Strona główna

        Kontakt

         Galeria

    Wigilijny wieczór                2012 roku

   Mój nowy domek

       Pierwsze dni

    Jadę na motorze

     Świat jest piękny !

  Trippstadt, Koblenz,           Strasburg         

     Dusty i Suran                  w Holandii

    Sem - Psi Anioł

     Viva Italia ! - cz.I

    Viva Italia ! - cz.II

     Benzyny brak !

   Z PAMIĘTNIKA PSA PODRÓŻNIKA

   Niezwykła historia adoptowanego psa Marusia   

    Viva Italia! - cz.III

      Fiesta Italiana

         Szwajcaria                    po raz drugi 

 Kupujemy uszczelkę

     Lista  Patronów 

 Wpadka towarzyska

     Kluczyk cz.I

    Kluczyk cz.II

     Fontanna

          Tolek

   Kłopoty z prądem 

                   Podróż do Trippstadt, Koblenz i Strasburga

           Jesień zawitała. Wprawdzie dni były jeszcze ciepłe i słoneczne, ale wieczorny chłód już dawał się we znaki. Mała grupka przyjaciół - motocyklistów tak samo nawiedzonych jak my - czekała na nas w niemieckim Trippstadt. Tatko nie pozwoliłby sobie na opuszczenie jakiejkolwiek imprezy z kumplami, więc ruszyliśmy w drogę.

      To był 12 września 2014 roku.  Warunki jazdy mieliśmy dobre. Czasem nad głową wisiały ciemne chmury, ale deszcz przechodził gdzieś bokiem, a na naszej trasie było sucho i nawet słonecznie.
      Po przejechaniu sporego odcinka drogi, Tatko, zamiast patrzeć na to co dzieje się przed nim, coraz częściej spoglądał na... swoją stopę. Mamcia natychmiast to spostrzegła. Od razu nabrała podejrzeń, że coś jest nie halo. Nie wiedziała jednak, czy z motorem, czy z Tatową stopą?
Włączyła swoje szare komórki i wywnioskowała, co następuje:
     Jeśli Ojciec, wsiadając na motor, miał dwie sprawne stopy, zatem przez 3 godziny nie mogły mu się popsuć.
Tak więc, jeżeli jego stopy są okay, to motor nam nawalił! Więcej opcji nie było. To trochę tak, jak ze stodołą bacy. Przypomnę stary dowcip:
      "Do bacy podchodzi turysta i pyta: 
           - Baco, wasze konie kurzą?
           - Niii - odpowiada baca
           - Aaa....., to w takim razie... chyba wam się stodoła pali"
       Na Tatowego buta wylewał się olej z silnika. Chlapał sobie bokiem maszyny, impregnując Dużemu but, zrazu skutecznie ogrzewając stopę. Pomyślałem, że w zasadzie, to Duży powinien być zadowolony. Reumatyzm go nie dopadnie. Butów przed wodą, nigdy wcześniej nie zabezpieczał. Taka darmowa usługa fajna jest, a w przyszłości, buty na deszczu nie przemokną. Po takiej olejowej impregnacji, nie miały prawa! 
       Niestety Tatko zadowolony nie był, gdyż zaledwie jeden but był impregnowany, a drugi czysty - no prawie, bo czystych butów to on nigdy nie ma. Na miejscu Ojca przełożyłbym lewego buta na prawą nogę, a prawego na lewą. Wówczas oba buty, byłyby zalane olejem w takim samym stopniu. Naolejone wyglądałyby takie... niby czyste, bo błyszczące i kolor wyciągnięty. Ale Ojciec nie podążał za moim tokiem myślenia i nadal oglądał intensywność smarowania jednej obutej stopy. 
      Podjąłem dalsze rozważania, tym razem nad zasadnością jazdy motorem.
Co skłaniało ludzi do tego? Przecież nie mogą mieć tyle problemów, co my, za każdym razem, gdy wsiadają na motor! Gdyby w istocie tak było, to wielu, cierpiałoby na zaburzenia równowagi psychicznej. Mamcia - zwykle anioł cierpliwości - w takich razach, zachowywała się niemal agresywne. Oczywiście nigdy względem mnie, gdyż zawsze mówi do mnie słowami piosenki: „Jesteś lekiem na całe zło”, ale na Tatkę patrzyła - ujmę to delikatnie - złym okiem...
      Analiza zaistniałej sytuacji skłoniła mnie do rozważań nad możliwością nie tyle awarii motoru, co „Ukrytej kamery”. Brałem nawet pod uwagę, jakiś film kręcony w pobliżu, w którym bierzemy udział jako statyści, a o tym nie wiemy! Niestety, zawiodłem się. Nasz zaledwie trzyletni motor, pluł olejem.
     Intensywnie zastanawiałem się nad zakończeniem tej historii. Tatko chyba też się zastanawiał, ale jechał dalej. W atmosferze niepewności przemierzaliśmy kolejne kilometry. Nagle, z nieba grom jakiś rąbnął w Ojca (chyba?), bo oświecony oznajmił, że musimy się zatrzymać. W myślach, pochwaliłem go za tak „szybką” decyzję. Jednak od postanowień Tatki do realizacji, droga jest zawsze długa i kręta, toteż zanim to uczynił przejechaliśmy następne kilkanaście kilometrów. 
      Zatrzymaliśmy się na peryferiach jakiegoś miasteczka i Tatko zadzwonił po Pomoc Drogową. W tym czasie, akurat, była przerwa na lunch, więc na samochód z mechanikiem, czekaliśmy półtory godziny. Gdy wreszcie ujrzeliśmy żółte auto z platformą i napisem ADAC, prawie skakaliśmy z radości pewni, rozwiązania problemu.
      Pan kierowca wyszedł z auta z miną znawcy i obejrzał motor, a potem stwierdził odkrywczo:
" No ja....MotoGuzzi..." -  Obrzuciłem go niemiłym spojrzeniem. "Że niby co? Jak włoski, to gorszy?"- pomyślałem.
      Tatko wyklarował gościowi o co chodzi, bo szwargocze po niemiecku jak ichniejszy. W odpowiedzi usłyszał: „Das is problem” . No i wszystko jasne! Tyle to nawet ja zrozumiałem.
      Duży został poinformowany, że „Pan Specjalista” nie jest w stanie nam pomóc, bo uszczelka poszła się „walić”, więc jedyne dolał nam oleju do silnika i polecił jechać do Koblenz (Koblencja). Matkę zatkało.
Do takiej diagnozy nie było nam potrzebne, prawie dwugodzinne czekanie. Sam wiem, iż jak się coś z czegoś leje, to wiadomo - uszczelka nie trzyma. Na ten przykład: gdy raz mi „uszczelka” nie trzymała, bo się wody z mlekiem opiłem, to potem Mamusia musiała zrobić osuszanie pokoju. Natomiast w tym wypadku, moja Mamcia - ostoja spokoju - miała ochotę zamordować faceta, za daremnie stracony czas. Miał chłop szczęście, że Mamusi na początku odebrało mowę z wrażenia, a język niemiecki zna nieszczegółowo, bo w przeciwnym razie usłyszałby od niej słowa, jakie padają jedynie w jarmarcznej knajpie. Ale to nie koniec, bo gdy już oprzytomniała z pierwszego szoku, nabrała powietrza, chcąc wyrzucić z siebie wraz z nim to, co leżało jej na wątrobie. Ojciec uratował sytuację i uszy kierowcy, odzywając się do niego w przódy z jakimś banalnym pytaniem. Wtedy Matka dała sobie na wstrzymanie i poszła liczyć do dziesięciu.
      Zastanawiałem się, czy firma ratująca głupotę ludzką oraz nieszczęśliwców z wypadów, nie mogła powiedzieć Tacie przez telefon, że części to oni nie mają? Mogli przecież poinformować nas, iż jedyne, co mogą dla nas zrobić, to zawieźć motor do najbliższego serwisu, a nas przetransportować do hotelu? A może istotnie nie mogli...? Niemcy to kraj, w którym mielenie językiem i pracę, szanuje się dbając o to, by jedno i drugie wystarczyło na długo.  
    Nie było co kombinować. Wsiedliśmy na motor i ruszyliśmy w dalszą drogę, zaopatrując się na stacji paliwowej w kolejną butelkę oleju. Nie mogliśmy przegrzewać silnika, więc Tatko na drodze nie był demonem prędkości.
***
           Dojechaliśmy na przedmieścia Koblenz. W tej industrialnej części miasta, otaczały nas wielkie, szklane budowle. Dostrzegłem w nich samochody, motory i różne nieznane mi maszyny. Nie było tu restauracji, placu do biegania z piłeczką ani porządnego trawnika na „spełnienie obowiązku”, toteż nie byłem zachwycony.         Krążyliśmy po ulicach tej dzielnicy aż znaleźliśmy szklany budynek z napisem „MotoGuzzi”.
Niestety, była przerwa. Obiadowa, podwieczorkowa, na kawę czy na papierosa, sam nie wiem. Tak czy inaczej, na otwarcie serwisu musieliśmy godzinkę czekać. Niemcy poważnie traktują przerwę, więc choćby się waliło i paliło, to PAUZA jest uszanowana. Wietrzyliśmy się na dworze.  Przyznam, że wolałem siedzieć w środku, zamiast łazić z Tatką wkoło budynków, ale nie było takiej opcji.
        Chodziłem i chodziłem. Łapy już mnie bolały i zaczynałem szukać miejsca do leżenia, ale Tatko mnie ciągnął z uporem maniaka i zachęcał do dalszej wędrówki. Wielką beczkę po reńskim winie, ustawioną na trawniku jako reklamę regionu, obsikałem kilkanaście razy w oczekiwaniu na otwarcie warsztatu. Co niby miałem robić w takim miejscu? 
       Znaleziony kamyk i proponowałem Ojcu  do zabawy w „rzucanego”, lecz on był zasępiony i nie zwrócił uwagi na moje zaczepki. Może nawet parę razy, rzuciłby mi tego znalezionego kamyczka, ale dreptaliśmy przy drodze, po której co chwilę jeździły samochody. Łapy sobie starłem od chodzenia na tej Koblencji. To dlatego mam teraz takie krótkie. 
       Po godzinie, z dokładnością szwajcarskiego zegarka, otworzono warszatat.  Teraz Tatko mógł się poskarżyć na swój włoski motor. Ja bym raczej poskarżył się na złe traktowanie motoru, ale „nie mój cyrk i nie moje małpy”.  Pies jestem a wiem, dlaczego coś się psuje. Gdy zbyt entuzjastycznie bawię się piłeczką to następuje tzw. zmęczenie materiału i mam wtedy puzzle zamiast piłki. Myślę, że z motorem jest podobnie. Ojciec jest wielkim entuzjastą jazdy na motorze, ale zapomina przy tym kontrolować swoją zabawkę-Guzzi.  
      Motor obejrzano ze wszystkich stron i stwierdzono, iż jakaś uszczelka nie trzyma. Zrozumiałem doskonale.
     Panowie mechanicy zabrali „rupiecia” do głębszej analizy, a ja znowu musiałem spacerować koło tej nudnej beczki. Jeść mi się chciało i miałem ochotę na drzemkę, choćby tylko jakieś trzysta sześćdziesiąt minut. Knajpa w pobliżu była, co z tego, kiedy zamknięta. Pech nas prześladował.
     Po jakimś czasie ,bliżej dla mnie nieokreślonym - gdy głodny jestem to mi się dłuży - poinformowano nas, że „łaskawcy” mają uszczelkę i naprawią nam motor. Długo podejmowali decyzję, lecz gdy już wzięli się do roboty, to poszło im sprawnie. Tatko zapłacił za naprawę i ponownie ruszyliśmy w drogę. "Dzięki Ci Panie Boże!" - pomyślałem. 
     Na dworze zmierzchało.Przejechaliśmy jeszcze kilkanaście kilometrów i przeprawiliśmy się promem na drugą stronę Renu. Teraz Ojciec mógł dodać gazu, a ja ułożyć się wygodnie na kolanach Mamci. Niezbyt długo cieszyłem się komfortową pozycją, gdyż zaczął padać deszcz. Ludzie mówią na taki kapuśniaczek. Nie lubię, chyba, że chodzi o zupę  z dużą ilością wołowego mięska i chudego boczusiu! 
    Mamcia okrywała mi głowę, by czapka nie zmokła mi od tej kapuścianej pogody, ale nie wiele to pomogło. Zmokła. Miałem ochotę pomarudzić, pojęczeć, tylko po co? Nikt by nie słyszał moich skarg, przez szum wiatru i silnika. Nie marudziłem.Skupiłem się na przyszłości. Myślałem tylko o tym, co dostanę, gdy już dojedziemy na miejsce spotkania. Marzyłem o dobrym jedzeniu, kolacji i wygodnym łóżku do testowania, znaczy: spania. 
***
       Gdy dotarliśmy do hotelu w Trippstadt, dawno było po zmroku. Wszyscy przyjaciele Tatusia siedzieli w restauracji za biesiadnym stołem. Nasz widok przywitali gromkimi okrzykami radości. Szybko zamienili z Tatusiem kilka zdań, mnie pogłaskali i poszliśmy do hotelowego pokoju, znaczy: nie grupowo, tylko ja z Dużymi
     Mamcia i Tatko wzięli prysznic. Nie podzielałem ich entuzjazmu do tej czynności, ale o gustach się nie dyskutuje. Na wszelki wypadek położyłem się w mojej torbie podróżnej i przymknąłem oczy, by mnie przypadkiem do tej łazienki nie zaciągnęli. Nie zaciągnęli.
     Nadszedł czas kolacji. Zeszliśmy do restauracji. Przyjaciele Tatusia czekali na nas. Pomyślałem, że mogliby się bardziej postarać na nasze wejście. Na stole dla Tatki i Mamci stały dwa kufle piwa. A ja??? Co dla mnie??? Nic!  Długo musiałem czekać na miskę z wodą, a na jedzenie jeszcze dłużej. Obsługa była jakaś niekumata i tak powolna, że ślimak przy nich to olimpijski sprinter. 
     Biesiada rozpoczęła się na dobre. Wkoło pachniało różnymi potrawami, a mnie kiszki wygrywały „Marsza Radeckiego”. 
    Podano wreszcie to, co tak mi pachniało. Moje kubki smakowe szybko oceniły jakość posiłku. No, nie powiem, postarali się. Rumsztyk z pieczarkami i frytki, dostały ode mnie wysoką notę.
    Zrobiło się gwarno i wesoło, jak to po jedzeniu, a mnie chciało się spać.
    Mamcia, o dwie lampki, przedawkowała „antydepresanty” i postanowiła opuścić towarzystwo. Z wdzięcznością poszedłem za nią.   Weszliśmy do pokoju i od razu zająłem moje miejsce do spania, Mamcia też. W łóżku, wzięła swój podróżniczy notes i próbowała coś napisać. Niestety, okazało się to nad wyraz trudne!
  " Matka, nie pisz! W tej chwili, to dla ciebie awykonalne!" - poleciłem. Ale ona przeliterowała kilka słów kreśląc chwiejnym pismem, po czym zrezygnowała z owej czynności. Odłożyła notes i zasnęła.
 
     Poranny ładunek prawdy o ilości wlanego w siebie wina, skłonił ją do refleksji. Miała trudności z odczytaniem tego, co napisała po przedawkowanych środkach relaksujących. Jej zazwyczaj ładne lekko pochylone i okrąglutkie literki, teraz wyglądały jakby wypadły z jakieś prasy, a kąt nachylenia przypominał nawałnicę halnego. Od tamtej pory po antydepresantach nie pisze.
     Konsekwencje radosnego wieczoru, miały na Mamcię wpływ, jeszcze kilka godzin dnia następnego.
Tatko tego ranka też wyglądał jakby wybierał się na spotkanie z przodkami, po bliskim spotkaniu z walcem. Ale  się nie skarżył, bo musiałby przyznać się do błędu, a tego nigdy nie robi. Ostatecznie, dla odświeżenia „słowiańskich oddechów”, gdyż pasta do zębów niewiele im pomogła, Duzi wykonceptowali spacer. Musieli „odparować”. Na razie, należało przypudrować rzeczywistość 
     Trippstadt, to małe miasteczko, bardzo urokliwe, ciche i senne. Jest tam wspaniały pałac koloru ambry.
Przeszliśmy przez centrum i skierowaliśmy się w stronę pałacu. Był otoczony pięknym parkiem, jakby dla mnie stworzonym. W szale radości biegałem po całym parku. Znosiłem Dużym kamyki i patyczki do rzucania świetnie się przy tym bawiąc. Na końcu parku znajdowało się pastwisko, gdzie spokojnie, pasły się wielkie - mojego koloru - krowy ze swoimi dziećmi. Chciałem się z nimi zaprzyjaźnić, ale Mamcia szybko skorygowała moje zapędy, widząc w stadzie byki. Nie mogłem zrozumieć o co jej chodzi? Chciałem zaprzyjaźnić się ze wszystkimi, a nie wybiórczo. Z bykami chętnie bym pogadał, na przykład .....o pogodzie? 
     Mamcia - panikara - ciągle przeszkadzała mi przy próbie kontaktów miedzygatunkowych. Za każdym razem, gdy zbliżałem się do tego spokojnego towarzystwa, przywoływała mnie do siebie. A taką miałem ochotę ich rozruszać.... 
     Długo spacerowaliśmy po polach i leśnych duktach. Byłem ogromnie zadowolony, wreszcie mogłem się wybiegać. Nie zawsze w podróżach miałem do tego okazję.
    Cieszyłem się za każdym razem, gdy Tatko rzucił mi przyniesiony przeze mnie „patyk”. Szukałem dla niego najładniejsze i najdłuższe kije, bo słyszałem, że Olimpiada zbliżała się wielkimi krokami. Byłem niemal pewny, że Tatko mógłby uczestniczyć w zawodach rzutem oszczepem.
Pracowałem więc, nad poprawieniem Tatowej kondycji. Starannie sprawdzałem jakość i długość kijów, gdyż miało to kluczowe znaczenie w drodze do zwycięstwa. Niestety, moje starania w Trippstadt poszły na marne. Tatko nie wziął udziału w zawodach. Być może, nie czuł dobrej formy?
 
     Nasza mała wycieczka trwała cztery godziny i przeszliśmy kilka kilometrów. Wybiegany i szczęśliwy wróciłem do hotelu, a potem z apetytem zjadłem obiad. Do kolacji leżakowałem, mając po prawej mojej stronie Ojca, a po lewej Matkę. Spacer sprawił, że odparowali, pomógł też na ból głowy, ale zaszkodził im na nogi. Znowu mieli powody do narzekań. Ludzie, to gatunek stworzeń samo-destrukcyjnych. Nie znają znaczenia słowa UMIAR.
 
    Stół na wieczerzę był suto zastawiony. Nikt nie żałował mi kotlecika i pieczeni. Jadłem wszystko z wdzięcznością, a gdy zaspokoiłem potrzeby mojego żołądka, począłem rozglądać się za dobrym miejscem do spania. Do dyspozycji miałem tylko twardą drewnianą ławkę.  Mamcia dbając o mój komfort, wyłożyła ją swoją wełnianą chustą. 
     Zaraz po kolacji przypomniała sobie miniony wieczór, a że nie ma pamięci złotej rybki, postanowiła wcześniej opuścić biesiadę i towarzyszy. Całe szczęście (!) bo leżąc zbyt długo na tym barbarzyńskim twardym meblu, mógłbym nabawić się odcisków.
    Z przyjemnością wróciłem do pokoju i ciepłego, miękkiego łóżeczka. Przytuliłem się do Mamci i zasnęliśmy.
  Tatko, zagorzały przeciwnik prohibicji, dotarł do pokoju sfatygowany własnymi poglądami, ale zdania na temat ilości wypijanych trunków nie zmienił.
***
    Następnego dnia, po śniadaniu ruszyliśmy do Strasburga. 
    Francja jest dla mnie...taka sobie. Jest stara, kamienno-betonowa i zaniedbana. Ale to moje subiektywne zdanie, chociaż Mamcia je ze mną podziela. Trawniki występują tam w ilościach śladowych, co bardzo utrudnia mi „wykonanie obowiązków”. Bez trawy nie umiem i już! No, chyba, że już mi tak bardzo się chce, że aż bardzo! 
   Tego dnia mieliśmy piękną słoneczną pogodę, taką jak lubię.
Na plac katedry Notre Dame w Strasburgu, dojechaliśmy w porze lanczu. Wspaniałej budowy katedrę, otaczały cudne, stare budynki.
    Usiedliśmy na tarasie jednej z restauracji, oddzielonej od świątyni o jakieś siedemdziesiąt metrów. Mamcia z błyskiem w oku, podziwiała tę przepiękną budowlę, znaczy: katedrę nie restaurację, choć oba budynki były godne zachwytu. Godzinami można było się jej przyglądać. Jakże hojnie była ozdobiona rzeźbami opowiadającymi historię chrześcijaństwa! Iluż tam było świętych, scenek rodzajowych z ich życia, nie sposób tego policzyć! Budowla zachwycała swoim ogromem, pięknem i lekkością. Zastanawiam się jak coś takiego zbudowali ludzie tamtych czasów i to bez użycia dźwigu??? 
 
      Mamcia nie wytrzymała oczekiwania na obsługę i pobiegła zwiedzać katedrę od środka. Zostałem z Tatusiem. Na kelnera czekaliśmy tak długo, jak to tylko NIEMOŻLIWE!!!
 Po pół godziny pojawił się - wreszcie- wyniosły, jakby to on miał być obsłużony, a nie my.
    Duża obejrzała katedrę ze wszystkich stron i przyszła rozpromieniona wrażeniami. Szybko złożyła zamówienie, Tatko też. Nie było ono niczym szczególnym. Tatko zamówił sałatkę z kurczakiem, Mamcia z kozim serem. Zrobienie w domu, od podstaw, dwóch odrębnych sałatek, zajmuje Mamusi jakieś 15 minut, nie więcej. W restauracjach warzywa są przygotowane, bo robią to podkuchenni. Kucharz tylko wybiera co trzeba, wrzuca na talerz i już jest. 
    Czekając na nasze jedzenie, wydedukowaliśmy, że w Strasburgu, robienie sałatek, odbywa się chyba całkiem inaczej? Pewnie kucharz musiał polecieć do warzywniaka po produkty, potem do sklepu z drobiem i do mleczarni po kozi ser, bo inaczej nie da się wytłumaczyć, tak długiego oczekiwania na zwykłą sałatkę! Mimo wszystko byłem wdzięczy, że zamówili sałatkę. Co byłoby, gdyby chcieli na przykład, zjeść wołowinę???  Krowę zaszlachtować nie jest sprawą łatwą!
   Byłem jednak ciekawy, dlaczego ludzie, którzy przyszli do restauracji po nas, byli obsłużeni, zjedli i odeszli, a my siedzieliśmy nadal przy stoliku z wodą mineralną? Może tamci jedli coś z promocji z poprzedniego dnia???
    Minęła godzina. Ojciec zamiast przypomnieć kelnerowi o naszej obecności, mamrotał pod nosem wyrazy, bynajmniej, niebędące błogosławieństwem, a ponadto nie dające żadnego rezultatu. Wreszcie Mamcia nie wytrzymała i namierzyła kelnera. Przypomniała mu, po angielsku, o naszej bytności przy stoliku i o czasie przy nim spędzonym. Nie próbowała mówić po francusku.
Tu wyjaśnię: Francuzom, czas zatrzymał się na czasach Napoleońskich i nadal chyba uważają, że świat powinien mówić tylko po francusku! Wielu z nich nie mówi po angielsku, a jeśli już ktoś zna ten język, to udaje, że nie zna, tak jak ów kelner.
     Po kolejnych piętnastu minutach oczekiwania na jedzenie, Matka z mordem w oczach, weszła do wnętrza restauracji i tam wyłożyła swoje pretensje - wyższej instancji. Miły młody człowiek, słysząc co mówi Duża zrobił wielkie oczy. Nic o naszym zamówieniu nie wiedział. Przeprosił, a po dziesięciu minutach „książę kelnerów” dotarł do nas z sałatkami. Wprawdzie pokajał się , lecz nawet nie spojrzał matce w oczy, pewnie bojąc się konfrontacji z jej wzrokiem.
    Spojrzałem na zawartość Maminego talerza i odniosłem wrażenie, że podczas robienia sałatki, biednemu kucharzowi, wypadł z ręki pojemnik z kozim serem i fetą. W życiu, w sałatce nie widziałem takiej ilości sera! We dwójkę nie byliśmy w stanie go przerobić. Na samo wspomnienie tego jedzenia - do tej pory- odbija mi się fetą i kozim serem.
 
     Wspominając Strasburg z Mamcią i Tatką, wciąż mamy przed oczami czarnego kelnera (broń Boże, nie jesteśmy rasistami!) - kroczącego dostojnym, powolnym krokiem z miną księcia pana i pogardą dla pracy. Do tej restauracji już nie wejdziemy i jej nie polecamy. Jeśli jednak tak miałoby się zdarzyć, to przyjedziemy tam najedzeni.  Ale ogólnie, Strasburg mi się podobał
.