Strona główna

        Kontakt

         Galeria

    Wigilijny wieczór                2012 roku

   Mój nowy domek

       Pierwsze dni

    Jadę na motorze

     Świat jest piękny !

  Trippstadt, Koblenz,           Strasburg         

     Dusty i Suran                  w Holandii

    Sem - Psi Anioł

     Viva Italia ! - cz.I

    Viva Italia ! - cz.II

     Benzyny brak !

   Z PAMIĘTNIKA PSA PODRÓŻNIKA

   Niezwykła historia adoptowanego psa Marusia   

    Viva Italia! - cz.III

      Fiesta Italiana

         Szwajcaria                    po raz drugi 

 Kupujemy uszczelkę

     Lista  Patronów 

 Wpadka towarzyska

     Kluczyk cz.I

    Kluczyk cz.II

     Fontanna

          Tolek

   Kłopoty z prądem 

                   Pierwsze dni  

            Pierwszy dzień był naprawdę fascynujący. Po obfitym śniadaniu, na którym królowały kiełbaski i szyneczki przywiezione z Opola, Tatko zabrał mnie na dłuższy spacerek.

     Oglądałem budynki i skwerki okalające nasz domeczek. Ogromnie mi się tu wszystko podobało, a zwłaszcza mijający nas ludzie. Uśmiechali się do mnie i do Tatki mówiąc nam „Goedemorgen”. Jakoś dziwnie tu mówią „dzień dobry”, ale przyzwyczaję się – pomyślałem.
     Wracaliśmy powoli. Byłem pełen wrażeń i już myślałem, że nic nowego mnie nie spotka, gdy nagle poczułem w nozdrzach zapach jedzenia i różnych smakołyków – kilkanaście metrów od naszego lokum! 
Tatko zaprowadził mnie do tego magicznego miejsca. To był po prostu psi RAJ! Sklep dla zwierząt! MÓJ SKLEP!
     Na powitanie dostałem od pana sprzedawcy smaczki. Ogromnie przypadły mi do gustu i przyznam, że takich nigdy nie jadłem. Potem poszliśmy między regały, bo Tatuś na spacerku obiecał mi zabaweczkę.
Pan sprzedawca wybrał dla mnie odpowiednią, to znaczy brał pod uwagę moje gabaryty, a nie możliwości. Tatuś wziął zaproponowane akcesoria do zabawy, smaczki i dobre jedzonko, które w sklepie skosztowałem, a potem wszystko prosił zapakować, zapłacił kartą i poszliśmy do domu. Wróciłem podekscytowany i uszczęśliwiony. Z wielkim entuzjazmem i energią zająłem się zakupioną dla mnie zabawką i po trzech minutach, miałem już... dwie. To się podobno nazywa „zmęczenie materiału” – cokolwiek to znaczy.
    Mój Tatuś zupełnie się nie przejął zaistniałą sytuacją. Powiedział tylko: „Marusiu! Idziemy!” – i natychmiast poszliśmy do sklepu po nową zabawkę. Tym razem pan sprzedawca doradził małe „kongo”, ponoć nie do zniszczenia. 
      Powrót do domku był ekspresowy, bo przecież blisko mieszkaliśmy. Uszczęśliwiony zabrałem mój nowy podarek i jeszcze dobrze nie zacząłem się bawić, jak kongo rozpadło mi się w pysku na połówki. Jedną z dwóch części przyniosłem Tatusiowi z ogromną satysfakcją, a on patrzył i oczom nie wierzył. Śmiał się, rozbawiony nie mniej niż ja. Znowu poszliśmy do sklepu.
      Pomyślałem sobie, że może warto byłoby jakiś abonament na zabawki wykupić? Mógłbym też od razu więcej zabawek zabrać do testowania, bo tak co dziesięć minut wracać w to samo miejsce, to bardzo męczące. W końcu chciałem bawić się trochę dłużej niż parę chwil.
     Pan sprzedawca, gdy zobaczył „niezniszczalne kongo”, które dopiero co rekomendował, złapał się za głowę. Szybko jednak otrząsnął się z szoku i stwierdził, że wadliwe produkty też się zdarzają. Pieniążki zwrócił i na wszelki wypadek polecił kongo dla największych psów. Do wielkiego konga zaproponował żelową, twardą zabawkę w kształcie kości. 
    Duże kongo wytrzymało trochę dłużej niż pierwsze. Pracowałem nad nim 3 miesiące. Najpierw odgryzłem najmniejszą część, później większą, a największa została na dachu francuskiego garażu, podczas zabawy z Tatusiem. 
    Żelowa kość nie była wytrzymałym produktem. Cztery tygodnie mi wystarczyły, aby rozebrać ją na części pierwsze. Taką „lipę” teraz wszędzie robią.
    Moi Duzi szybko poznali intensywność moich zabaw i możliwości destrukcyjne. Za każdym razem, kupując dla mnie zabawkę, od razu bez żalu spisywali ją na straty. Jeśli jakaś się zachowała dłużej niż dwa dni, byli naprawdę mile zaskoczeni.
***
            Nie zapomnę mojego pierwszego obiadku w domu, a było to tak:
Tatko rano poszedł do pracy. Po południu Mamcia zabrała się za gotowanie obiadku. Towarzyszyłem jej w tej czynności z wielkim entuzjazmem. Najbardziej lubiłem zaglądać do lodówki! Czego tam nie było... Ach, trudno powiedzieć, może tylko tyle, że nie było w niej mnie. Stałem obok, czekając na moment, kiedy Mamusia ją otworzy i zapuszczałem sondę w głąb tej krainy smakowych rozkoszy. Nie śliniłem się generalnie, ale trudno było w takiej sytuacji opanować ślinotok, toteż Mamcia ze zrozumieniem w oczach, co chwilę częstowała mnie różnymi przysmakami, nie odrywając się od robienia posiłku. Po jakiejś godzinie, kiedy już wszystko gotowało się na kuchence, roznosząc wokół smakowite zapachy, postanowiła zrobić sobie przerwę. Wyjęła z szafki słoiczek z zawartością w ładnym kolorze pomarańczowo-złocistym. Otworzyła go i wtedy w całej kuchni zapachniało czymś, czego nigdy nie jadłem. Mamcia nałożyła sobie tego czegoś i usiadła wygodnie na fotelu w salonie. Jak zaczarowany poszedłem za nią. Usiadłem naprzeciwko. Wzrokiem hipnotyzera i najbiedniejszego psa w tej szerokości geograficznej spoglądałem Mamusi głęboko w oczy
   – Daj mi to, proszę – żebrałem.  
   – Marusiu, ale to nie jest dla ciebie – tłumaczyła Mamusia 
   – Może nie jest, ale daj mi, daj mi, proszę – nalegałem ze łzami w oczach. 
   – Marusiu, to są brzoskwinie w syropie, psy tego nie jedzą. 
   – Może nie jedzą, ale daj mi, proszę. Ja takiego nigdy nie jadłem – skomlałem. Byłem taki smutny, że Mamcia mi nie umiała odmówić. Pomyślała wtedy, iż na pewno mój organizm potrzebuje tych brzoskwiń, skoro tak błagałem zaśliniony. Ukroiła kawałeczek brzoskwinki i podała mi na widelcu, gdyż była śliska. Zjadłem z ogromnym apetytem i poprosiłem o dokładkę. Przyłożyliśmy się solidnie do tego słoika i w mgnieniu oka po brzoskwiniach pozostało jedynie wspomnienie.
    Mamcia niczego mi nie odmawiała, bo marnie wówczas wyglądałem. Byłem chudy i nawet na uszach nie miałem sierści. To nie tak, że nie dostawałem jedzenia w schronisku. Dostawałem. U nas nikt głodny nigdy nie był, chyba, że obżartusy. Moja chudość wynikała z potrzeby ciepła. To co zjadałem, było mi potrzebne na ogrzanie organizmu. Zawsze miałem bardzo miękkie futerko i na uszach – w zimowej wersji – nie zdążyło mi w schronisku urosnąć. Mamusia mnie kochała i dobrze karmiła. Miałem za zadanie szybko przytyć, bo wstyd jej było z takim chudzielcem chodzić na spacery. 
    Czasem na tych spacerach włączałem funkcję „trzęsę się”. Dygotałem na dworze, szczękając zębami – dosłownie – czym wzbudzałem powszechną litość, nie tylko w Mamusi, lecz także wśród przechodniów. 
    Dysponowałem dość dużym repertuarem min i zachowań, co zwiększało moją popularność. Jednak moim popisowym numerem było bieganie za piłeczką. Uwielbiałem to robić, byłem młody, miałem wówczas nieco ponad siedem lat. Dziś, mimo swoich 16 lat , także pobiegnę za piłką, choć kilka metrów. 
    Byłem szczęśliwy, lubiłem się bawić i zawsze byłem grzeczny. W domu nie szczekałem, gdyż nie miałem takiej potrzeby. Chciałem być taki cudowny, jak obiecałem Tatusiowi w schronisku. Nigdy nie nabrudziłem w domu, lecz któregoś dnia sytuacja wymknęła mi się spod kontroli.

 

    Mamcia robiła mielone kotleciki – mniam. Mięsko dała mi do skosztowania, bo wiedziała, że na moich ocenach organoleptycznych można było polegać jak na Zawiszy. Moje kubki smakowe pracowały doskonale. Po porcji mięska dostałem do picia wodę z mlekiem, w której Mamcia wcześniej moczyła bułeczkę do kotletów. Ależ ta woda była smaczna! Nachłeptałem się jej, ile wlazło. 
    Po kilku minutach zasygnalizowałem chęć wyjścia na spacerek. Mamusia wyszła ze mną ochoczo, uznając, że to dobry czas przed przyjściem pana, który miał zainstalować nową drukarkę. Pan zapowiedział wizytę za pół godziny. 
    Wyskoczyłem z domu jak z procy, gdyż miałem ogromną potrzebę pozbycia się nadmiaru wypitej, smacznej wody z mlekiem.
    Sprawiłem się szybko, wróciliśmy do domu i zaraz upomniałem się o drugą pyszną porcję napoju. Dostałem. Opróżniłem miseczkę z równie dużą ochotą.
    Przyszedł pan od drukarki. Gdy ujrzałem otwierające się przed nim drzwi, chciałem wyjść na spacer, ale niestety nie wyszedłem. 
    Nasz gość zabawił kilka minut. Obserwował moje zachowanie, po czym stwierdził, że chyba jestem w „potrzebie”. Mamcia zignorowała sytuację, uznając moje kręcenie się pod drzwiami za przesadę. 
Gdy „Pan Drukarka” wyszedł, a Mamcia weszła do pokoju, zastała ogromną kałużę. Spojrzała na mnie wymownie, a ja niczym nie mogłem się wyłgać. Instalacja wodna nie przebiegała przez to pomieszczenie, kaloryfer też był sprawny. Zresztą nie było w nim tyle wody. 
    Rolka papierowego ręcznika poszła na osuszanie terenu, znaczy pokoju. Gdy już Mamcia ogarnęła sytuację i była pewna, że na tym się skończyło, ujrzała mnie stojącego przy drzwiach wyjściowych. I znów olała moją potrzebę spaceru, a potem ja olałem jej podłogę po raz drugi. 
Trochę się na mnie zdenerwowała, choć byłem niewinny. Chciałoby się powiedzieć: „A nie mówiłem?!” Nie było tu jednak co rozważać, a ja miałem inne sposoby na rozładowanie atmosfery. Zrobiłem tak nieszczęśliwą minę, że Mamcia do tej pory na mnie nie krzyknie, nawet gdybym miał wpadkę.
***
      Szybko poznaliśmy swoje zwyczaje. Najdłużej wychowywałem Tatusia. Żył w przekonaniu, iż pies nie może jeść przy stole – tu szybko zweryfikował swoje poglądy – i spać w jego łóżku. To oczywiście była jego subiektywna opinia. Ja byłem innego zdania. Rozumiałem, że „PIES” nie może spać w Tatowym łóżku, ale ja przecież jestem MARUŚ. Gdzie więc było napisane, że MARUŚ NIE MOŻE SPAĆ W ŁÓŻKU??? No, nigdzie! 
Nie kłóciłem się z Tatką o jego poglądy. Postanowiłem wziąć sprawę w swoje łapy. 
Każdej nocy, gdy Tatuś z Mamusią kładli się spać, opierałem głowę na brzegu łóżka i patrzyłem na nich. Działało jak zmiękczacz.
     Wypróbowałem tę technikę już kilka razy na Mamusi, gdy jadła śniadanko przy stole. Opierałem jej wtedy bardzo delikatnie głowę na kolanach i natychmiast tak jej miękła ręka z kanapką, że wpadała pod stół. Jednak z Mamcią wszystko było proste. Ojciec niekumaty, trudno się z nim było dogadać, bo Holender.
Za tłumacza Mamusia musiała robić nie raz i nie dwa – i to nie tylko językowego, ale behawioralnego, w kontaktach pies — człowiek, również.    
    Byłem cierpliwy i tak długo zmiękczałem Tatkę przy łóżku, aż któregoś dnia przestał marudzić. 
Nadszedł kolejny etap empatycznej terapii Tatusia. Gdy leżał po pracy – zwyczajna sjesta – wskoczyłem na łóżko, a wtedy Tatko odezwał się do mnie: – Maruś, to nie jest to, o czym ja myślę. 
    Nie zwróciłem uwagi na te słowa, gdyż często mieliśmy konflikt interesów, teraz też.  Ojcic nie myślał, bym mógł leżeć z nim na łóżku, ale to było dokładnie to, o czym ja myślałem. 
    W geście pojednania przytuliłem się do niego i popatrzyłem mu głęboko w oczy. Hipnotyzowałem go wzrokiem, a miłością zmiękczałem Tatowe serce. Podziałało. Nie wygonił mnie, ale się uśmiechnął, pogłaskał i kilka minut pozwolił mi na asystę. To na razie wystarczyło. Pomyślałem: „Nic na siłę, krok po kroku. Dam radę”.
    Pracowałem nad Ojcem intensywnie. Jeszcze kilka długich tygodni spałem w swoim łóżeczku, zanim mogłem legalnie wskoczyć na łóżko Dużych – przytulić się, dostać głaski i pieszczoty – nie słysząc: „Maruś, złaź!”
Ileż to razy Mamcia musiała Tacie tłumaczyć: – Maruś tylko chciał ci powiedzieć „dobranoc”...
Ona zawsze wiedziała, jak mnie wyciągnąć z tarapatów.