Strona główna

        Kontakt

         Galeria

    Wigilijny wieczór                2012 roku

   Mój nowy domek

       Pierwsze dni

    Jadę na motorze

     Świat jest piękny !

  Trippstadt, Koblenz,           Strasburg         

     Dusty i Suran                  w Holandii

    Sem - Psi Anioł

     Viva Italia ! - cz.I

    Viva Italia ! - cz.II

     Benzyny brak !

   Z PAMIĘTNIKA PSA PODRÓŻNIKA

   Niezwykła historia adoptowanego psa Marusia   

    Viva Italia! - cz.III

      Fiesta Italiana

         Szwajcaria                    po raz drugi 

 Kupujemy uszczelkę

     Lista  Patronów 

 Wpadka towarzyska

     Kluczyk cz.I

    Kluczyk cz.II

     Fontanna

          Tolek

   Kłopoty z prądem 

 

Zatrzymaliśmy się na granicy, w Szwajcarii. Oczywiście mieliśmy obowiązkowe sprawdzanie oleju. W tym czasie leżałem na dywaniku z miską wody i zabaweczką. Było to specjalne miejsce na odpoczynek dla piesków w podróży. Takie malutkie przejście graniczne, a tyle empatii dla braci mniejszych. No, po prostu SZWAJCARIA! 
Odpoczywałem. Liczyła się każda chwila. Tatko sprawdził olej w maszynie, a potem i wraz z Mamcią, do końca opróżnili ,wcześniej zakupioną ,butelkę wody mineralnej. Tym razem poziom oleju, w motorze trzymał normę, co bardzo nas ucieszyło. 
Znowu musiałem ubrać tą głupią, żółtą czapkę i włazić do kufra. Zrobiłem to. Pomyślałem, że czym szybciej dojedziemy do Włoch, tym lepiej. Kierowaliśmy się w stronę Zurychu. Po drodze mijaliśmy jezioro Zuryskie. Było przeogromne, polodowcowe. Roztaczały się przed nami przepiękne widoki! Natura w całej okazałości ukazała tu, swój czar i potęgę. Człowiek też "dorzucił swój kamyczek". Piękne miasta przykucnęły na brzegach jeziora. W lazurowej wodzie, odbijała się biel luksusowych jachtów i stateczków. Wszędzie przepych i bogactwo. Całość okalały zielone wzgórza, a za nimi ogromne skaliste góry z białymi czapami śniegu, na najwyższych szczytach. Jechaliśmy spokojnie (120 km/h) pięcio pasmową autostradą. Nagle coś koło nas śmignęło. Cabriolet Ferrari! No tak, byliśmy w Szwajcarii. Świat banków i bankierów. Taki widok tu nikogo nie dziwił. Mamcia zawiedziona. Chciała sobie dokładniej zobaczyć autko, a tu nici. Fanatyczka motoryzacji. Czerwone cavallino , zwolniło. Jechało powoli prawym pasem! Dojechaliśmy do Ferrari i wyprzedziliśmy.  Widzieliśmy rozbawionego pasażera i kierowcę. Patrzyli na mnie śmiejąc się! Zachowałem powagę na maksa ,ukazując pokerową twarz..   Po chwili samochód znowu nas wyprzedził i znowu dał się wyprzedzić. Zabawa trwała. Wreszcie Mamcia mogła sobie pooglądać "czerwonego konika", bo Ferrari zrównało się z nami i jechaliśmy obok siebie.  Uśmiechnęła się, bo zobaczyła rozbawione twarze podróżujących panów. Ubawieni i roześmiani panowie, podnieśli kciuki w górę, potem zrobili mi zdjęcia i na pożegnanie pomachali. Odjeżdżając, jeszcze raz, wysoko podnosili ręce z uniesionym kciukiem. Potem nadjechał kolejny samochód. Jak poprzedni, zapamiętale jechał obok nas. W aucie na miejscu pasażera siedziała miła pani. Z uśmiechem pstrykała nam zdjęcia i machała do nas. Potem samochód odjechał, nie chcąc blokować najszybszego pasa ruchu. Ale za chwilę, znowu pojawił się obok. Wtedy ujrzeliśmy, na podłodze przedniego siedzenia, jamniczkę.  Śliczna długowłosa, zadbana panienka, przyglądała mi się ze zdziwieniem i ciekawością.  
Niesamowite są takie podróże, w których spotyka się tylu fajnych, przyjaznych ludzi. 
Zmieniliśmy kierunek trasy. Obraliśmy drogę na Lucernę. Kolejne wielkie jezioro, pyszniło się lazurową wodą. Jezioro Zugersee. Natura również nie poskąpiła tu swego piękna. Temperatura 28 stopni. Chłodny wiatr od wody sprawił, że jazda na motorze była bardzo przyjemna. Czułem się wspaniale. 
Zbliżaliśmy się do tunelu drogowego "Gotthard" . Tunel, biegnie z Goschenen do Airolo pod słynna przełączą świętego Gottharda. Jest to jedna z głównych arterii komunikacyjnych przez środkową Szwajcarię.
Wówczas nie wiedziałem, jak długi jest ten tunel. Jednak żaden tunel nigdy nie wzbudzał mojego entuzjazmu, chyba, że miał 100 m. Z kilku pasów autostrady, zrobiły się tylko trzy. Przed nami uformował się długi korek, ale nam korki nie straszne. Powoli przeciskaliśmy się między stojącymi samochodami. I tak kawałek po kawałku, dojechaliśmy do miejsca z tablicą informacyjną : " Gotthard 17km ".   
Mamcia zrobiła oczy jak kartofle i wstrzymała oddech. 
- Jezu Chryste! - niemal wykrzyknęła - Czy to naprawdę jest 17 km? - Zapytała niedowierzająco. 

Tatko  potakujaco skinął głową. 

- Nie da się tego ominąć? Może jest jakiś zjazd? Właściwie powinien być - Mamcia panikowała. 
Jej reakcja nie wynikała z klaustrofobii, ale doświadczenia. Kiedyś jechała na motorze z Tatusiem przez 9 km tunel w Alpach. Stary tunel między Niemcami a Austrią. Obowiązywała prędkość 70km, a ruch odbywał się dwoma pasami ruchu. W tunelu, natężenie ruchu ogromne. Stare systemy wentylacyjne nie dawały sobie rady z taką ilością spalin.  Powietrze - którego nie było, przypominało nos wetknięty w rurę wydechową. Temperatura była tak wysoka, że odbierała trzeźwe myślenie i zatykała oddech. Tylko 9 km, a przejazd wydawał się wiecznością. Po wyjechaniu z tego tunelu, Tatko musiał się zatrzymać, by złapać powietrze. Mamcia też łapała je jak ryba. 
Tunel "Gotthard" miał podwójną długość .... 
Tatko robił co mógł, ale wiele nie mógł. Posuwaliśmy się naprzód, jak inni. Nagle Tatko z lewego pasa, zjechał na prawy. Zauważył jakiś zjazd. Wszyscy mieliśmy nadzieję, że się uda ominąć tunel. Zjechaliśmy z autostrady. Zaczęła się fajna droga. jak to na zjazdach. Zrobiliśmy jedna pętlę, potem drugą, obraliśmy właściwy kierunek w stronę Włoch. Drogowskaz pokazywał wjazd na autostradę. No super! Wjechaliśmy i naszym oczom ukazał się długi rząd samochodów oczekujący na wjazd.... do tunelu 
 Szczęki nam opadły i zostały chyba na asfalcie, bo żadne z nas nie miało ochoty na komentarz.
Znowu, wjechaliśmy między samochody i lawirując, posuwaliśmy się ku przeznaczeniu. 
Wreszcie dojechaliśmy do wjazdu, przed którym była sygnalizacja świetlna. Tylko jednym pasem można było jechać. Drugi, wyłączony z ruchu zupełnie. Może to było podyktowane warunkami bezpieczeństwa? Nie wiem, ale gdyby zdarzył się wypadek, służby ratownicze musiałyby mieć miejsce na wjazd do tunelu. Dla nas to było dobre, bo natężenie ruchu było o połowę mniejsze, więc o połowę mniejsza emisja spalin, oraz ciepła wylatującego z rur wydechowych. 
Zielone światło zapaliło się. Ograniczenie prędkości do 70km/h.  Mamcia zmieniła swoje oblicze, na kolor sinozielony.  To dobry kolor dla wodnika - Szuwarka, ale w przypadku Mamci mało twarzowy. Odzwierciedlał jej strach nie o siebie, ale głównie o mnie i Tatę. Jazda ma motorze - w skórzanych ubraniach i upale, to nie to samo, co jazda w klimatyzowanym samochodzie w którym  wlot powietrza z zewnątrz można zamknąć. Nas czekało survivalowe doświadczenie. Bardzo niemiłe. 
Pierwsze 3 km, były całkiem znośne , lecz z każdym kilometrem temperatura wzrastała. Było mi tak gorąco, że nie miałem siły siedzieć w kufrze. W takiej pozycji powietrze wpadało środka bo byl uchylony. Spaliny dokuczały mi bardzo, ale jeszcze bardziej upał. Położyłem się. Osłabłem zupełnie. Miałem wrażenie, że za chwilę nie będę miał sił oddychać. Mamcia cały czas obserwowała, wypisane na murze wielkie cyfry już przejechanych kilometrów. Modliła się, by czymś zająć mózg i aby Tacie nie zrobiło się słabo, choć on twardy jest.
To był zaledwie początek tortur jazdy w tunelu. To był przedsionek piekła... Gotowaliśmy się za życia.             Mam nadzieję, że Stwórca, w przyszłości policzy nam to cierpienie? 
Mamcia podniosła połowę klapy mojego z kufra, aby mi dobrze wiało. Wiało, gorącym powietrzem. To takie doświadczenie jak otwarcie gorącego piekarnika z wentylatorem. Mamcia rozpięła swoją kurtkę, żeby jakiś ruch powietrza ślizgał się po ciele. Nie przestawała się modlić i obserwować numerów na murze tunelu. Już się nie ruszałem. Leżałem myśląc, że umieram. Numery na ścianie zwiększały się, znaczy, że przejechaliśmy już długi odcinek. Nadal leżałem w kuferku.  Powolutku, jakby zaczęło się ochładzać. Jeszcze tylko do wyjazdu 5 km...4…3... 2…. 1km. Już czułem dopływ świeżego powietrza. Nareszcie!!! Wyjechaliśmy z tunelu!  Chłodny wiatr (28 stopni na dworze) wpadł do kufra, owiał mnie i otrzeźwił zupełnie. Mamcia, Tatko i ja, urodziliśmy się po raz drugi! DZIĘKI CI WIELKI BOŻE !!!  
Gdzieś po drodze zatrzymaliśmy się na jakieś jedzenie, lecz po tym czego doświadczyłem w tunelu, zupełnie nie pamiętam gdzie i co jadłem. Mózg skasował mi wszystko.
Pamiętam za to wjazd do Włoch! 
Słońce chyliło się ku zachodowi. Droga nie była szeroka.
Biegła przyklejona do wzgórza. Po drugiej stronie                                                                                                    rozciągało się ogromne jezioro Komo - Lago di Como.
Mały - Bogu dzięki, tunel wydrążony w skałach,                                                                                                                  
a przy nim strażnicze budki.
Widziałem, pięknie odzianych we włoskie mundury,
strażników granicznych. Nikogo nie kontrolowali.
Po co tam stali? Nie wiem, ale wyglądali imponująco!
Wstrzymałem oddech z radości i zachwytu,
gdy ujrzałem napis " ITALIA ".
Wszyscy cieszyliśmy się ogromnie. Mamcia miała w oczach łzy. Problemy zniknęły. Wredna, czerwona, kontrolna lampka ciśnienia oleju, również wstrzymała oddech i przestała się zapalać. Skubana!  Wiedziała, że jesteśmy we Włoszech i teraz, to nam motor naprawią na każdym winklu. Postanowiła sama się naprawić i zrobiła to.
Wjechaliśmy do miasta. Światła Cadenabbia odbijały się w wodach Lago di Como, otoczonego ze wszechstron wysokimi górami. Jezioro , ogromne jak morze. Nie widziałem jego końca. Ostatnie promienie słoneczne jeszcze odbijały się w wodzie, nadając jej połyskującą oślepiającym blaskiem, srebrną barwę. Cóż to był za widok! 

Wszystkie miasteczka ciagnęły się wzdłuż wybrzeża, upiększając je starymi kamieniczkami, willami                         i pałacami, zawieszonymi na skałach, lub wchodzącymi do jeziora. Strzeliste cyprysy i palmy zdobiły krajobraz. Kwitnące krzewy weseliły oczy swymi barwami. Białe i różowe mandevillie  odbijały się kontrastem, na tle purpurowych bugenvilli. Pelargonii w niezliczonych kolorach, było bez liku. Czuliśmy woń jaśminów i innego kwiecia, przeplatający się z zapachem potraw z pobliskich restauracji. 

Zatrzymaliśmy się przy banku. Nie, żeby go obrabować! Potrzebowaliśmy parę grajcarów na pyszne jedzonko, którego zapach roztaczał się wokół i drażnił mój pusty brzuszek. Tatko wyjął z bankomatu pieniążki. Rozpoczęliśmy ostatni etap podróży. Zostało nam do pokonania, około 20 km. Musieliśmy znaleźć pensjonat w którym Mamcia zarezerwowała dla nas apartament. Właściwie, nie miała zbyt wielkiego wyboru w rezerwacji. Wszystkie hotele i pensjonaty, były już dawno zabukowane. W ofercie zostały tylko te najdroższe, albo najdalej oddalone od Mandello del Lario. To był nasz punkt docelowy. Tatko nie zrobił rezerwacji, licząc na łut szczęścia - jak zawsze. Mamcia wolała nie wystawiać na próbę cierpliwości Najwyższego i nie nadwyrężać Jego dobroci. Powód? : W Mandello del Lario odbywał się 3 dniowy zjazd motocyklistów z całego świata. Wielka feta w fabryce MotoGuzzi z okazji 95 rocznicy powstania fabryki. W takich okolicznościach, wszyscy z wyższym IQ niż posiada kura - przepraszam kurę, zrobili rezerwację hotelową, już kilka miesiący wcześniej. Dobra bliska baza noclegowa oznaczała: dobre, nawiedzone towarzystwo motoguzzistów oraz zabawę z gatunku :"wino, gitara i śpiew", w połączeniu z cudnym widokiem na Lago di Como. Niestety, nasz pensjonat był oddalony o 15km od fabryki.    Za to miał normalną cenę. Przybyliśmy na przystań w Cadenabbia. Tatko poszedł kupić bilet na prom do Bellagio. Znaczy, będzie pływanie! Promy kursowały do późnych godzin nocnych, albo - jak kto woli, do wczesnych godzin rannych. Przyglądałem się wszystkiemu. Czekaliśmy na prom około pół godziny. Gdy dobił do brzegu, a platforma opuściła się na brzeg przystani, zobaczyłem wysypujących się z niego ludzi. Potem wyjeżdzały  rowery, następnie motory i wreszcie samochody. Wszyscy mijajacy nas, zwracali uwagę na mnie i uśmiechali się. No, nie wiem dlaczego? Może dlatego, że jestem taki przystojny i pozytywnie nastawiony do świata i ludzi? Mniejsza o to. Prom opustoszał i mogliśmy na niego wjechać. Zamustrowaliśmy się pierwsi, bo pierwsi byliśmy w kolejce. Załoga promu powitała nas uśmiechami i pozdrowieniami. Nawet byłem głaskany. Polubiłem Włochów i Włochy, choć jeszcze nic tu nie dostałem do jedzenia. Kiedy prom się wypełnił ludzmi i samochodami odbiliśmy od brzegu. Mamcia zdjęła mi czapkę i poczułem ulgę. Wentylowałem uszy cudownym ,ciepłym wiaterkiem i nocną bryzą. Z daleka podziwiałem oddalające się światła przybrzeżnych miasteczek. Małe, piękne świetlne punkciki. Było ich mnóstwo! Pomyślałem, że dużo ludzi tu mieszka. Nie dziwiłem się. Też chciałem zamieszkać tutaj z moimi Dużymi. To było bajeczne miejsce. Prom powoli dobijał do brzegu z taką sprawnością, że nie poczułem nawet uderzenia opuszczonej platformy o nabrzeże. Zjechaliśmy z promu żegnani machaniem rąk i ciepłymi uśmiechami, tak załogi, jak i pasażerów.                                                Obraliśmy kurs "Casa de la Bruna". To był pensjonat, w którym mieliśmy nocować. Dla mnie, w tym momencie, najważniejsza była kolacja i wygodne łóżko do spania. Miałem nadzieję, że gdzieś niedaleko pensjonatu, znajdziemy restaurację, ja znajdę jakiś kawałek trawy na toaletę i będzie okay. Nie mam wielkich wymagań co do wielkości trawnika. We Francji potrafiłem wykorzystać 50 cm kwadratowych zielska, pod jakimś drzewkiem , by wykonać obowiązek. W miastach mają kupę betonu i kamieni. O psach, chyba zupełnie zapomnieli?!                Ale, żeby żadnego trawnika w mieście nie było? Niepojęte! Tu nie musiałem się martwić. Byłem przecież we Włoszech. Rozmyślałem nadal, nie zwracając uwagi na nic. Dopiero po czasie zauważyłem, że mamy problemy ze znalezieniem pensjonatu. Było już zupełnie ciemno. Tatko w nocy ślepy jak kret! Brak przyłbicy na kasku nie pomagał. Droga zaczęła mnie przerażać, tak samo jak Mamcię. Pięliśmy się dość stromo pod górkę, co kawałek witał nas ostry zakręt. Zakrętów niewyczerpana ilość ! Odniosłem wrażenie, iż drogę projektował pijany osioł , malując ją ogonem. "Nie mogli tej drogi jakoś na prosto wybudować? "Zastanawiałem się. Może mogliby, ale wtedy, byłaby to mamucia skocznia prosto do jeziora , a nie droga. Nasza nawigacja jak zawsze w sytuacjach krytycznych, odmówiła współpracy. Niekumata nawigacja jest gorsza niż jej brak. Rozpoczęliśmy "wycieczkę krajoznawczą", zdani na siebie. Krążyliśmy wkoło zwiedzając wszystkie uliczki. Mamcia ze zdenerwowania i bezradności, zaczęła chlipać i wyrzucać sobie, że zrobiła tą niefortunną rezerwację. Tatko, co chwilę wypowiadał krótkie holenderskie słowa, które bynajmniej, nie oznaczały błogosławieństwa: "Pokój temu domowi". W ciemnościach dostrzegliśmy jakąś sylwetkę. Zatrzymaiśmy się i Mamcia poszła pytać drogę do pensjonatu. Niestety, niczego się nie dowiedziała. Zaczepiona pani nie miała pojęcia, gdzie ów przybytek może sie znajdować? Nie słyszała nawet nazwy "Casa de la Bruna". Objazd terenu trwał. Niektóre uliczki zwiedziliśmy po  3 razy, za każdym z innej strony. Wjechaliśmy w drożynę, której jeszcze nie poznaliśmy. Mamcia zaprotestowała, widząc po czym mamy jechać. Tutejszy sołtys, zwinął na noc asfalt, za to co kawałek położył w poprzek drewniane kłody. Czy to ichniejsze "progi zwalniające"? Mało zabawne. Na każdej przejechanej kłodzie, Mamcia podskakiwała, a gdy znów lądowała (prawo przyciągania) na mało szlachetnej części ciała, wydawała z siebie jęki potępieńca. Był to efekt dwudniowej, wielogodzinnej jazdy na motorze. Po takiej trasie, dupsko zawsze jest mocno sfatygowane.Ta droga Mamci dowaliła ze wszechmiar.                                                                     Dla motoru, była bardzo niebezpieczna, a Tatko nigdy nie zawraca. Gdyby kończyła się w jeziorze, to on pewnie by  po dnie przejechał. Ten typ tak ma!                                                                                                                              W oddali ujrzeliśmy światła  jadącego z przeciwka samochodu. No proszę! Cywilizacja!                        Dojechaliśmy powolutku do samochodu. Pan siedzący za kierownicą miał otwarte okno, była więc nadzieja na  informację. Może to ktoś jadący z pensjonatu? Numery rejestracyjne były nietutejsze.                                     Po wymianie uprzejmości, Mamcia  zapytała pana, czy  wie gdzie jest  "Casa de la Bruna?  Kierowca uśmiechnął się i odpowiedział :                                                                                                                                                            - Nie wiem gdzie jest "Casa de la Bruna" ale TAM! też jest pięknie! -   Zaśmiał się i wskazał nam ręką ciemność, z której wyłaniała się jasna poświata. Posłuchaliśmy. Dojechaliśmy do poleconego " tam" . Owiał nas smakowity aromat włoskich potraw. - TRATTORIA !!! - Wrzeszczałem, bo już umierałem z głodu i nerwów, a wiadomo, że nic tak nie koi duszy i ciała, jak wyborny posiłek. Zatrzymaliśmy się na parkingu. Był na skarpie. Cztery metry niże,j pod nią, na kamiennej posadzce małego tarasu, stały nakryte obrusami w biało-czerwoną kratkę stoliki, przy których objadali się goście trattorii. Zacząłem szamotać się w kufrze. Chciałem jak najszybciej pobiec do tego miejsca, w którym podróżnych goszczą domowym posiłkiem. Dostałem ślinotoku, od samego zapachu ulatniającego się z kuchni. Mamcia uwolniła mnie i zostawiła z Tatką, abym zrobił co trzeba, a sama szybciutko zbiegła schodkami na tarasik. Zniknęła w drzwiach "Trattoria Baita Belvedere"  w Bellagio. Znaczyło, że miejscowość była dobra i przez 1,5 godziny krążenia po zaułkach, nie znależliśmy się np. na powrót po szwajcarskiej strone. Z promu, do pensjonatu miało być 10 minut jazdy. Jakoś nam się bardzo pomnożył ten czas. Rozpromieniona Mamcia, wróciła do nas lotem błyskawicy.  Oznajmiła, że stolik już zarezerwowała. Przyniosła też bardzo dobrą wiadomość. Właściciel trattorii, wiedział gdzie znajduje się poszukiwane przez nas miejsce . Mało tego! Znał właścicielkę "Casa de la Bruna "- to jego koleżanka. Osobiście, przy Mamci zadzwonił do pensjonatu i powiadomił o naszej obecności, i o tym, że będziemy u niego spożywać kolację, więc pewnie nasz dojazd mocno się przedłuży, ale "dostarczy" nas na spanie.  Ogromnie podobały mi się wiadomości            z opcją jedzenia. Vacum czułem w brzuchu od dawna. Wszyscy byliśmy szczęśliwi. Z lubością prostowałem łapki na spacerku wokół restauracji, lecz wolałem szybko znależć się w środku i wygodnie położyć na Tatowej kurtce. Zawsze mi kładzie na podłodze, wnętrzem do góry, żeby mi było wygodnie. Sprawiłem się szybko i wciągałem do lokalu ociągającego się Tatkę. "Dlaczego on tak zawsze powoli chodzi? " - pomyślałem ciągnąc opornego a instynkt samozachowawczy wskazywał mi dobry kierunek. Weszliśmy wreszcie do środka. Rozpromieniona Mamcia prowadziła nas po restauracji. Stamtąd wyszliśmy na tarasik i ..... zaparło nam dech w piersiach!!! Zachwycający widok roztaczał się przed naszymi oczami. U naszych stóp leżało Lago di Como w nocnej oprawie, oświetlone milionem lamp przybrzeżnych miasteczek. Wyglądało jakby cała galaktyka spadła na Ziemię, aby ozdobić swoim blaskiem jezioro i  jego brzegi. A część gwiazd rozsypała się  po górach, by im nie było przykro. Po jeziorze, mimo póżnej pory, nadal pływały statki. Z wysokiego wzgórza - na które tak mozolnie pięliśmy się motorem,  śledziliśmy kursy promów. Trattoria,  przyklejona do skały na ogromnej wysokości , oferowała fantastyczny, niepowtarzalny widok jaki trudno sobie nawet wymarzyć.                                                 Był jeszcze jeden widok, który mnie zawsze zachwyca i rozczula - sznycel na talerzu w towarzystwie befsztyczka i kiełbasek w nieograniczopnej ilości. Takie dobro powoduje, że potrafię z siebie wydobyć tylko  "ochy " i "achy," jakie w chwili wyjścia na taras słyszałem od Mamci. Oczarowana roztaczającą się panoramą, zapomniała ,że ma język. Już zacząłem się obawiać o jej przyrząd artykulacyjny , gdy wydobyła z siebie pierwsze słowa. Zaraz potem się zacięła, wymawiając bezustannie: "DZIĘKI CI PANIE !!!"

W gruncie rzeczy miała za co dziękować. Widok jej się trafił, jak ślepej kurze ziarno.                                                Za nic w świecie byśmy tu nie trafili, gdyby Stwórca nas nie zaprowadził. 

Tatko, jak to chłop, patrzył i uśmiechał się. W zasadzie, mogę powiedzieć, że taka reakcja u faceta wyraża głębokie uznanie dla miejsca w którym byliśmy. Siedzieliśmy wpatrzeni w dal.
Wszyscy oprzytomnieliśmy, gdy szef restauracji przyniósł  menu. 
Tam to dopiero cuda były wypisane! Ja od razu zażyczyłbym sobie wołowinkę z baraninką i świninką z kurzynką. Dorzuciłbym serek w każdej formie i frutti di mare, a moi Duzi, myśleli i myśleli.  Po tylu przejechanych kilometrach, musiałem im wybaczyć brak brawury w podejmowaniu decyzji. 
Czekałem cierpliwie, bo wodę dostałem jako pierwszy. 
Jedzonko przyszło bardzo szybko. Spożywaliśmy niespiesznie delektując się każdym kęsem. 
Hiszpanie, Grecy i Włosi mają fajny zwyczaj, podawania pieczywa do potraw, pewnie po to, by nikt nie wylizywał talerzy, albo paluchem nie próbował ich z resztek oczyszczać. W tej trattorii pyszne, malutkie i ciepłe bułeczki,  z całą pewnością uratowały naszą reputację. 
Talerze, pozostały wyczyszczone bułeczką do czysta, świadczyły o smaku potraw.  Miód, różne smakowite sery i konfitury były wytworem mistrzów kulinarnych tej trattorii. Wszystko BIO!
Po kolacji, właściciel trattorii zaoferował nam swojego brata, znaczy -  jako przewodnika, w naszej nocnej podróży. Ów brat wsiadł na skuter i  jechał przed nami. Prowadził nas w miejsce, które z uporem maniaka szukaliśmy po tych górach.
W blasku ksiażyca, na drodze wyłożonej drewnianymi "sierżantami" ,ujrzeliśmy zwierzaki. Jechaliśmy przez górskie pastwisko! W chwili, naszej wcześniejszej tutaj  bytności i teraz, spały sobie krówki, owieczki i kozy.        Że też pozwoliły nam tak bezkarnie hałasować po nocy ... 
Wyjątkowo tolerancyjne stworzenia. To chyba zasługa krajobrazu i słońca. 
Wspomniany młodszy brat, zaprowadził nas pod same drzwi "Casa de la Bruna". Córka właścicielki pensjonatu, jest dobrą znajomą owego brata, jak również właściciela, gościnnej trattorii, przynoszącej ulgę głodnym wędrowcom. 
Włoska troska o turystów, zwyczajnie nas powaliła - po raz kolejny, zresztą.
Brama do pensjonatu, witała nas swoimi otwartymi ramionami.
Wszyscy czekali zatroskani, bo już północ wybiła. Ogromnie się niepokoili. Fakt, kolacja przedłużyła się, ale trudno było nie rozkoszować się takim wybornym posiłkiem.
Mamma Bruna - tak kazała do siebie mówić właścicielka pensjonatu, miała 75 lat. Była  serdeczna i radosna.  Dostałem głaski i dużo czułych słów. Rozumiałem wszystko co mówiła. Znam przecież każdy język świata, choć ...nieszczegółowo. Byłem szczęśliwy. Miałem na miejscu to, co potrzebowałem. Wielkie podwórko, całe moje! Ogromne miejsce do zabawy z piłeczką, ale też do spełniania obowiązku . Miałem trawę i krzaki dla intymności. Dla mnie BOMBA !
Byłem ogromnie zmęczony, bo przecie całą drogę nie spałem, chciałem do łóżka. Weszliśmy na piętro, do naszego apartamentu. Kuchnia, pokój, sypialnia i łazienka - są!  Moi zamiast iść spać, zasiedli przy kuchennym stole i zrobili sobie herbatkę. Ja wpatrzyłem się wymownie, w stojącą lodówkę. Duzi wreszcie zakumali o co mi chodzi i otworzyli.  Rozczarowałem się okrutnie, bo w lodówce był  "pingwin" i "żeberka" - znaczy, te ruszta metalowe.  "Trudno, nie będzie drugiej kolacji" - podsumowałem.  Poszedłem sobie wybrać miejsce na łóżku. Wielkie matrimonio,  nadawało się wyśmienicie na moje skołatane nerwy i bolące kosteczki. Wybrałem sam środek łóżka - w końcu pierwszy ma prawo wyboru. Czekałem aż, rodzinka dołączy do mnie.
Gdy już słodko spałem, dotarli wreszcie. Najpierw zaliczyli łazienkę i wszystkie w niej urządzenia.        Hałasowali, ale się nie skarżyłem. Zakończyli ablucje i wpakowali do łózka, nie zwracając uwagi na mnie. 
- Hallo!!! Ja tu pierwszy byłem - zaprotestowałem nieśmiało, żeby się przypadkiem nie narazić. 
Protest nie powstrzymał Tatka i Mamci, przed zajęciem pozycji w MOIM ŁÓŻKU!!! Zrobili to  bez pardonu!
Zrezygnowałem z dalszych protestów, na znak, że jestem pokojowo nastawiony. Czekałem na zgaszenie światła. Mamcia zgasiła. Zrobiło się tak ciemno jak - za przeproszeniem, pod ogonem.
Drewniane okiennice, zamknięte na głucho, nie przepuściły ani światła, ani komara - na szczęście! Te małe skurczybyki potrafią skutecznie obrzydzić spanie. Zastanawiałem się, jak sobie moi Duzi poradzą w nocy, gdy któreś będzie musiało pójść do toalety? W takiej ciemności, to prawie survival ! Długo nie musiałem czekać na rozwiązanie tej małej zagadki. 
Mamcia wyszła ostrożnie z łóżka i -  jak myślałem,  robiła za pająka. 
Znaczy, szła po ścianie w poszukiwaniu przełącznika światła. Uparta, chociaż parę siniaków zaliczyła. Przy kolejnym przestawieniu mebla, własnym udem,  odniosła sukces. JEST! Udało się! Pstryk. Światło oślepiło nas, jak na przesłuchaniu. Przebiegły Tatko, też zaraz skorzystał z łazienki. Nie wstawał wcześniej, bo wolał poczekać ,aż się Mamcia "wykrwawi na polu walki". Trochę się obtłukła, lecz zapalenie światła było celem wyższym. Po powrocie z toalety Mamcia namierzyła przy łóżku małą, nocną lampkę. Szybko sprawdziła skuteczność jej działania i już do rana, spała z nią w objęciach, zamiast mnie.... 
Pierwsza noc w zaliczona! 
 
 
 
 
 
 
 

 

 

 

Zostaw komentarz. Dziękuję

                                         Maruś 

                                                  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

                                                 Viva Italia ! - cz. III

    Następne opowiadanie  - kliknij tutaj -  " Fiesta Italiana !"