Strona główna

        Kontakt

         Galeria

    Wigilijny wieczór                2012 roku

   Mój nowy domek

       Pierwsze dni

    Jadę na motorze

     Świat jest piękny !

  Trippstadt, Koblenz,           Strasburg         

     Dusty i Suran                  w Holandii

    Sem - Psi Anioł

     Viva Italia ! - cz.I

    Viva Italia ! - cz.II

     Benzyny brak !

   Z PAMIĘTNIKA PSA PODRÓŻNIKA

   Niezwykła historia adoptowanego psa Marusia   

    Viva Italia! - cz.III

      Fiesta Italiana

         Szwajcaria                    po raz drugi 

 Kupujemy uszczelkę

     Lista  Patronów 

 Wpadka towarzyska

     Kluczyk cz.I

    Kluczyk cz.II

     Fontanna

          Tolek

   Kłopoty z prądem 

        Kolejny odcinek - kliknij tutaj      " Świat jest piękny !"

                   Jadę na motorze ! 

Minęło kilka miesięcy od mojej adopcji i przyszła pierwsza wiosna. Słonko grzało kwiaty kwitły, a ziemia pachniała nowym życiem. Duzi oznajmili mi, że pojedziemy na camping. Ogromnie się ucieszyłem, nieświadom, iż każdy medal ma dwie strony.

Mamcia zaprowadziła mnie do „mojego” sklepu, znaczy dla zwierząt i wcale nie po to, by kupić mi smaczki, lecz płaszczyk! Zastanawiałem się, po co mi płaszczyk wiosną? Uważałem ten zakup za idiotyczny. Jednak Matula uparła się przy swoich planach i musiałem w sklepie mierzyć chyba z osiem sztuk. W końcu się zdecydowała na czarny model z podszewką w szkocką kratkę. Ech… kobieta. Następnie pół dnia, pracowała nad czapeczką dla mnie. Wzięła kocyk – też w kratkę – tym razem w biało-czerwonych barwach. Przymierzyła do mojej głowy i biorąc pod uwagę jej kształt, zrobiła coś na wzór chustki dla babci „Czerwonego Kapturka”. Wyszło to co wyszło. Wstyd było się w tym pokazać, ale nie szyłem tej głupiej czapki, więc krytyka mi nie przystoi.

Tatko przyjechał z pracy, zjadł obiad i przebrał się, w cokolwiek dziwny strój, Mamcia też. Potem ja zostałem przyodziany w ten wcześniej kupiony płaszczyk i głupią czapkę, po czym wyszliśmy z domu. Pod wiatą prócz naszego samochodu, stał także motor. Mijałem go codziennie idąc na spacer. Duzi oznajmili, że będę z nimi jeździł na tej maszynie, więc byłem niezmiernie ciekaw nowego sposobu podróżowania.  

Silnik motoru zawarczał. Przestraszyłem się trochę, lecz zaraz odzyskałem rezon, bo przecież panika jamnikowi nie przystoi. Ojciec usiadł na hałaśliwą maszynę. Matka posadziła mnie na siedzeniu i wreszcie sama ulokowała się za mną. W środku było mi ciepło, miło i gdy ruszyliśmy nawet mi się podobało. Papcio jechał powoli, więc siedziałem spokojnie. Zrobiliśmy małą rundkę po mieście i wróciliśmy do domu. Pochwały wylały się na mnie, niczym wodospad Niagara. Zostałem też nagrodzony smacznymi i kawałkami kiełbaski. „Tak to ja mogę podróżować codziennie” – pomyślałem, jak oczadziały, zupełnie nieświadom tego, co wygaduję?!
Długo nie czekałem na kolejny wyjazd, bo już następnego dnia odbyło się wielkie pakowanie, a potem objuczeni, jakoby woły, siedliśmy ponownie na motor. Tym razem Duży jechał szybko, a mnie wiało wszędzie. Chowałem się przed wiatrem, lecz niewiele to dało. W brutalny sposób uświadomiono mnie, po co mi Mamusia ten płaszczyk kupiła? W trybie przyspieszonym odbyłem kurs pod tytułem „Jak zimno może być na motorze?” 
 
 
     Co było dalej? Tego dowiesz się czytając książkę  „Z pamiętnika psa podróznika”