Strona główna

        Kontakt

         Galeria

    Wigilijny wieczór                2012 roku

   Mój nowy domek

       Pierwsze dni

    Jadę na motorze

     Świat jest piękny !

  Trippstadt, Koblenz,           Strasburg         

     Dusty i Suran                  w Holandii

    Sem - Psi Anioł

     Viva Italia ! - cz.I

    Viva Italia ! - cz.II

     Benzyny brak !

   Z PAMIĘTNIKA PSA PODRÓŻNIKA

   Niezwykła historia adoptowanego psa Marusia   

    Viva Italia! - cz.III

      Fiesta Italiana

         Szwajcaria                    po raz drugi 

 Kupujemy uszczelkę

     Lista  Patronów 

 Wpadka towarzyska

     Kluczyk cz.I

    Kluczyk cz.II

     Fontanna

          Tolek

   Kłopoty z prądem 

 

Pierwszą noc we Włoszech przespałem jak zabity. Gdy się obudziłem było ciemno. Coś mnie zdziwiło, słyszałem śpiew ptaków.  Pomyślałem: "Pewnie spania nie mają, albo jakieś nocne gatunki? No przecież nietoperze to nie są!  Ale po w nocy tak się drą? Czy cisza nocna nie obowiązuje w tym kraju?" - Byłem zbulwersowany.                   Z sąsiedniego pokoju, który przylegał do naszej sypialni, przebijało nieśmiało światło. Zeskoczyłem z łóżka i tam pobiegłem. Jak detektyw Poirot, rozwiązałem zagadkę "nocnych" treli. Słonko świeciło w najlepsze! W tym pokoju było jasno, bo w przeciwieństwie do sypialni, tu nie mieliśmy zamkniętych okiennic przeciwatomowych. Zaraz wróciłem do ciemnego "bunkra" i zacząłem intensywnie budzić moich Dużych.  Niestety, ich program OPÓR był aktywny i za nic nie chcieli ruszyć się z łóżka. " No sorry, róbta co chceta, ale póżniej! Ja muszę wyjść - TERAZ! " Oznajmiłem skomląc. Tatko otworzył niechętnie oko, wciągnął na siebie jakiś przyodziewek i wyszedł ze mną na zewnątrz. Och! Jak mi się tam podobało! Podwórko do biegania miałem jak parking w markecie. Całe obrośnięte zimozielonym krzewem laurowiśni. Brama zamknięta, więc spokojnie mogłem biegać z piłeczką. Niestety, moja piłka jeszcze leżała kufrze. Nie zrażając się małą niedogodnością, znalazłem kamyczek do zabawy i przyniosłem Tatusiowi, dbając o jego kondycję fizyczną. Kilka...naście razy musiał mi rzucić moje znalezione trofeum. Gdy uznałem, że ramię Tatowe jest sprawne i dobrze wytrenowane, zawróciłem do naszego apartamentu. Intensywnie poszukiwałem jedzenia. Znalazłem tylko moje kulki. Nie przyjąłem z entuzjazmem tego odkrycia, ale byłem głodny. Zjadłem co podano, z nadzieją na drugie śniadanie, w postaci pizzy.
Mamcia już odkopała się z łóżka. Wstała, zawiązała na siebie pareo i zeszła na taras przed dom. Nasz pensjonat był zwyczajnym domem, no trochę większym jak zwyczajny. Można tu było gościnnie wynająć apartament, czyli całe skrzydło na piętrze. Siedząc na tarasie z butelką wody i pustką w głowie, Mamcia zatopiła się w słonecznej kąpieli. 
Na powitanie wyszła do nas Mamma Bruna z radosnym okrzykiem: "buon giorno!" 
Na tacy niosła dwa kubki parującej espresso, co moi Duzi przyjęli w wielką wdzięcznością.  Do aromatycznej kawy nasza miła gospodyni przyniosła ciasteczka, czego robić nie musiała. Pensjonat nie miał w ofercie jedzenia i napojów. Mieliśmy wprawdzie na górze w kuchni kilka sztuk kawy w saszetkach i kilka torebek herbaty jako gift, ale to było "na górze", a napoje smakują wybornie, zawsze na tarasie i Mamma Bruna wiedziała o tym doskonale. Duzi delektowali się smakiem prawdziwej włoskiej kawy, a ja hasałem po podwórku. Wreszcie zmęczony poranną gimnastyką postanowiłem zakończyć sielankę. Poszedłem sam do pokoju. Moi zauważyli,   że mnie nie ma i zaczęli wołać. Zszedłem grzecznie na dół i stanąłem w drzwiach korytarza z pytaniem:               " No i po co się tak drzecie? Przecież w pokoju na was czekam i czekam. Głodny jestem!"                               Czasem mamy problem komunikacyjny, ale tym razem zrozumieli. Zaprowadziłem moich Dużych na górę. Oporządzili się dość szybko. Założyliśmy na siebie motorowe ubrania i zeszliśmy do naszej maszyny. Wszyscy gotowi do drogi, wreszcie usiedliśmy na motor. Mamma Bruna uśmiechnięta, pomachała nam na drogę. Ruszyliśmy. Jechaliśmy na zlot guzzistów do Mandello del Lario, tą samą krętą drogą, którą przybyliśmy            w nocy. 
Teraz mogliśmy zobaczyć to, czego nie widzieliśmy w ciemnościach. 
 Z za zakrętów co chwilę wyłaniał się widok zapierający dech w piersiach, ukazując nam w lekko unoszącej się mgiełce, błękitne wody Lago di Como, zewsząd otoczone górami. Byliśmy zachwyceni. Zapomnieliśmy o całej nocnej przygodzie z szukaniem naszego pensjonatu. To na co patrzyliśmy było warte wszystkich trudności jakie musieliśmy pokonać. Ten cudowny widok jeziora, nad którym unosiła się jeszcze poranna mgła, a nad nią błękitne niebo, zachwycał nas i rozczulał kreatywnością Stwórcy. Patrzyliśmy w dal nie widząc, gdzie przebiega granica między wodą a niebem? Powoli zjeżdżaliśmy z gór mijając zachwycające wille, do których zapraszał szpaler strzelistych cyprysów. W tym rozanielonym klimacie dojechaliśmy do przystani promowej. Musieliśmy się dostać na drugi brzeg jeziora do miasta  Varenna. Czas oczekiwania na prom, umililiśmy sobie wizytą w restauracji, przy przystani. Moi Duzi byli głodni, a ja chyba bardziej od nich. Będąc we Włoszech, trzeba skosztować prawdziwej włoskiej pizzy. Nie zawsze jednak jest ona lepsza od tych z innych krajów. W Polsce,       jak i w Holandii można zjeść tak dobrą pizzę, że Włosi mogliby tylko zazdrościć. W tym lokalu pizza była smaczna i wielka jak sputnik. Ucieszyłem się ogromnie wiedząc, że będę musiał pomóc Mamci w opanowaniu zawartości talerza. Tatko, metodycznie zjadał kawałek po kawałku swojej Margarity, a ja z Mamcią delektowałem się naszą z owocami morza. Była pyszna! Objedliśmy się jak bąki. Po takim posiłku powinna nastąpić siesta,    ale musiałem ją sobie odpuścić. Czekała na nas droga do Mandello del Lario. Po uregulowaniu rachunku, pozbieraliśmy swoje graty i znowu wsiedliśmy na motor, by stanąć w kolejce na prom. W kilkunastominutowym oczekiwaniu, moi Duzi postanowili zrobić kilka pamiątkowych zdjęć. Ktoś z przechodniów widząc ich starania    w selfie, zaoferował pomoc. To było bardzo miłe. Zostaliśmy we trójkę uwiecznieni na zdjęciu. Mamcia wygląda jakby miała robić za ponton - było tyle żreć? , Tatko jak gwiazda filmowa (schował brzuch za Mamcię), a ja ...     no cóż, ja zawsze wyglądam pięknie! Potem była druga fotka i tym razem Mamcia ukryła połowę swoich wdzięków za Tatkę, tym samym uwidaczniając jego piwne walory. Ja ukryłem głowę za Tatową nogą, zajęty w tym czasie obserwowaniem działań na przystani. 
Prom przybił do brzegu i mogliśmy się przeprawić na druga stronę Lago di Como.  W czasie rejsu byłem zajęty podbijałem serc pasażerów i załogi. Cudownie płynęło się po jeziorze, ale wszystko co dobre szybko się kończy, jak ten rejs. Wjechaliśmy do pięknego kolorowego miasta  Varenna. Wcześniej podziwialiśmy je z pokładu promu. Mógłbym tak patrzeć i patrzeć w nieskończoność, bo był to bajkowy widok. Teraz jechaliśmy starymi ulicami miasta. Biegło przy brzegu Lago di Como, a po drugiej stronie pięło się stromo w górę. Architektura zadziwiała i czarowała.  Wszechobecne wielkie tarasy, balkony i kwiaty nadawały temu miejscu niezwykłego klimatu.          Po drodze mijaliśmy niezliczone ilości nawiedzonych motoguzzistów. Byliśmy jak oni. Ale nie tylko fabryka MotoGuzzi nas tu przyciągnęła, lecz to cudne miejsce. 
Wreszcie ujrzeliśmy tablicę z napisem "Mandello del Lario". Przy drodze stały zaparkowane motory choć do fabryki - muzeum, było jeszcze 3 km. Niezliczona ilość maszyn, co 5 lat czarowała mieszkańców Mandello . Mijając się na drodze, wszyscy wszystkich pozdrawiali uniesieniem dłoni. Super atmosfera! Motor zatrzymaliśmy u dealera MotoGuzzi. Tam Mamcia z Tatką postanowili kupić sobie koszulki specjalnie na tą okoliczność wyprodukowane. Szkoda, że kiełbasek z napisami Guzzi nie było, ale w drugi dzień imprezy, to może już zjedli? Pierwszy tłok się przewalił, mimo to nadal stała kolejka chętnych na fajne odzienia. Mamcia kupiła Tacie koszulkę i bluzę z odpowiednimi napisami. Sobie też nie żałowała i nabyła taką samą koszulkę jaką miała dla Tatki i jeszcze jedną dodatkową. KOBIETA! Ja też dostałem prezent. Była to naszywka na moją czapkę                  z napisami "MotoGuzzi 95 " i włoską flagą wkomponowaną w napis. Ogromnie mi się podobała ta naszywka, żałowałem tylko, że nie była jadalna, ale potem dostałem od Mamci ekstra gift w postaci kawałków łososia          z sałatki. 
W salonie dealera oglądałem kilka nowych modeli motorów i kilka starych. Zrobiłem to bez entuzjazmu.            Za to entuzjastycznie powitałem herbatniczka, który Mamcia dostała do kawy. Tatko też zaoferował mi swojego. 
Nadszedł czas, by zwiedzić fabrykę i muzealne eksponaty. 
Znowu wsiedliśmy na motor. Wjechaliśmy na ogromny parking, na którym jeden przy drugim stały motory tylko jednej marki "MotoGuzzi". Motocykliści zjechali się z całego świata. Każdy dumny ze swoich wypucowanych dwóch kółek, a nasze uwalone jak zawsze. Ojciec nie zawraca sobie głowy czyszczeniem motoru, za to nie miałby nic przeciwko, gdyby Mamcia się tym zajęła. Nie zajęła!  Nasz motor mimo opłakanego wyglądu był szczególny (miał opłakany wygląd), miał kufer ze mną i wzbudzał najwięcej emocji. Ludzie wyjmowali telefony, aparaty fotograficzne i robili mi zdjęcia. Kilka śmielszych osób, podeszło do nas z mnóstwem pytań na mój temat i mojego kufra. Wielu motoguzzistów chciało również podróżować z pupilami, więc pytali Mamci jak jest umocowana moja miejscówka i takie tam różne? Mamcia chętnie udzielała odpowiedzi na wszystkie pytania. Demonstrowała mocowania i tajniki konstrukcyjne łącznie z moim daszkiem przeciwdeszczowym. Tatko zaczynał się złościć, podeszwy go chyba paliły. Chciał koniecznie i natychmiast zanurzyć się w rozważaniach technicznych kupy żelastwa w muzeum. Mamcia przestała gwiazdorzyć, ja też. Poszliśmy grzecznie za Tatką      w stronę wejścia do muzeum. Stanęliśmy na małych metalowych schodkach. To było typowe, stare wejście do biura z małymi, wysoko montowanymi oknami i małymi drzwiami. Przez te drzwi przeciskali się kolejno chętni do oglądania eksponatów i wyciskali - tymi samymi drzwiami ci, co to już wszystko zobaczyli. W środku, jeden drugiemu "siedział" na plecach. Panował tłok, ale nikt się tym nie zrażał. Mamcia pilnowała, aby mnie nie zdeptano. O dziwo! nawet nikt mnie nie nadepnął. Tam, gdzie był większy tłok, Tatko brał mnie na ręce i tak sobie wszystko z góry oglądałem. Mnie się podobało, a Tatko kontemplował jeden motor po drugim. Znalazł wśród eksponatów taki sam motor - jeden z czterech, jaki posiada typowy ścigacz. Co ciekawe, muzealny motor miał silnik z numerem seryjnym: "2", a Tatowy z numerem: "4"! 
Teraz Mamcia wie, dlaczego motor, na którym Tatko jeździ 2 razy na trzy lata, albo rzadziej, nie jest na sprzedaż. 
Znudzony jak mops, mogłem wreszcie wyjść na zewnątrz. Krążyliśmy na wielkim placu, gdzie przewalały się kolejne tłumy motoguzzistów. Zapraszały ich stragany z gadżetami i koszulkami okazjonalnymi. Można było także kupić jedzenie, picie i posłuchać muzyki na żywo, czyli: nuda panie, nuda... Chciałem pobiegać z piłką, pospać w restauracji po dobrym posiłku, a potem zostawić na murkach, kilka mokrych wiadomości dla włoskich kumpli. A tu nici. Przyjemności czekały na mnie dopiero, gdyby Tatko zgłodniał, co po sputnikowej pizzy nie zwiastowało rychłego jedzenia. Łaziliśmy po tym placu bez większego celu, oglądając trzymane do tej pory w sekrecie, najnowsze modele Guzzi. Wreszcie po kilku godzinach, Duzi też się znudzili. Opuściliśmy przybytek motomanii.  Tatko nakarmił ducha, teraz mieliśmy karmić ciało. Kolejny raz wsiedliśmy na naszą maszynę. Trasa jak zawsze prowadziła na prom, a z niego do restauracji z najpiękniejszym widokiem jaki kiedykolwiek widziałem. Jechaliśmy do naszych wspaniałych wybawicieli nocnych kłopotów. 
Szefostwo przywitało nas entuzjastycznie i od razu zaprowadzili na taras. Teraz podziwialiśmy Lago di Como    w dziennej odsłonie. Widok był spektakularny! Ponownie zapowietrzyliśmy się z zachwytu. Menu też mnie zachwyciło. Tatko z Mamcią pozamawiali pyszności i spokojnie bez jakiegokolwiek pośpiechu, delektowaliśmy się potrawami. Objedzony położyłem się przy miseczce z wodą i przysnąłem. W tym czasie moi dokończyli jedzenie. Dla pełni rozpusty zamówili jeszcze po kawie i deserku. Z deserku skorzystałem także. Był słodki flan, ulubiony deser Mamci z czasów, kiedy jeździła do Hiszpanii. Deser ten jest wymyślony przez starożytnych Rzymian. Przepis wędrował w średniowieczu przez południową i centralną część Europy.  Gościł pod podobnymi nazwami w kilku krajach, ale potem zniknął z ich stołów. Za to w Hiszpanii zadomowił się na stałe. Do dziś jest właściwie obowiązkowy do poobiedniej kawy.  
Biesiada dobiegła końca. Mamcia zachwalała wino. Zaproponowała zakup dwóch butelek miejscowej produkcji, na tarasowy wieczór. Wolałbym dwie butelki mleka, ale w końcu nie ja to będę pił. Dwie flaszki purpurowego płynu, zostały przyniesione razem z rachunkiem za królewski obiad. Cena wcale nie była szokująca, co zdradzał uśmiech na twarzy Tatki. Raz jeszcze podziękowaliśmy za pomoc w nocnych przygodach, po czym pożegnaliśmy się serdecznie. Wszyscy byli zadowoleni.
Zmęczeni, dojechaliśmy wreszcie do naszego pensjonatu. Mamma Bruna powitała nas ciepło i poszła robić kawę, a my poszliśmy na górę, by się trochę odświeżyć po upalnym dniu. Ja opróżniałem miseczkę z kulkami, bo zawsze się nimi dojadam. Mamcia wskoczyła do łazienki pod prysznic, a Tatko w tym czasie studiował mapy. Robi to, bo jak każdy facet, lubi sobie na mapy popatrzeć. Mamcia odświeżyła się w tempie wojskowym i była gotowa na szlifowanie języka włoskiego. Tatko, gdy wszedł do łazienki, to przepadł... Słyszałem, jak lała się woda, znaczy: żyje. Wreszcie opuścił łazienkę. Teraz następował ceremoniał wycierania się do sucha. Nie będę opisywał, bo poszłaby na to kolejna strona. Napiszę krótko: to długa czynność! Mamcia nie wytrzymała i zeszła na taras, by dotrzymać towarzystwa naszej uroczej gospodyni. Pobiegłem za Mamusią z piłeczką. Zacząłem zabawę od razu, gdy znalazłem się na zewnątrz. Nie tylko z Mamusią się bawiłem. Mamma Bruna też została zaproszona do zabawy i obdarowana piłeczką, bo jestem sprawiedliwy. Tatko wreszcie dołączył do nas.        Wypił kawę i zaproponował, zakupione wcześniej w trattorii, środki relaksujące. Tak dla zacieśnienia stosunków międzynarodowych i dla zdrowotności. Pomysł był dobry. Wprawdzie Mamcia i Mamma Bruna toczyły już rozmowę w najlepsze, ale czasem brakowało odpowiednich słów w dyskusji. Po opróżnieniu butelki purpurowych antydepresantów Mamcia gładko przeszła na język włoski, czasem zaprawiony hiszpańskim. Rozmowa była wesoła. Mamma Bruna opowiedziała o całej swojej rodzinie, dzieciach i wnukach, aż w końcu przyprowadziła swojego małżonka, który w objęciach wysokiego oparcia kanapy oglądając TV, ukrywał się przed "najeźdźcami  z północy". W końcu skuszony żółtym płynem pod nazwą "Limonchello" - pewnie to znacie, więc nie będę reklamował, postanowił dołączyć do wesołej gromadki. Żółty płyn był produkcji naszej gospodyni, więc miał co trzeba i jeszcze więcej. Mamcia z każdą kroplą tego złocistego płynu komunikowała się coraz lepiej. Tatko wcale, ale słuchał z wypiekami na twarzy. Bynajmniej, nie był to efekt przegrzania słonecznego, bo zapadła noc. Wszyscy mieli dobry humor. Ja też nie narzekałem na przydługie konwersacje i zacieśnianie przyjaźni polsko-holendersko-włoskiej.
Czas leciał. Biegałem za piłeczką bez opamiętania, aż padłem. Włoska, ciepła i gwiaździsta noc ma taki urok,  że można spać pod gołym niebem, ale komary też tam mają. Postanowiłem zakomunikować moim Dużym, że idę spać i poszedłem sam do pokoju. Moi nie poszli za mną tylko jeszcze dyskutowali, znaczy: Mamcia i Mamma Bruna, bo faceci jakoś podłej kondycji byli i wcześniej odpadli. Starszy pan, ulotnił się po angielsku, a Tatko już pochrapywał w ogrodowym fotelu. 
Wróciłem na dół i stojąc w ostentacyjnie w drzwiach korytarza, przywoływałem do porządku moich Dużych. Wreszcie Mamcia załapała! Zgarnęła wybudzonego ze snu Tatkę i życząc Mamie Bruna: "Buona notte", niespiesznie udała się z nami na górę. Pomna, jak poprzedniej nocy narażała życie, by dotrzeć do przełącznika światła, znowu wzięła do łóżka małą lampkę nocną i wreszcie, wszyscy mogliśmy odpocząć po trudnym dniu. 
Przeżyliśmy już drugi dzień we Włoszech!
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

 

                                Maruś 

                                                            Fiesta Italiana 

   Kolejny odcinek - kliknij tutaj    "Szwajcaria po raz drugi"