Strona główna

        Kontakt

         Galeria

    Wigilijny wieczór                2012 roku

   Mój nowy domek

       Pierwsze dni

    Jadę na motorze

     Świat jest piękny !

  Trippstadt, Koblenz,           Strasburg         

     Dusty i Suran                  w Holandii

    Sem - Psi Anioł

     Viva Italia ! - cz.I

    Viva Italia ! - cz.II

     Benzyny brak !

   Z PAMIĘTNIKA PSA PODRÓŻNIKA

   Niezwykła historia adoptowanego psa Marusia   

    Viva Italia! - cz.III

      Fiesta Italiana

         Szwajcaria                    po raz drugi 

 Kupujemy uszczelkę

     Lista  Patronów 

 Wpadka towarzyska

     Kluczyk cz.I

    Kluczyk cz.II

     Fontanna

                Viva Italia !  - cz.II

Z Sankt Goar, jak na nasze możliwości wyjechaliśmy wcześnie. Gdy przed hotelem żegnała nas jego miła właścicielka, bijący na wieży kościelnej zegar, oznajmił godz.9.30.

 Jechaliśmy bardzo malowniczą trasą. Miasteczka i wioski położone na wzgórzach, pyszniły się ukwieconymi budynkami. Słonko grzało mi plecki, ciepły wiaterek owiewał mi pycholek, no czego chcieć więcej? Już wiem! Więcej mięska w miseczce! Ale na nie, musiałem jeszcze poczekać. 
Zaliczyłem po drodze sikanie i picie, na stacji benzynowej, a teraz zbliżała się pora obiadu. Była godz.15.00, gdy zatrzymaliśmy się, by wrzucić  coś na "ruszt". Tatko podbudował mnie zamówieniem sznycla. Mamcia jak zawsze rozczarowała sałatką. Leżałem w cieniu pod stolikiem, gdy przyszła przywitać się ze mną miejscowa piękność. Długowłosa, o umaszczeniu, białym w szare łatki. Szarą główkę zdobiła śliczna, biała strzałeczka. Piękna, czysta i zadbana z cudną obróżką ozdobioną adresówką, koralikami i świecidełkami. Po prostu dama. Oko mi zabłysło. Zajrzała do mojej miseczki rozczarowana widokiem wody. Zaproponowałem by została i zapewniłem, iż z pewnością dostaniemy coś od moich Dużych.  Była przymilna i natychmiast zaprzyjaźniła się z Mamusią. Co jakiś czas, sunia odchodziła na chwilę i wracała ponownie. Chciała głasków. 
Gdy wjechał na stół Tatowy sznycel, kochała nas całym psim sercem. Mamina sałatka o nazwie "włoska", przypominała Włochy, tylko sałatą. Z nadmiaru kukurydzy i szyneczki - szynka ok! - w Maminym talerzu, korzystała suczka i ja. Za kukurydzą nie przepadam, więc odstąpiłem damom. 
Taki rycerski jestem. Moja nowa przyjaciółka jadła chętnie i wszystko. Nawet sałatę, mocno przelaną sosem vinegret .  Z Mamcią stanowiłyby niezły duet. Myśleliśmy, że suczka się zgubiła i jest głodna. Owszem, zgubiła się - właścicielowi restauracji, między naszym stolikiem. Głodna nie była. Znali ją wszyscy stali bywalcy pubu i restauracji, i bardzo lubili. Żebrała w ramach rozrywki i w myśl zasady: "biedny, głodny pies". Słusznie! Ja też lubię żebrać. Ogromnie żałowałem, że nie mogę mieć takiej fajnej dziewczyny do zabawy. Pasowaliśmy żebraczym usposobieniem, miłym charakterem i obejściem. Niestety, musieliśmy się pożegnać. Gdy wsiedliśmy na motor, moja Śliczna rzuciła mi na odjezdne, słodkie spojrzenie. - Och .... - Westchnąłem 
Nie przejechaliśmy nawet 50 km, jak zapaliła się kontrolka ciśnienia oleju...
Dojechaliśmy do najbliższego miasta i Tatko się zatrzymał. Padło hasło " Z koni". Nie wiedziałem, dlaczego?  To nie była stacja benzynowa? Pomyślałem, że to nawet dobrze się składa i wykorzystam sytuację na sikanie.  Zeszliśmy z motoru. Słonko prażyło nadal, mimo późnej pory. 
Ojciec zawsze stawia motor na słońcu. Nawet gdyby było 40 stopni, a 3 m dalej cień, to on w blasku promieni słonecznych, będzie dogrzewał motor. Tym razem, też tak było. 
Mamcia wypakowała mnie z kufra, wyjęła miseczkę i nalała wody. Napiłem się z ochotą. Siedliśmy w cieniu, dwa metry od motoru. Tatko zaczął sprawdzać poziom oleju w maszynie - zalecałbym w głowie - nie mając do tego żadnych narzędzi. Jakieś małe kombinerki przydałyby się. Korek miski olejowej, jest tak blisko gorącego silnika, że uniknięcie poparzenia graniczy z cudem. Tatko takich rzeczy, jak kombinerki, nigdy nie ma w motorze. Mamcia w samochodzie - ZAWSZE.
Korek został odkręcony. Ja swój odkręciłem wcześniej, bo korzystam z każdej sytuacji. 
Rękawiczki motorowe przydały się, ale olej już na nich spoczywał. W razie deszczu, nie przemokną.
Tatko wyciągnął miernik oleju i na pomoc wezwał Mamusię. Nie miał żadnej serwetki, by wytrzeć tzw. bagnet. Chusteczki higieniczne w drodze, to podstawa. Matka, jak Lancelot, przyszła mu z pomocą. Ojciec wytarł bagnet, po czym wsadził jeszcze raz tam, gdzie był uprzednio. Znowu wyjął i przetarł chusteczką plastikowy szpikulec. Po odczycie pomiaru oleju zakomunikował, że trzeba zrobić dolewkę. Było za mało oleju. 
Kto zgadnie, gdzie leżała butelka z zapasowym olejem??? NA SAMYM SPODZIE BOCZNEGO KUFRA!!! Ojciec osobiście go tam włożył, tylko nie pamiętał, czy był to lewy, czy prawy kufer? Rozpoczęła się akcja rozpakowania motoru. Mamcia w pełnym słońcu, skórzanych spodniach i kurtce, zaczęła najpierw siebie rozpakowywać, by ją "krew nie zalała" - jak to stwierdziła. Zdemontowała moją miejscówkę, bo blokowała otwarcie bocznych kufrów. Następnie otworzyła kufer i zaczęła metodycznie wszystko z niego wyjmować i układać na chodniku, w taki sposób, by rzeczy były blisko i nie przeszkadzały nikomu. Staliśmy przecież prawie na chodniku. Zanim Tatko zabrał się do opróżniania drugiego kufra, co groziło wypadkiem przez przewrócenie jakiegoż przechodnia, Mamcia triumfalnie podniosła rękę w górę z butelką oleju. Super Rider, tym razem szukał kawałka jakiegoś papieru, by zwinąć go w trąbkę, robiąc z niego lejek. Lejka też nie miał. Poszukiwanie papieru zakończyło się sukcesem. Kawałek jakiegoś folderu, znalezionego przez Tatkę na ulicy, uratował mapę przed podarciem. Olej został dolany i sprawdzony. Ubyło go za dużo. Duzi musieli dokupić na stacji benzynowej rezerwową butelkę. Pakowanie na powrót wszystkich tobołów zakończyło się Maminym sukcesem i znowu mogliśmy podróżować. Spocona jak mysz z twarzą, ze złości i upału w kolorze buraczanym, Mamcia po zapięciu mojego kufra i oględzinach wokół motoru, czy nic nie zostało na chodniku, siadła wreszcie na siedzenie i ruszyliśmy ponownie. Jadąc, Duzi obserwowali kontrolkę ciśnienia oleju, a ta co chwilę mrugała do nas, swoim czerwonym oczkiem. Sytuacja ogromnie niepokojąca. Trwały dywagacje: - może gdzieś nie trzyma uszczelka i jest wyciek - niemożliwe, byłby widoczny.  Albo coś z silnikiem, wtedy też jest duże spalanie - wątpliwe - silnik to raczej nie był. Motor miał dopiero 5 lat i zaledwie 60.000 km. To mogła być uszczelka. Uszczelka = widoczny wyciek. Odpada. Wiec dlaczego taka reakcja kontrolki? Mamcia doszła do wniosku, że to może być tzw. pływak, który rzadko, ale potrafi się zawiesić, zepsuty czujnik ciśnienia oleju? Bardzo możliwe! Byliśmy już 600 km oddaleni od domu. Jeśli coś dzieje się z silnikiem, to nie dojedziemy do Włoch itp. itd. Dużym parowały mózgi. Zwłaszcza Mamci, bo go strasznie eksploatuje, ale przy ojcu inaczej nie może być. 
Jeszcze raz zatrzymaliśmy się na stacji, po olej. Należało dojechać do dużego miasta, w którym był serwis MotoGuzzi. Na szczęście, zaledwie 50 km przed nami było Villingen- Schevenningen. 
Do granicy ze Szwajcarią, dzieliło nas drugie tyle. 
Słonko zaszło. Czas, by znaleźć miejsce na nocleg.
Ogromne, piękne, stare miasto oferowało gościnne hotele i restauracje ze smakowitą kuchnią. 
Kocham takie miejsca! Zatrzymaliśmy się w centrum. Tatko znalazł pensjonat przy murach obronnych i bramie do starego miasta. Mury okalał park, a w nim, nasz śliczny, stary pensjonat z początków ubiegłego wieku, w secesyjnym stylu i zegarową wieżyczkę z małym balkonikiem. 
W tejże wieżyczce dostaliśmy pokój.
Mamine marzenie zostało zrealizowane. Mówiła mi, że zawsze chciała zobaczyć pokój wieżyczce. 
Ten nie miał wystroju najwyższego polotu, ale był schludny i czysty. Za czasów swojej świetności, pewnie było to pomieszczenie, urządzenia zegarowego. Teraz zegar napędzało inne, małe, nie potrzebujące ogromnego mechanizmu. Zegarową wieżyczkę z kilkoma oknami i balkonem wykorzystano i zrobiono w nim pokój z łazienką. Łóżko - wielkie matrimonio, w sam raz dla mnie. Natychmiast przystąpiłem do czynności testujących. 
Uznałem, że jest okay! Możemy w nim spać - MY!      
Duzi szybko doprowadzili się do porządku i poszliśmy na kolację do pobliskiej restauracji. Piękny ciepły wieczór zachęcał, by spędzić ten czas na zewnątrz. Usiedliśmy na tarasie. Mamcia, siedziała smutna. Było jej bardzo przykro. Czekała na ten wyjazd 4 lata... Że też ten rupieć, nie miał się, kiedy zepsuć?! To naprawdę wkurzające. Ja też cieszyłem się na wyjazd. Przecież miałem jeść oryginalne spaghetti i te frutti di mare, a tu "kasza"! 
Mamcia z Tatkiem układali plan "W".
Należało znaleźć serwis MotoGuzzi, lub jakikolwiek warsztat motorowy. 
Usłyszałem wersję pesymistyczną: 
- Jeśli okaże się, że motoru nie można naprawić z marszu, to zabieramy graty i wracamy pociągiem do domu - stwierdził Tatko. 
Pomyślałem, iż taki plan, wcale mi się nie podoba i prosiłem, o następny zestaw planów. Optymistyczna wersja Mamci: 
- W serwisie na pewno nam pomogą, a jeśli nie to skierują do miejsca, gdzie problem zostanie rozwiązany. Drugi plan podobał mi się zdecydowanie! 
Motorowy warsztat, Tatko znalazł w telefonie, na stronie "wujka" Google. 
Nic nie mogliśmy mądrego zrobić, prócz czekania. 
Rupieć, popsuł mi smak fasolki ze skwarkami, pieczonych buraczków i mięska w grzybowym sosie. 
Po kolacji, przeszliśmy się uliczkami starego miasta. Nerwy zatkały mi wylot i miałem problemy z wykonaniem obowiązku. Uratował mnie trawnik, wielki jak boisko do polo. Wróciliśmy do pensjonatu. Gościnna wieżyczka i wielkie matrimonio, zapraszały na odpoczynek, co też zrobiliśmy. Mimo wszystkich problemów, Duzi zasnęliśmy szybko. To pewnie zasługa antydepresantów jakie pili do kolacji. Nie czepiam się, bo dużo zjadłem. 
Do snu ułożyłem się na kanapie obok łóżka. Była miękka i wygodna. Stała w miejscu, z którego wszystko mogłem obserwować. Zrobiło mi się błogo i zasnąłem.
Śniło mi się, że ktoś mnie lekko trąca. Trącanie było upierdliwe, bo aż trzy razy! 
Obudziłem się skonfundowany. Uśmiechnięta twarz Tatki ukoiła moje nerwy.  
- Maruś, co ty tu robisz? - zapytał mnie jakby nie widział. Rozejrzałem się dookoła. 
- O rety! Lunatykowałem??? - Strzeliłem głupa. Leżałem na samym środku łóżka, między Mamusią a Tatusiem. Złapano mnie na miejscu zbrodni. Kary oczywiście nie było, bo przecież prawie zawsze korzystałem z hotelowych łóżek. To wyrko miało tę zaletę, że prawie przylegało do kanapy, na której spałem. Zrobiłem jedno małe "hop" i już byłem na łóżku. Tatko nie złościł się. Wygłaskał mnie i wyczochrał. Potem przytulił, pocałował i wreszcie wstał. Poszedł do łazienki. Ogarnął się i wyszliśmy na spacerek. Jak pisałem, pensjonat stał w parku, więc szybko się sprawiłem... Po powrocie poszliśmy zaraz na śniadanko. Jedzonka było bardzo dużo. Z tzw. szwedzkiego stołu, zapraszały mnie smakołyki spoczywające na takiej samej, prawdziwej porcelanie, jaka stała nakryta do śniadania na stolikach. Mamcia mówiła, że to bawarska porcelana. Wzór pięknych różyczek bardzo przypominał ten z fabryki w Chodzieży. Wszystko wyglądało bardzo szykownie i elegancko. Świeże bułeczki i szyneczka bardzo mi smakowały. Obsługa pensjonatu, super! Oczywiście byłem pochwalony i wygłaskany. Dostałem nawet kawałek kiełbaski od pani właścicielki. Tak, to lubię! 
W czasie śniadania Tatko postanowił odwiedzić punkt ANBW - pomoc drogowa w której jesteśmy. Więc po śniadaniu, Tatko wyszedł sam. Biuro znajdowało się 100 m od pensjonatu. Niestety pracowali tam ludzie niekompetentni, czy też, nie chcący udzielić pomocy. Szowiniści są wszędzie. Przez przypadek, Tatko zdobył jakiś adres serwisu motorowego. Był oddalony o 20 km od pensjonatu. Zabraliśmy ekwipunek i po uregulowaniu rachunku, pojechaliśmy pod rzeczony adres. Niestety, ten serwis nie zajmował się naprawą  MotoGuzzi, ale panowie podali nam adres dealera tejże marki. Następne 18 km ze złośliwym, mrugającym, czerwonym oczkiem przyprawiały nas o ból głowy. Kolejny odcinek drogi, z duszą na ramieniu, w strachu o silnik.Przez ten czas sprawdzaliśmy olej 3 razy i raz dolewaliśmy. 
Dotarliśmy na miejsce. Dealer MotoGuzzi był, ale miał przerwę obiadową i musieliśmy godzinkę poczekać. Duzi nadal brali pod uwagę pesymistyczny plan i rozmawiali o powrocie do domu pociągiem. Nie wiedziałem co to jest "pociąg", więc wizja podróży tym czymś, przyprawiała mnie o swędzenie skóry. Przy pomysłach moich Dużych, mogłem zadrapać się na śmierć!
Postanowiłem więc, nie przejmować się, wedle zasady - CO MA BYĆ, TO BĘDZIE!  
Od Mamusi dostałem miseczkę z wodą i piłeczkę. Skorzystałem ze wszystkich darów. Bawiłem się świetnie. Tatuś rzucał mi piłkę, bo lepszego zajęcia nie miał. Miejsce do zabawy było wyborne. Po godzinie, z niemiecką dokładnością, biuro zostało otwarte i przyszedł pan mechanik.  
Po powitaniu, rzeczowo, zadał Tacie kilka istotnych pytań. Potem coś posprawdzał i stwierdził, że chyba czujnik ciśnienia oleju, poszedł się walić - cokolwiek to znaczy. Mamcia dobrze kombinowała... Jazdę mogliśmy kontynuować, ale wciąż należało kontrolować poziom oleju. 
Pokochałem mechanika od razu, bo znaczyło to: - PIZZA, SPAGHETTI, FRUTTI DI MARE! 
Ruszyliśmy znowu. Czerwone, złośliwe oczko, zapalało się co jakiś czas. Potem gasło i przez 30 km nie dawało znaków, by znowu się pojawić. Wredota jedna!
W takim klimacie dojechaliśmy do Szwajcarii. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

 

 

 

 

     Następny odcinek  - kliknij tutaj   "Viva Italia! - cz.III