Strona główna

        Kontakt

         Galeria

    Wigilijny wieczór                2012 roku

   Mój nowy domek

       Pierwsze dni

    Jadę na motorze

     Świat jest piękny !

  Trippstadt, Koblenz,           Strasburg         

     Dusty i Suran                  w Holandii

    Sem - Psi Anioł

     Viva Italia ! - cz.I

    Viva Italia ! - cz.II

     Benzyny brak !

   Z PAMIĘTNIKA PSA PODRÓŻNIKA

   Niezwykła historia adoptowanego psa Marusia   

    Viva Italia! - cz.III

      Fiesta Italiana

         Szwajcaria                    po raz drugi 

 Kupujemy uszczelkę

     Lista  Patronów 

 Wpadka towarzyska

     Kluczyk cz.I

    Kluczyk cz.II

     Fontanna

          Tolek

   Kłopoty z prądem 

                   Podróż do Trippstadt, Koblenz i Strasburga

 

Jesień zawitała i 12 września 2014 roku ruszyliśmy w drogę na spotkanie z przyjaciółmi.Mała grupka takich samych nawiedzonych motocyklistów jak my, czekała na nas w Trippstadt. Nie było ciepło, a nad głową wisiały deszczowe chmury. Na sucho dojechaliśmy do Koblencji. Nadrenia jest piękna! 
Podróż bez przygody, to podróż stracona, więc i tym razem musialo się coś wydarzyć. Na buty Tatki, podczas jazdy, zaczął się lać olej. Chlapal sobie bokiem maszyny, impregnując je skutecznie. Już nie powie, że mu przemokłną wodą. Przemokły olejem. Gdy zorientowałem się w sytuacji, pomyślałem:
- Nie wierzę! To się dzieje naprawdę! Chyba jakiś film kręcą albo "ukryta kamera "?  
Lubię przerwy w podróży, lecz nie takie! Ciekawe co teraz zrobimy? Zastanawiałem się intensywnie. Tatko chyba też się zastanawiał, ale jechal dalej. Przemierzaliśmy kolejne kilometry. Nagle błysnął inteligencją oznajmiając nam, że musimy się zatrzymać. Brawo! Odważna decyzja! Zanim to jednak zrobił, kilkanaście kilometrów było za nami. Trafiliśmy do miejsca, gdzie stało pełno wielkich, szklanych budowli. W nich dostrzegłem samochody, motory i różne maszyny.  Mnie to miejsce nie zachwyciło. Nie było restauracji, placu do biegania z piłeczką ani porządnego trawnika na "spełnienie obowiązku". Gdy już znaleźliśmy odpowiedni dla nas szklany budynek z napisem "MotoGuzzi" okazało się, że jest przerwa i trzeba czekać na ponowne otwarcie. Niemcy to naród uparty. Jak przerwa, to choćby się waliło i paliło, a ty wietrzysz sie na dworze. Pauza to PAUZA! Czekamy. Łażę wkoło budynków. Łapy mnie już bolą i zaczynam szukać miejsca do leżenia, a Tatko mnie ciągnie z uporem maniaka i zachęca do dalszej wędrówki. Wielką beczkę po reńskim winie, ustawioną jako reklama regionu, obsikałem kilkanaście razy i nadal czekaliśmy na otwarcie warsztatu. Nuda panie...nuda. Co ja mam robić w takim miejscu? Kamyka znalazłem i proponuję zabawę w "rzucanego". Ojciec zasępiony. Może nawet by mi rzucił parę razy, ale dreptaliśmy przy drodze, po której co chwilę jechał jakiś samochód. Łapy sobie starłem od chodzenia na tej Koblencji, dlatego takie krótkie mam teraz.  Wreszcie wielki szklany warsztat został otworzony i Tatko mógł się poskarżyć na swój włoski motor. Ja bym raczej poskarżył się na traktowanie motoru, ale "nie mój cyrk i nie moje małpy".  Pies jestem, a wiem, dlaczego coś się psuje. Gdy się bawię piłeczką za ostro, to następuje tzw. "zmęczenie materiału" i mam wtedy puzzle z piłeczki. Myślę, że z motorem jest podobnie. 
Obejrzano go ze wszystkich stron i stwierdzono, że jakaś uszczelka nie trzyma. Zrozumiałem. Jak moja nie trzyma, to wokół jest mokro, motor też tak ma. Panowie mechanicy zabrali "rupiecia" do głębszej analizy , a ja znowu musiałem spacerować koło tej nudnej beczki. Jeść mi się chciało i zdrzemnąłbym się jakieś 360 minut. Knajpa w pobliżu była zamknięta. Znowu pech. Po jakimś czasie, bliżej dla mnie nieokreślonym - gdy głodny jestem to mi się dłuży, poinformowano nas, że motor nam naprawią! Dzięki Ci Panie!!! Łaskawcy!
Długo podejmowali decyzję, lecz gdy już wzięli się do roboty, to poszło im sprawnie. Tatko zapłacił za naprawę i ponownie ruszyliśmy w drogę. Na dworze zmierzchało. Przeprawiliśmy się promem na druga stronę rzeki. Teraz Ojciec mógł dodać gazu, a ja ułożyć się wygodnie Mamci na kolanach. Niezbyt długo cieszyłem się komfortową pozycją. Zaczął padać deszcz. Kapuśniaczek na taki mówią. Nie lubię, chyba, że o zupę chodzi, wtedy poproszę i dużo boczusiu ma być! 
Mamcia okrywała mi głowę, żeby mi czapka nie zmokła od tej kapuścianej pogody. Nic nie dało. Zmokła. Miałem ochotę pomarudzić, pojęczeć, tylko po co? Nikt by nie słyszał, taki szum wiatru i silnika.  Nie marudziłem. Skupiłem się na przyszłości. Myślałem tylko o tym dobrym jedzeniu, które dostanę i wygodnym łóżku do testowania - spania. Dotarliśmy do hotelu w Trippstadt. Wszyscy przyjaciele Tatusia siedzieli w restauracji za biesiadnym stołem. Przywitali nas gromkimi okrzykami radości. Szybko zamienili kilka słów, mnie pogłaskali i poszliśmy do pokoju. Mamcia i Tatko wzięli prysznic. Nie podzielałem ich entuzjazmu do tej czynności, ale o gustach się nie dyskutuje. Na wszelki wypadek położyłem się w mojej torbie podróżnej i przymknąłem oczy, by mnie czasem do tej łazienki nie zaciągnęli. Nie zaciągnęli. Nadszedł czas kolacji. Zeszliśmy do restauracji. Grono przyjaciół czekało na nas. Pomyślałem, że mogliby się bardziej postarać na nasze wejście. Na stole dla Tatki i Mamci stały dwa kufle piwa. A ja??? Co dla mnie???  Długo musiałem czekać na miskę z wodą, a na jedzenie jeszcze dłużej. Obsługa jakaś niekumata i tak powolna, że ślimak to sprinter jest. Biesiada rozpoczęła się na dobre. Wkoło pachniało różnymi potrawami, a mnie kiszki wygrywały "Marsza Radeckiego". 

To nie koniec opowieści  cdn.

 

 

 

 

 

 

     Trippstadt i Strasburg   cz. II

Podano wreszcie coś z tego, co mi tak pachniało. No nie powiem, postarali się. Rumsztyk z pieczarkami, frytki też niezłe. Zrobiło się gwarno i wesoło, a mnie tylko chciało się spać. Mamcia przedawkowała "antydepresanty" o dwie lampki i postanowiła opuścić towarzystwo. Bez oporu poszedłem za nią. Weszliśmy do pokoju. Od razu odnalazłem moje miejsce do spania, Mamcia też. W łóżku wzięła swój podróżniczy notes i próbowała coś napisać, ale okazało się to nad wyraz trudne. Przeliterowała kilka słów chwiejnym pismem, po czym zrezygnowała z tej czynności. Na drugi dzień miała trudności z odczytaniem tego co napisała.                              A mówiłem: " Matka, nie pisz! W tej chwili, to za trudne dla ciebie." Teraz widziała, że miałem rację. Jej za zwyczaj ładne i okrąglutkie literki, lekko pochylone, wyglądały jakby wypadły z jakieś prasy, a kierunek nachylenia przypominał nawałnicę halnego. Już nie pisze po "antydepresantach". Konsekwencje radosnego wieczoru, miały na Mamcię wpływ, jeszcze kilka godzin w dniu następnym.  Tatko nigdy się nie skarży, bo musiałby przyznać się do błędu, a tego nigdy nie zrobi. Ostatecznie wymyślili spacer dla odświeżenia "słowiańskich oddechów", pasta do zębów niewiele pomogła. Musieli odparować. Trippstadt, to małe miasteczko, ale bardzo urokliwe, ciche i senne. Przeszliśmy przez centrum i skierowaliśmy się w stronę pałacu. Tenże pałac otoczony pięknym parkiem, był chyba dla mnie stworzony. Biegałem tam jak szalony . Znosiłem patyczki to rzucania i kamyki. Świetnie się bawiłem. Wreszcie doszliśmy do części parku, gdzie zaczynało się pastwisko. Wielkie czerwone krowy ze swoimi dziećmi pasły się spokojnie. Chciałem się z nimi zaprzyjaźnić, ale Mamcia szybko skorygowała moje zapędy widząc pasące się w stadzie byki. Z nimi też chciałem pogadać, np.... o pogodzie. Mamcia - panikara, od razu wołała mnie, gdy się zbliżałem do tego spokojnego towarzystwa. A taką miałem chęć ich rozruszać. 
Długo spacerowaliśmy po polach i leśnych gęstwinach. Byłem ogromnie zadowolony, że mogę sie wybiegać. Nie zawsze mam taką okazję. Cieszyłem się za każdym razem, gdy Tatko rzucił mi patyk. Szukałem dla niego tych najładniejszych i najdłuższych. Myślałem nad poprawieniem kondycji Tatusia. Mistrzostwa świata w rzucie oszczepem zbliżały się wielkimi krokami. Może Tatko chciałby w nich uczestniczyć? Dlatego tak bardzo dbałem o jakość i długość kijów. Moje starania poszły na marne. Tatko nie wziął udziału w zawodach... Chyba jeszcze nie czuł dobrej formy?
4 godziny trwał nasz spacer. Przeszliśmy wiele kilometrów. Wreszcie wybiegany i szczęśliwy wróciłem do hotelu. Obiad zjadłem ze smakiem. Do kolacji leżakowałem. Moi też okupowali łóżko. Chyba spacer im pomógł i już byli "odparowani". Stół na wieczerzę był suto zastawiony. Nikt nie żałował mi kotlecika i pieczeni. Jadłem wszystko z wdzięcznością. Zaspokoiłem potrzeby mojego żołądka i począłem rozglądać się za dobrym miejscem do spania. Do dyspozycji miałem tylko twardą drewnianą ławkę.  Mamcia wyłożyła ją wełnianą chustą i już drzemałem w lepszych warunkach. Na szczęście nie leżałem zbyt długo na tym barbarzyńskim meblu. Mamcia pomna swoich wyczynów poprzedniego wieczoru, postanowiła wcześniej opuścić biesiadny stół i towarzyszy. Nie zapomniała oczywiście o mnie. Z przyjemnością wróciłem do pokoju i ciepłego, miękkiego łóżeczka. Przytuliłem się do Mamci i zasnęliśmy. 
Następnego dnia, po śniadaniu ruszyliśmy do Strasburga.  Francja jest taka sobie. Dla mnie po prostu stara, kamienno-betonowa. Trawniki występują tam w ilościach śladowych, co bardzo utrudnia mi "wykonanie obowiązków". Bez trawy nie umię i już! No chyba, że już mi się tak bardzo chce. 
Pogoda była tym razem ładna. Ciepło i słonecznie. Tak jak lubię. Dojechaliśmy w porze lanczu na plac katedry Notre Dame. Wszędzie pełno ludzi. Okalały nas naprawdę piękne stare budynki. Usiedliśmy "na tarasie" jednej z restauracji na palcu katedralnym. Mamcia z błyskiem w oku, podziwiała wspaniałą katedrę. Można było godzinami przyglądać się tej budowli, tak hojnie ozdobionej rzeźbami. Te mury opowiadały historię chrześcijaństwa. Ileż tam było świętych i scenek rodzajowych z ich życia! Nie sposób tego policzyć. Budowla zachwyca swoim ogromem, pięknem i lekkością. Zastanawiam się jak coś takiego mogli postawić ludzie z tamtych czasów bez użycia dźwigu??? Wyobrażacie sobie to teraz? Mamcia nie wytrzymała i pobiegła oglądać katedrę od środka, a ja zostałem z Tatusiem. Czekaliśmy na kelnera tak długo, jak to niemożliwe. Pojawił się wyniosły jakby to on miał być obsłużony, a nie my. Mamcia już przybiegła rozpromieniona wrażeniami. Szybko złożyła zamówienie, Tatko też i rozpoczęliśmy kolejny maraton. Tym razem czekaliśmy na realizację zamówienia. Nie było to nic szczególnego. Tatko zamówił sałatkę z kurczakiem, Mamcia z kozim serem. Zrobienie dwóch odrębnych sałatek w domu, zajmuje Mamusi jakieś 15 minut, nie więcej. Generalnie w restauracjach warzywa są przygotowane, bo robią to podkuchenni. Kucharz tylko wybiera co trzeba, wrzuca na talerz i jest. W Strasburgu, odbywa się to inaczej. Mamcia wykoncypowała, że pewnie kucharz musiał polecieć do warzywniaka po produkty, potem do sklepu z drobiem i do mleczarni po kozi ser, bo inaczej nie da się wytłumaczyć tak długiego oczekiwania na zwykłą sałatkę. Ludzie, którzy przyszli po nas, byli obsłużeni, zjedli i odeszli, a my nadal przy stoliku z woda mineralną! Minęła godzina. Ojciec zamiast przypomnieć kelnerowi o naszej obecności, wyzywał pod nosem, co efektu nie przyniosło.  Wreszcie Mamcia nie wytrzymała i namierzyła kelnera. Przypomniała mu po angielsku o naszej bytności przy stoliku i o czasie przy nim spędzonym.  Nie próbowała mówić po francusku, kelner znał angielski, choć kleił głupa. Po 15 kolejnych minutach oczekiwania poszła do restauracji i tam wyłożyła swoje pretensje, wyższej instancji. Trzeba było jeszcze 15 minut czekać, bo dopiero teraz wzięli się do roboty! Gdy wreszcie "książę" kelnerów dotarł z sałatkami matka miała w oczach mordercze zamiary.  Patrząc na zawartość talerza odniosłem wrażenie, że pojemnik z kozim serem i fetą, wypadł z ręki kucharzowi. Mieliśmy tyle sera, iż nie byliśmy w stanie przerobić go we dwójkę. 
Do tej pory mam przed oczami czarnego kelnera - z miną księcia pana, kroczącego dostojnym, powolnym krokiem z pogardą dla pracy.  
Ale ogólnie Strasburg mi się podobał, choć do tej restauracji już nie wejdę i Wam również nie polecam. Jeśli jednak się zdecydujecie na nią  i  zobaczycie tam czarnego kelnera, zmieńcie od razu rewir.