółtym, „rozmownym” płynem z pianką.            Kiedyś pchałem się tak intensywnie, do skosztowania tego napoju, że w końcu Mamcia mi dała - na odczepnego. Przyznam się, że wypiłem sporo na raz, by chwilę później żałować, albowiem Mamcia mi się „rozdwoiła” i Tatko też. Ogólnie, zrobił się straszy tłok przy stoliku, gdyż każdy miał obok siebie bliźniaka.                                 Patrzyłem w ten tłum osłupiały, aż się Mamcia i Tatko zaśmiali stwierdzając: „Maruś się NAWALIŁ”.   Dziwne słowo. Pewnie znaczyło ten tłum ludzi, co to mnie przy stoliku otaczał? No nie wiem. To co widziałem, było tak samo osobliwe jak słowo: NAWALIŁ.                                                                                                                                         Po moim doświadczeniu z żółtym płynem, już nie chciałem kosztować tego, co Duzi piją, bo zawsze piją coś dziwnego. Ludzie mają skłonności destrukcyjne, więc lepiej ich nie naśladować.                                               Mamcia, przystawiła do stolika fotelik z poduszką. To było specjalne miejsce dla mnie. W pubie nikt nie dziwił się, że siedzę na wyściełanym podusią foteliku. Jestem stałym bywalcem i na mój widok wszyscy wołają:        "Ooo! Maruś!" A właściciel pubu przychodzi mnie głaskać, bo jestem zawsze bardzo grzeczny.                           Kiedyś chodziłem sobie po pubie bez smyczy i do kuchni zaglądałem, ale od czasu jak przygłuchłem i źle widzę, smycz poza domem stała mi się tak samo potrzebna, jak ludziom buty do wyjścia na ulicę.                               Leżałem wygodnie na podusi i przysłuchiwałem rozmowom. Wujek Patryk rozprawiał z Mamcią o wspaniałości psiego gatunku, więc mój słuch się wyostrzył. Gadali i gadali, aż doszli do wniosku, że życie bez psa jest jakieś niepełne i smutne. Nic dodać, nic ująć. Słuchałem dalej. Wreszcie doszło moich uszu, że wujek chce adoptować pieska z Opola.                                                                                                                                                                           - O rany! Super! Będę miał ziomala, prawie po sąsiedzku!  - zaskomlałem z radości.                                         Mamcia podchwyciła temat w lot i zaoferowała pomoc przy adopcji. Obiecała, sprawdzić psiego kandydata na przyjaciela dla wujka Patryka. Chodziło o pieska, który kocha ludzi i zwierzaki. Psy z natury kochają ludzi - wyjątkiem są te skrzywdzone przez nich, ale i to da się z czasem naprawić.                                                         Niektóre pieski są bardzo terytorialne i wolą mieć swojego człowieka na własność. Nie tolerują obcych psów w domu i na spacerze. Toteż Mamcia musiała wszystkiego się dowiedzieć i trochę się denerwowała.                Zadanie nie było łatwe, lecz wujek uspokoił Mamcie mówiąc, że z pewnością pieska nie zwróci z adopcji. Będzie kochał swojego nowego przyjaciela do końca.                                                                                                   Wariowaliśmy z radości. Bardzo chcieliśmy, żeby kolejny biedak opuścił schroniskowe kraty.                                 Dwa tygodnie później pojechaliśmy do Opola, na wakacje. Pogoda była fajna. Ciepło, a nawet gorąco więc łaziłem z Tatką na spacery. Czasem demolowałem rabatę pod oknami w pogoni za piłeczką, którą mi Tatko rzucał. Towarzyszyłem mu w ogrodzie, przy czytaniu książki i słodkim lenistwie.                                                      Mamcia jak zawsze, sprzątała, prała i porządkowała. Ona w tych dziedzinach się spełnia.                                 Jeździliśmy też na motorze, ale tylko na parę wypadów, bo znowu w „rupieciu” silnik się rozsypał.                      Tatko to bardzo utalentowany motocyklista... Rupiecia zostawiliśmy na Czechach. Stamtąd, po dwóch tygodniach został przewieziony do Holandii. To oczywiscie jest temat na kolejną opowieść.                                         Tatko wrócił do domu pociągiem, bo się spieszył (nie wiem po co?), a ja z Mamcią jeszcze tydzień zostałem w Opolu.                                                                                                                                                                                             W drodze powrotnej, mieliśmy zabrać do naszego busa jakieś drewniane COŚ - Mamcia mówiła, że to jest TOWAR, i oczywiście psiego pasażera.                                                                                                                                 Po rozmowach z ciocią Dorotką i wielu mailach do wujka Patrycka, wybranym szczęśliwcem stał się TOLEK.         Toluś był białym w czarne łaty z rudobrązowym paskiem przy pyszczku, prawie Jack Russelem - rozmiar XXL. Miał problemy ze wzrokiem. Co mu było? Nie wiadomo. Schronisko nie miało wystarczających funduszy, by sprawdzić oczka Tolusia we wrocławskiej klinice. Brutalna rzeczywistość. Tyle dowiedzieliśmy się o Tolusiu.                  O chorobie związanej z oczkami, wujek Partyck wiedział i zupełnie go to nie zraziło. Chciał Tolka i już.            Wszyscy byliśmy szczęśliwi, że ten przemiły piesek będzie miał swojego człowieka i fajny dom z kumplem, gdyż wujka często odwiedzał mały shitzu imieniem Max.

  W schronisku, wizytę zapoznawczą z Tolkiem mieliśmy wcześniej umówioną i pojechałem tam z Mamusią i Emilką - wnuczką Mamci. Tolek już na nas czekał. Chodził na smyczy z panią wolontariuszką oraz ciocią Dorotką, znaczy: panią kierowniczką. Obwąchałem Tolusia, Tolek mnie i „pierwsze koty za płoty”. Podpisaliśmy pakt o nieagresji. Tolek był miły. Wodził oczami, pilnie wszystko obserwując. Śmiesznie przekrzywiał głowę i wpatrywał uważnie w człowieka. Miałem wrażenie, że Tolek ma zeza, ale to była moja, niczym niepoparta teza.

Do naszego wyjazdu pozostało już tylko dwa dni. Przez ten czas Mamcia pakowała rzeczy, kupowała ulubione jedzonko, byśmy mogli je zabrać do Holandii i robiła ostatnie pranie - ona tak zawsze.                                       Ostatniego dnia pojechałem z Mamcią do babci Helenki, aby się pożegnać przed podróżą. Była z nami Emilka, starsza wnusia Mamci.   Baby gadały i gadały potem się wycałowały co znaczyło, że wychodzimy.                    Zostałem wygłaskany przez babcię i wreszcie wyszliśmy.   Pojechaliśmy po Tolusia. Tolek miał spędzić z nami noc przed wyjazdem. Należało się lepiej poznać, gdyż mieliśmy we trójkę (ja, Mamcia i Tolek) spędzić w kabinie busa 12 godzin.Czekała nas długa podróż.                                                                                                                                       Nasz nowy przyjaciel czekał niecierpliwie. Nastąpiło szybkie powitanie, obwąchanie i już Toluś siedział z nami w samochodzie. Te kilka pierwszych kilometrów przejechał w kenelu na pace. Gdy dojechaliśmy do domu (tego w Opolu) Toluś grzecznie wyszedł z auta, ja też i z pomocą Emilki zawieraliśmy ściślejszą znajomość, chodząc po ogrodzie i znacząc - każdy własnym „atramentem”, co się dało.                                                                                   Mamcia szybko zaprosiła nas na parówkową przekąskę, więc Toluś od razu się z nią zaprzyjaźnił, bo któż mógłby się oprzeć takim argumentom? Jedliśmy ze smakiem, raz z Maminej ręki, drugi od Emilki.                          Mój nowy kumpel szybko się uczył. Pokazał też jak pięknie potrafi siedzieć na pupie z przednimi łapkami w górze prosząc o kąsek. Zdolniacha.                                                                                                                                            Nieustannie mnie obserwował mnie i robił to co ja. Pokazałem gdzie lubię leżeć i Toluś zaraz przy mnie leżał.     O miskę nie walczyliśmy, bo niby po co (?) jak tam same kulki były. Toluś mógł je sobie jeść do woli. Jadł.              Emilka nie odstępowała nas na krok, To było bardzo przyjemne. Po paru godzinach musiała nas opuścić, gdyż pora zrobiła się późna. Pożegnaliśmy Emilkę.   Pobiegła do swojej drugiej babci - Beatki. Nie miała daleko, zaledwie jakieś trzysta metrów.                                                                                                                                         Układaliśmy się do spania. Leżałem na łóżku z Mamcią, a Toluś obok łóżka na moim materacu z kocykiem i podusią.Sen nas zmorzył szybko i spaliśmy jak kamienie.    Rano, po przyspieszonym spacerku i śniadaniu, wsiedliśmy do samochodu. Toluś już nie siedział w kenelu na pace. Był z nami w kabinie uśmiechając się do Mamci i patrząc jej w oczy z miłością.                                                                                                                         Pozwoliłem mu usiąść blisko Mamci, na moim miejscu, by się chłopak lepiej czuł.                                                     Mimo wczesnej pory, słonko mocno grzało. Jechaliśmy z otwartym oknem, żeby dobrze wiało. Szum wiatru był męczący, ale mniej niż upał. Nasz nowy pasażer grzecznie siedział i obserwował wszystko z uśmiechem na pyszczku. Widać było, że jazda samochodem bardzo mu się podobała, a jeszcze bardziej głaskanie Mamci. Co jakiś czas opierał Mamci łapy na kolanach i wpychał głowę pod rękę i wymuszając głaski. W takiej atmosferze, dojechaliśmy do firmy „Hobel” w Złotoryi.                                                                                                                      Wysiedliśmy z samochodu. Przywitałem się z panem Kamilem i panią Karoliną, bo znam ich od dawna. To bardzo dobrzy i mili ludzie. Zaraz też dołączył do nas Hobel. Duży, kudłaty, czarny pies, który jest jakby częścią firmy pana Kamila. Prawowity właściciel tego psa, zupełnie się nim nie interesował więc pies sam znalazł sobie opiekunów. Wybrał zakład „Hobel”. Od tej pory nie brakowało mu jedzenia, a i ciepły kąt też dostał. Nikt go nie wiązał i niewolił. Pies chodził wolny, a mimo to wiernie trwał przy ludziach, którzy się nim zaopiekowali.                    Za tę wierność dostał imię zakładu: HOBEL.                                                                                                                       Znając tego psa, nie reagowałem na niego, za to Toluś uznał go za zagrożenie dla mnie i odganiał Hobla szczekaniem. Śmiechu było co niemiara, bo Hobel nie reagował. Tolek, jak Lancelot osłaniał mnie swoim ciałem nie dając podejść olbrzymowi.                                                                                                                                                Towar został szybko zapakowany do samochodu. W ciągu 20 minut byliśmy gotowi do dalszej podróży. Pożegnaliśmy się i już siedziałem w samochodzie razem z Tolkiem i Mamcią.                                                          Jechaliśmy i jechaliśmy. Było kilka postojów ze względu na Tolusia, bo to jego pierwsza tak długa podróż.          Upał dokuczał. Ogromnie byliśmy zmęczeni, ale trzymaliśmy się dzielnie, więc gdy w końcu dotarliśmy do naszego Uden i wyszliśmy z auta, odetchnęliśmy z ulgą.   Tatko czekał na nas przy miejscu parkingowym i od razu zabrał mnie i Tolka na dłuższy spacer.Noc była bardzo ciepła, a my chcieliśmy wreszcie rozprostować łapy i przewietrzyć futra.  Cdn...

 

Dalszy ciag opowieści znajdziesz na stronie :    https://patronite.pl/post/22585/tolek-czi

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   Zostaw proszę komentarz. Dziękuję    Maruś