Strona główna

        Kontakt

         Galeria

    Wigilijny wieczór                2012 roku

   Mój nowy domek

       Pierwsze dni

    Jadę na motorze

     Świat jest piękny !

  Trippstadt, Koblenz,           Strasburg         

     Dusty i Suran                  w Holandii

    Sem - Psi Anioł

     Viva Italia ! - cz.I

    Viva Italia ! - cz.II

     Benzyny brak !

   Z PAMIĘTNIKA PSA PODRÓŻNIKA

   Niezwykła historia adoptowanego psa Marusia   

    Viva Italia! - cz.III

      Fiesta Italiana

         Szwajcaria                    po raz drugi 

 Kupujemy uszczelkę

     Lista  Patronów 

 Wpadka towarzyska

     Kluczyk cz.I

    Kluczyk cz.II

     Fontanna

          Tolek

   Kłopoty z prądem 

  Następny odcinek - kliknij tutaj    "Trippstadt, Koblenz, Strasburg"

                         Świat jest piękny ! 

             Pokochałem nasze wycieczki i nawet jazdę na motorze uznałem za fajną. Lubiłem jeździć autostradą. Wprawdzie prędkość ekstremalna, ale za to monotonia takiej jazdy uspokajała mnie, więc wygodnie się układałem, a potem obserwowałem mijające nas pojazdy. Moja obecność na motorze, budziła niemałą sensację i wiele emocji. Wraz z Dużymi, byłem fotografowany, uśmiechano się do nas i wszyscy nam radośnie machali rękami. Uwielbiałem takie zachowania, bo zwyczajnie kocham ludzi. Nie wszyscy jednak mieli pozytywne odczucia widząc psa na motorze. 

            Któregoś razu, jakaś niewiasta, wyraziła swoją opinię o nas, pokazując brzydko palcem, tym samym, proponując moim Dużym, by się popukali po głowie. Pomyślałem wtedy: "I vice versa!", ale też podziękowałem w myślach tej pani, za dobitne, acz niegrzeczne wyrażenie swoich poglądów, mimo że nie była o nie pytana. W końcu "Co komu do domu, jak dom nie jego?" (Andrzej Cinciała) Jej samochód też mi się nie budził mojego zachwytu, a przecież nie odwróciłem się do niej ogonem.
  Na szczęście sto procent ludzi, napotkanych w moim życiu - minus ta jedna pani, ale to przypadek ekstremalny, a ja w matematyce nigdy dobry nie byłem - lubiło patrzeć na mnie, gdy z Tatusiem i Mamusią jechałem na motorze. 
 
            Przypomniałem sobie, zabawną historię.
Razu pewnego, jechaliśmy przez Bonn (Niemcy). Miasto jest ogromne i gdy już przedarliśmy się przez, gąszcz ulic i ileś tam skrzyżowań, wzbudzając powszechną radość, sensację i uśmiechy, wyjechaliśmy na mniej zatłoczoną, dwupasową drogę, prowadzącą ku wylotowi z miasta. Wówczas ujrzałem ciągnącą się za nami, niemiecką policję.  Zastanawiałem się jak zareagują? Pomyślałem nawet, że mogą nas zatrzymać, ale szybko rozgoniłem czarne chmury moich myśli.  Z miną „zaprawionego w boju” motocyklisty, dumny jak paw, nie reagowałem na panów policjantów i rozglądając się dookoła podziwiałem otaczający nas krajobraz.
      Policyjny wóz zrównał się z nami lewym pasem i jechał takim samym tempem jak my. Kontem oka, zauważyła go Mamcia. Odwróciła się i widząc poważne miny panów mundurowych, posłała im jeden ze swoich czarujących uśmiechów, a potem pomachała im przyjaźnie.
       Nie spodziewałem się tego, co ujrzałem. Policjanci nagle wybuchnęli śmiechem, prawie padając na podłogę swojego auta. Tak się śmiali - ze mnie. Następnie, pan policjant, siedzący na miejscu pasażera, wyjął z samochodowego schowka aparat fotograficzny i zaczął robić nam zdjęcia, śmiejąc się przy tym serdecznie. Chwilę później, panowie podnieśli kciuki do góry, na znak aprobaty tego, co robimy. Potem w geście pożegnania, każdy z nich uniósł rękę w górę i panowie policjanci, odjechali uradowani.
      Myślę, że tego dnia, stałem się tematem „Number 1”, całej policji w Bonn i okolicach. Służbę mają trudną, więc cieszę się, że choć trochę mogłem ich rozweselić w pracy.
*** 
           Onegdaj na Czechach, przejeżdżając przez jakieś skrzyżowanie, na którym stali panowie policjanci, jeden pchnął drugiego tak mocno, że tamten mało się nie przewrócił. Wszystko po to, by kolega, mógł mnie zobaczyć na motorze. Ot „niedźwiedzia przysługa” - pomyślałem wtedy.   
       Lubię przynosić radość. Czasem widzę znudzone, albo smutne dzieci jadące w samochodzie, a gdy mnie zobaczą, wszystkim na buzi uaktywnia się uśmiech, a rodzice robią mi zdjęcia. Odjeżdżając zawsze machają nam na pożegnanie. To takie fajne. Nie ma wtedy międzyludzkich podziałów na wypasioną brykę, albo nie, religię, na poglądy, kolor skóry, narodowości. Jest za to uśmiech, serdeczność i radość. 
       Kiedyś w Szwajcarii, 4 razy wyprzedzaliśmy Ferrari. Niesamowite, MY wyprzedziliśmy Ferrari!!! Ale oczywiście oni tego chcieli inaczej nie mielibyśmy szans.
  Panów jadący tym pięknym autem z kolegą, specjalnie zwalniał jazdę, by jego kumpel mógł mi zrobić zdjęcia i nakręcić filmik. Śmiali się przy tym niewymownie.
       W innym samochodzie, jakaś pani, trzymająca na kolanach swoją śliczną jamniczkę, pokazała mi ją i Mamusi. Szczęśliwa, zrobiła mi zdjęcia i posłała całusa, znaczy pani, nie jamniczka. Te momenty, kiedy niosę ludziom radość, są dla mnie naprawdę cudowne i ważne.
       Nie jestem jedynym psem, jeżdżącym na motorze. Na drodze spotkałem kilku psich motocyklistów.  York, imieniem Skyp, mieszka tak jak ja w Holandii. Onegdaj poznaliśmy się w Grave - Północna Brabancja. Skyp jest moim kumplem. Mamy kontakt na Facebooku, więc oglądamy czasem zdjęcia ze swoich podróży. Jeżdżąc na motorze zachęcamy innych ludzi, by na wakacje motorem zabierali również swoich pupili, oczywiście, jeśli jest to możliwe. 
       Często na postojach, ludzie pytają Mamusię, jak jest umocowana moja „miejscówka” (?) tłumacząc się, że też mają psa i chcieliby go wozić na motorze.   Wówczas Mamcia dokładnie pokazuje moją walizkę i objaśnia sposób jej mocowania, 
       Są takie chwile, kiedy jazda motorem nie jest miła. Właściwie rzadko jest miło, ale nie pamięta się tych przykrych deszczowych chwil, zimnych wiatrów albo nieznośnych upałów. Liczy się cel podróży. Liczą się przepiękne krajobrazy, do których rzadko dojeżdża samochód, a nawet wcale. Również liczą się, napotkani po drodze cudowni ludzie. O nich właśnie chcę trochę opowiedzieć. 
***
 
             Było to we Francji w 2014 roku.  Wtedy jeszcze nie jeździłem w kufrze, ale w torbie „Nike”, na Mamusinych kolanach. Jechaliśmy malowniczymi wzgórzami poprzeplatanymi połaciami żyznych pól i po horyzont ciągnącymi się winnicami. Burgundia, bo o niej mowa, to przepiękny i bogaty region Francji z burzliwą historią, wspaniałą, bogatą architekturą - szczególnie sakralną i smakowitą kuchnią, którą sobie cenię najwyżej z tego całego wymienionego zestawu. 
     Wjechaliśmy do małego miasteczka. W nim to, Tatko chciał zrobić zdjęcie do konkursu Moto Guzzi.
Już na pierwszym skrzyżowaniu tej małej miejscowości usłyszałem, że coś się dzieje z motorem. Mamcia szybko zorientowała się w sytuacji i wytłumaczyła mi, gdzie tkwił problem?  Linka gazu, zwyczajnie się zacinała.
Z rykiem silnika dojechaliśmy do ryneczku, na którym, stał poszukiwany przez Tatkę pomnik poświęcony poległym żołnierzom podczas I Wojny Światowej. Miejsce to uwieczniliśmy na zdjęciu, a potem za namową Mamusi postanowiliśmy zrobić sobie przerwę. Poważnym argumentem do postoju był fakt, że trochę padał deszcz, no i mieliśmy problem z motorem. Byliśmy też głodni, więc zatrzymaliśmy się w miejscu, przypominającym ni to kiosk ni to kafejkę. 
      Weszliśmy do środka kafejki, witając miejscowe grono stałych bywalców, słowem: „Bonjour”. Wszyscy tubylcy skierowali oczy ku nam i od razu z ich ust, otrzymaliśmy taką samą odpowiedź. 
Zmęczeni drogą i trochę zmarznięci, bo za ciepło nie było, usiedliśmy przy malutkim stoliczku rozglądając się dookoła.  Było to miejsce z kilkoma małymi stolikami przy których okoliczni, starzy mieszkańcy wymieniali się ploteczkami, grali w karty i jedli śniadanie, lunch bądź też tylko pijąc kawę z ciasteczkiem. Można tu było kupić znaczek pocztowy, kartkę, zapalniczkę, książkę i gazetę, czyli: „szwarc, mydło i powidło”. Takie miejsca są bardzo interesujące, bo integrują lokalną społeczność. Nie znam francuskiego - Tatko zna - ale domyśliłem się, że tu, gdzie się znaleźliśmy, było centrum tego małomiasteczkowego życia.
       Mieliśmy ochotę na jakieś jedzenie, ale pora była nie po temu, gdyż we Francji o godz.11, jest już po śniadaniu, a jeszcze przed lunchem. Szans na coś konkretnego, raczej nie mieliśmy. 
       Miła pani podeszła do nas i zapytała czego się napijemy? Tatko odpowiedział: 
            - W zasadzie jesteśmy głodni, ale jeśli nie ma nic innego, prócz słodkiej bułeczki, to i tę chętnie zjemy. - "Wazeliniarz" - oceniłem. Nie byłem zadowolony z takiego jadłospisu, bo słodkiego generalnie nie jem, chyba że to jest herbatniczek, lecz herbatniczek to nie konkretne jedzenie! Teraz jednak nie miałem żadnego wyboru więc pomyślałem: „Trudno, zjem co dają”
       Miła pani, patrząc na mnie i nasze odzienie, spytała zaciekawiona: 
          - Przyjechaliście na motorze? 
          -Tak - odpowiedział Tatko. 
          - A pies? On też na motorze przyjechał??? - W jej oczach, pojawiły się iskierki rozbawienia.
          - Owszem, on też jeździ z nami na motorze. 
    Pani była pełna podziwu dla mnie, więc pogłaskała mnie czule, a potem na cały przybytek, w którym się znajdowaliśmy powiedziała głośno:
          - Widzieliście psa na motorze? To ten pies!  Tutaj siedzi, zobaczcie!  
    Oczy tubylców zwróciły się w moim kierunku z serdecznym uśmiechem i pomrukiem aprobaty. Wszyscy już dawno nas obserwowali, ale teraz z zachętą pani właścicielki, mogli się nam spokojnie przyjrzeć. Od razu zostaliśmy kolejny raz pozdrowieni i zapytani skąd jesteśmy (?) a Tatko uprzejmie odpowiadał na ich pytania. 
     Pani radośnie nam oświadczyła, że do jedzenia może nam zrobić po bagietce z szynką i serem. Tego się nie spodziewaliśmy, znając francuskie zwyczaje. Wazeliniarstwo Ojca opłaciło się! Ucieszyliśmy się niewymownie a  błysk w naszych oczach starczył za wszystkie słowa wdzięczności.
     "Ekstra! Chcę bagietkę! Co za niesamowita kobieta!" - pomyślałem a Mamcia moje myśli wypowiedziała głośno do Tatusia.
     To co działo się później zadziwiło nas i rozbawiło ogromnie.
W jednej chwili, została uruchomiona akcja „Bagietka!”.
Pani właścicielka, zawołała do siebie jakiegoś chłopca, który akurat przechodził pod kafejką. Dała mu 5 euro i poprosiła, by pobiegł do piekarni po dwie bagietki. Chłopak pobiegł i migiem był z powrotem.  W kilka minut, bagietki wypasione serem, szyneczką i pięknie w środku przybrane sałatą, leżały na stole przed nami. 
     "Tak to ja lubię! Obsługę to tu mają ful wypas". Przeżuwając bagietkę -z mniejszą ilością szynki niż się spodziewałem - oceniłem z zadowoleniem jedzenie i tempo w jakim zostało przygotowane. Jedliśmy z apetytem i ogromną wdzięcznością.  Od pani właścicielki, dostałem wodę w miseczce i od razu zrobiło mi się ciepło na duszy za jej troskę o mnie. Teraz został nam jedynie problem motoru. 
      Kiedy już posililiśmy się i podziękowali za smaczną bagietkę, Tatko zwrócił się do Pani właścicielki z pytaniem o jakiś warsztat, w którym mógłby naprawić nasz motor. Wytłumaczył, że to nie jest raczej poważny problem, ale dobrze, by mechanik sprawdził.
     Pani właścicielka bezceremonialnie rzuciła pytanie w eter i natychmiast w kafejce zrobiło się gwarnie jak w ulu. Przez kilka chwil debatowano, aż wreszcie ktoś wypowiedział jakieś magiczne nazwisko. Jeden z bywalców tego miejsca zaproponował, że Tatkę tam zaprowadzi jadąc przed nim rowerem, nadmieniając, że to tylko mały kawałeczek drogi.  Zadowolony Tatko pojechał. Czekaliśmy kilkanaście minut, a potem usłyszeliśmy znajomy warkot naszego motoru. Tatko wrócił uradowany. Trochę smaru załatwiło problem linki gazu.  Pan mechanik, nie wziął za naprawę nawet euro, stwierdzając:
       - Nie było pracy, to i zapłaty być nie może. -
     Bogu niech będą dzięki, że są jeszcze tacy ludzie. To dzięki takim jak oni, świat nie zapomniał co znaczy, pomoc bliźniemu. Pomoc nie dla pieniędzy, ale tak zwyczajnie, z samej chęci niesienia pomocy.
  
       Żegnaliśmy się serdecznie.  Spakowaliśmy rzeczy i usiedliśmy na motor, a wtedy wszyscy kafejkowi bywalcy, starsi ludzie na emeryturach, podeszli do okien, by z uśmiechami na zmęczonych twarzach, pomachać nam na pożegnanie. Pani właścicielka wyszła z nami na zewnątrz, a kiedy siedziałem już na motorze w torbie - wówczas tak podróżowałem - zrobiła mi zdjęcie i odprowadziła ciepłym uśmiechem pożegnania. A potem jeszcze nam pomachała życząc „Szczęśliwej podróży” 
 
     P.S. Drogi Czytelniku i Czytelniczko, nigdy nie traćcie wiary w ludzką dobroć. Kiedy będzie Wam potrzebna pomoc, Bóg pośle swoich aniołów - będą nimi ludzie o anielskich sercach.