Strona główna

        Kontakt

         Galeria

    Wigilijny wieczór                2012 roku

   Mój nowy domek

       Pierwsze dni

    Jadę na motorze

     Świat jest piękny !

  Trippstadt, Koblenz,           Strasburg         

     Dusty i Suran                  w Holandii

    Sem - Psi Anioł

     Viva Italia ! - cz.I

    Viva Italia ! - cz.II

     Benzyny brak !

   Z PAMIĘTNIKA PSA PODRÓŻNIKA

   Niezwykła historia adoptowanego psa Marusia   

    Viva Italia! - cz.III

      Fiesta Italiana

         Szwajcaria                    po raz drugi 

 Kupujemy uszczelkę

     Lista  Patronów 

 Wpadka towarzyska

     Kluczyk cz.I

    Kluczyk cz.II

     Fontanna

                                                          Fontanna

,

Jest takie powiedzenie: "Z jakim przystajesz, takim się stajesz". 

Coś w tym jest, bo nie tylko Tacie zdarzają się nieprzyjemne przygody - które zresztą można przewidzieć. Mamcia chyba przejęła po nim "pałeczkę" bo i ona miała całą serię mało zabawnych sytuacji, co to skutecznie podniosły jej poziom adrenaliny. Ale zacznę od początku.
 
Było lato. Kolejny raz jechaliśmy do Opola. Mamcia zapakowała po dach samochód, wcześniej skrzętnie i z uwagą zakupionymi towarami. Ogarnęła walizkę i mnie i ruszyliśmy w trasę. 
  Dzień był ogromnie upalny. Droga dłużyła się niemiłosiernie. Na autostradzie kilka razy staliśmy w korku, na szczęście takim, co to posuwa się w tempie ślimaka, ale jednak. 
Auto mieliśmy - i mamy nadal, bez klimy, bo Tatko kupił kosztem oszczędności, wiedząc, że to nie on co miesiąc, będzie pokonywał tysiące kilometrów tym samochodem.
  Mamcia wychowana w Polsce, w czasie "wesołego socjalizmu", zaprawiona w "boju" i wysokich temperaturach w samochodzie, jakoś dawała radę na trasach. Nie zapomniała jazdy bez klimatyzacji, mimo, że przez 20 lat jeździła autem z klimą. Wujek Jacek, zawsze dawał jej najlepsze samochody, choć sam jeździł złomem. 
  Kilometr za kilometrem posuwaliśmy się naprzód. Było mi gorąco. Szukałem cienia w samochodzie. W czasie wolnej jazdy w korkach, wystawiałem głowę przez otwarte okno. Gdy Mamcia przyspieszała, kładłem się na podłodze i też mi dobrze wiało. 
  Mamcia często dawała mi pić, a gdy trzeba było, moczyła mi wodą głowę, czego organicznie nie cierpię! 
  W piekielnej temperaturze, 34 stopni, dojechaliśmy do Polski. 
Przed nami ostatnie 250 km i już w Opolu mogliśmy odpocząć po tym, jakże męczącym dniu. 
  Nasza radość nie trwała długo. 
W okolicach Wrocławia był jakiś wypadek, bo Polakom nie dość, że się śpieszy, to nie mają krzty wyrozumiałości dla innych uczestników ruchu. 
  Środkowy palec skierowany w stronę innych kierowców, jest tutaj na porządku dziennym, czego w nie widziałem w innych krajach Europy Zachodniej. 
  Pomyślałem: " Ludzie! Co z wami jest??? Czy każdy od razu był super kierowcą rajdowym? Zapomnieliście swoich pierwszych podróży w obce strony?" - Niestety, chyba zapomnieli. Taka wybiórcza pamięć, jest może dobra, ale mało elegancka. 
  Znowu staliśmy w korku. Mamcia marzyła o chłodnym prysznicu i dłuższym posiedzeniu na łazienkowym tronie z ulubionym miesięcznikiem, o najpiękniejszych domach i willach. 
  Ja marzyłem o świętym spokoju, bez szumu wiatru i warczenia silnika. Myślałem, że nawet komar latający nad moim uchem, teraz nie zrobiłby na mnie większego wrażenia, chociaż nie lubię tych małych skurczybyków. 
  Kawalkada samochodów ruszyła. Centymetr po centymetrze posuwaliśmy się do przodu. 
Tak dojechaliśmy do zjazdu i na objazd, bo autostradę zamknięto, by usunąć skutki wypadku i delikwentów w nim poszkodowanych. 
  Lepiej jechać objazdem niż stać. 
Zapadł zmrok, co latem na zachodzie Polski określa, mniej więcej godzinę dwudziestą drugą. 
  Tłukliśmy się przez wioski i wioseczki. "Niedzielnych" kierowców nie brakowało, co utrudniało jazdę. Generalnie, lepszy na drodze jest szoref-kamikadze, niż szofer-dupa. 
  Ten pierwszy będzie parł na przód i należy mu jedynie zrobić miejsce, by jechał z Panem Bogiem. 
Ten drugi, nigdy nie wiadomo co wymyśli? Albo zahamuje w ostatniej chwili, albo bez kierunkowskazu skręci w lewo, albo zajedzie drogę, gdy ktoś będzie chciał wyprzedzać. 
  Mamcia takich wyprzedza szybko, jak saper, wprzódy upewniwszy się, że nie trafi na "minę". 
Trafił nam się szofer-pierdoła (60km/h poza terenem, zabudowanym) za którym ciągnęliśmy już kilkanaście kilometrów, ni jak go wyprzedzić nie mogąc. Przed nim jechał duży mobilek -TIR, znaczy.  
  Nadarzyła się okazja do szybszej jazdy, to Matka, kierunkowskaz i gaz do dechy. Szofer-pierdoła został wyprzedzony. Jeszcze tylko duży mobilek , bo prędkość Mamcia miała dobrą. 
  Zaczęła wyprzedzać dużego mobilka, a ten w połowie Mamcinego wyprzedzania, gazu dodał nie chcąc Matki wpuścić między auta (chciał ją wystawić) zajechał drogę, a potem jeszcze trąbił, jak go już Mamcia wyprzedziła. 
  Zrobiła to w na czas, bo zaraz był zakręt. Z niego, na przeciwko wyjechał samochód.... 
Mamcia nigdy nie może zrozumieć takich chamskich zachowań. 
  Trzydzieści sześć lat jeździ za kierownicą. Połowa z tego, zawodowo. Wypadku nie miała, tylko dzięki aniołom stróżom, co to Matkę przez te lata dobrze pilnowali. 
  Niektórzy jednak takiego szczęścia nie mieli. Ci co nie mieli, zapełnili cmentarze albo ośrodki rehabilitacyjne.  A wystarczy tylko odrobina zrozumienia lub zwykłe machniecie ręki, czy sygnalizacją światłami która mówi: "Jedź!". Czy to tak dużo? 
Pies jestem, a dla mnie to proste.
   Po 13 godzinach morderczej jazdy dojechaliśmy do Opola. 
Całą drogę rozmyślałem nad tym, jak cudownie będę się bawił w ogrodzie. 
  Od wiosny mieliśmy własny kąt i nie musieliśmy tułać się po przyjaciołach i hotelach. 
  Mamcia wynajęła coś, co szumnie nazwała: DOMEM Z OGRODEM, a naprawdę było ruderą z niezliczoną ilością ukrytych "niespodzianek". 
Jak doszło do wynajmu? Już opowiadam:
Do Opola przyjeżdżaliśmy bardzo często, ze względu na konieczność dostarczania nowych towarów do naszego sklepu. Koszty związane z pobytem były wysokie. Cztery dni to minimum jakie musieliśmy spędzić w Opolu. Sześćset złotych kosztował sam hotel ze śniadaniem, plus do tego 40 złotych parking (po 10 zł za dobę) no i jeszcze należało się gdzieś stołować. Czasem musieliśmy zostać tydzień, więc koszty rosły.
  Nie były to małe sumy, więc Mamcia po jakimś czasie zapytała swoją przyjaciółkę, czy mogłaby zamieszkać u niej kilka dni w miesiącu? Darmo nie chciała tej przysługi. 
  Przyjaciółka miała duży dom i oczywiście zgodziła się. Obie były zadowolone, lecz ta sytuacja trwała tylko kilka miesięcy. Córka przyjaciółki chciała zamieszkać u swojej mamy. Zięć był zawsze na trasie, gdzieś w Europie. 
  Wiadomo, dzieci na pierwszym miejscu, więc Mamcia pretensji nie miała. Przyjaciółka nie zostawiła Mamci na "lodzie". Obiecała, że popyta, czy w okolicy jest jakiś dom, albo pokój z łazienką do wynajęcia? Była niemal pewna, że był kawałek od jej posiadłości. 
  Już po dwóch dniach szczęśliwa Mamcia szła na rozmowę o wynajem owego domu. Przyjaciółka nie zawiodła.  
  Dzień był słoneczny i ciepły. Starszy, sympatyczny pan, czekał na Mamcię przed starym, szarym, nieciekawym budynkiem z dużym podwórkiem porośniętym trawą i z wysokim drzewem włoskiego orzecha. Wzdłuż budynku rabatka. Kilka odcieni brązowo-żółtych rudbekii i innych kolorowych kwiatków, dawały domostwu dawny wiejski klimat. 
  Dom wybudowano jeszcze przed I Wojną Światową. Był parterowy ze strychem. Na strychu, kiedyś, ktoś próbował zrobić pokoik, ale jakoś nie bardzo mu wyszło, bo do mieszkania się ów pokoik zupełnie nie nadawał, chyba że dla miłośnika pająków i kurzu. 
  Pierwsi właściciele domu dawno pomarli, ich dzieci oraz wnuki również. Zostały prawnuki - młode pokolenie. Mieszkali oni w Niemczech. 
  Po śmierci ich rodziców - oboje zmarli w ciągu roku, zabrali do siebie najmłodszą, piętnastoletnią siostrę. Nastolatka wyjechała do Niemiec. Tam, cała trójka rodzeństwa podjęła decyzję o sprzedaży rodzinnego domu. Sprawę chcieli załatwić szybko, więc tanio.
  Budynek stał na ponad 30 arowej działce, 3 kilometry od centrum Opola. Lokalizacja atrakcyjna i wielkość działki. Ofertę kupna dostał sąsiad i sprawę pomyślnie załatwiono.
  Nowy właściciel domu, nie miał zamiaru w nim zamieszkać. Kupił go pod wynajem.  W przyszłości miał być dla wnuków. Wnukowie mieszkali z rodzicami, wujostwem i dziadkami w wielkiej 3 pokoleniowej willi, z niezależnymi lokalami mieszkalnymi. 
  Zakupiona, stara rudera, stała pusta. Parę razy w roku, wnukowie starszego pana, robili w ruderze imprezę i na tym koniec. 
Na próżno nowy nabywca chciał ją wynająć. Każdy, kto oglądał dom, z mety rezygnował. 
  Szary, nieciekawy i już na pierwszy rzut oka, zaniedbany budynek, odstraszał wszystkich. Dlaczego? Były gorsze domy, które znajdowały lokatorów, lecz nie ten.   Starszy pan, robił co mógł. kosił trawę w ogrodzie i nawet plewił małą rabatę z kwiatami, a wszystko na daremnie, bo jak nie było najemcy tak nie było. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Wpłacając grosik na moje konto nr: 
  
 86 1140 2004 0000 3302 4646 1700   z dopiskiem: "darowizna na ksiażkę Marusia"

walnie przyczynisz się do wydania mojej książki. 
Część dochodu ze sprzedaży "Pamiętnika psa podróżnika" zostanie przeznaczona na pomoc najbardziej potrzebującym zwierzakom.   

                                                                                                      Dziękuję - Maruś 



Ps. Wszystkim sponsorom całość opowiadań zostanie przesłana ma e-mail lub na skrzynkę            wiadomości na Facebook . Przewidziane są także nagrody takie same jak w Patronite.pl

Proszę, zostaw komentarz. Dziękuję - Maruś