Strona główna

        Kontakt

         Galeria

    Wigilijny wieczór                2012 roku

   Mój nowy domek

       Pierwsze dni

    Jadę na motorze

     Świat jest piękny !

  Trippstadt, Koblenz,           Strasburg         

     Dusty i Suran                  w Holandii

    Sem - Psi Anioł

     Viva Italia ! - cz.I

    Viva Italia ! - cz.II

     Benzyny brak !

   Z PAMIĘTNIKA PSA PODRÓŻNIKA

   Niezwykła historia adoptowanego psa Marusia   

    Viva Italia! - cz.III

      Fiesta Italiana

         Szwajcaria                    po raz drugi 

 Kupujemy uszczelkę

     Lista  Patronów 

 Wpadka towarzyska

     Kluczyk cz.I

    Kluczyk cz.II

     Fontanna

          Tolek

   Kłopoty z prądem 

        Kolejny odcinek - kliknij tutaj      " Świat jest piękny !"

                   Jadę na motorze ! 

           Pół zimy i wiosny, wychowywałem moich Rodziców. Nauczyłem ich rzucać piłeczkę, chodzić na spacery o godzinie, o której nawet nie wiedzieli, że istnieje. Wracać z pubu wcześniej niż zazwyczaj. Jadać tylko w restauracjach, gdzie pieski są mile widziane, ale na tym polu w zasadzie, nie miałem większych problemów, gdyż w Holandii wszędzie można wchodzić z psem – no, prawie. 

     Ogólnie wprowadziłem im zdrowy tryb życia i trochę zmian. Jedną z nich było to, że nie mogli mnie pozostawić samego w domu, gdyż czułem się jak więzień o zaostrzonym rygorze i dawałem temu wyraz kakofoniczną mieszanką psich dźwięków. Moi Duzi przekonali się o tym w dniu, gdy zostawili mnie bez opieki. Mówiłem im, że to nie jest dobry pomysł, ale nie słuchali. Następnego dnia, gdy wychodziłem rano z Mamusią na spacer, wszyscy napotkani sąsiedzi opowiadali jej, jak to cierpiałem w samotności wyśpiewując z tęsknoty rzewne arie. Nie żeby się skarżyli, to kulturalni ludzie, powiedziałbym raczej, iż były to jedynie informacje, których Mamusia słuchała w zakłopotaniu i przepraszała za moje zachowanie.
     Po spacerze i powrocie do domu spojrzała na mnie wymownie a potem zapadła cisza z gatunku tych kłopotliwych, więc pojąłem, że Mamcia się na mnie gniewa.
    Tatko gdy dowiedział się o moich wyczynach podjął wnikliwe śledztwo. Koniecznie chciał się dowiedzieć co do długości i częstotliwości mojego szczekania. Prawdę mówiąc, nie bardzo wiedziałem, do czego potrzebne mu są te informacje? Jednak szybko mnie oświeciło. Ojciec zdecydował się wobec mnie podjąć radykalne środki wychowawcze.  Uważał za właściwe, częste pozostawianie mnie samego w domu, twierdząc, że po jakimś czasie zwyczajnie się przyzwyczaję. Nie podejrzewałbym go o taki huraoptymizm! Przyzwyczaiłem, ale sąsiadów do moich „pieśni” i już po trzecim występie, tylko taktownie zapytali: " Wczoraj trzy godziny nie było was w domu? ". Skrupulatni do przesady! Istotnie, tyle czasu siedziałem w domu osamotniony, a głos mojej rozpaczy roznosił się po całym naszym budynku. Poza budynkiem też można było mnie usłyszeć, bo jak już coś robię to dobrze.  
     Tylko jedna sąsiadka, co to koło nas mieszkała, nie lubiła moich koncertów.  Jej brak zdolności empatyczno-muzycznych objawiał się tym, że po każdym powrocie do domu moich Dużych, sąsiadka też wracała do nas - jak weksel bez pokrycia, tyle, że moi radośnie a Pani-Maruda z pretensjami. Że też jej się chciało fatygować? Ale to dziwna kobieta była.
     Owa pani miała jamniczkę szorstkowłosą i ona uwielbiała moją Mamcię, znaczy jamniczka, nie sąsiadka. Czasem jamniczka, zostając dłużej sama, płakała tak jak ja. Nie żeby było głośno, ale do moich uszu dochodziły te żale. Podsumuję: sąsiadka słyszała mnie tak, jak ja jej jamniczkę. Powiem, że ona – sąsiadka, słyszała mnie mniej, bo psy mają lepszy słuch. Śmiem również twierdzić, że wszystkie pretensje Pani-Marudy to generalnie, pomówienia były, ale się nie żaliłem.  
     Po tych drobnych wpadkach, Duzi podjęli decyzję: sam w domu zostawał nie będę. "I dobrze!" – pomyślałem, bo kto widział, by w domu, bez opieki zostawiać dzieci? A ja byłem przecież Mamci psim synusiem!
Od tamtej pory, kiedy nie mogłem gdzieś pójść z Mamusią i Tatusiem, szedłem do cioci Iris, a czasem do cioci Monique i wujka Sandera.Ciocia Ina i wujek Albert też mnie u siebie gościli. Lubiłem wszystkich i świetnie się u nich czułem. Oczywiście tęskniłem za moimi „Padres” więc by im to okazać po ich powrocie strzelałem focha, udając, że wcale ich powrotu nie zauważyłem. 
     Pewnego razu, nagle zachorowała Mamusia i Tatuś musiał z nią natychmiast jechać do szpitala. Nie było nikogo, kto by ze mną został, więc na chwilę musiałem pozostać sam. Po powrocie Dużych do domu, sąsiadka-Maruda już czekała na nich, by się poskarżyć na mnie. Wydawałoby się, że zrozumie nagły wypadek, tym bardziej, iż może zdarzyło mi się ze cztery razy udzielać „koncertów” i to nie żeby codziennie, tylko w długich odstępach czasowych. Niestety, nie zrozumiała sytuacji. Wtedy to Mamusia postanowiła coś ze mną zrobić, znaczy: z moim szczekaniem. W końcu minęło pięć lat od mojej adopcji a ja nadal, moimi „ariami”, łamałem serca sąsiadów, bo sam w domu zostawać nie chciałem.
    Mamcia zastosowała radykalne środki i kupiła mi obrożę przeciw szczekaniu. Pudełko na pasku wysyłało piskliwy dźwięk, za każdym razem, kiedy podnosiłem głos. Nie cierpiałem tego urządzenia, toteż szybko je rozpracowałem. Wiedziałem co zrobić by nie zadziałała. Tak więc sukces Mamci i obroży był połowiczny, gdyż drogie „piszczydło” zostało użyte zaledwie kilka razy. Mówiłem, że szkoda wydawać 59 euro, na to urządzenie, ale jak zawsze nikt mnie nie posłuchał.   
    Trudniejsze od antyszczekowej obroży, było wychowanie Tatusia. To zadanie można porównać do syzyfowych prac.  Wiele czasu poświęciłem, zanim zrozumiał, że moja obecność w łóżku oznaczała najpierw: „dobranoc Tatusiu” a w późniejszym czasie: „będę tu spał”. Dawałem mu też inne lekcje np. przy stole.
Weekendowe śniadania uwielbiałem. Siedziałem pod stołem i „zmiękczałem” rękę Mamusi leciutko dotykając ją nosem, a wtedy opadła wraz z jedzeniem, prosto do mojego pyszczka. Żebranie miałem opanowane niemal do perfekcji. Po śniadaniu pchałem się Tatusiowi na kolana i następowało obowiązkowe przytulanie. Dodam, że chodziło mi również o sprawdzenie, czy nie zostawił dla mnie jakiegoś smacznego kąska na talerzu? Zawsze zostawiał, przeważnie był to żółty ser, gdyż ogromnie go lubił. Kawałek pasztetu, kiełbaski lub wędzonego łososia też dostawałem - oczywiście, dla zdrowotności. 
     Po jakimś czasie stwierdziłem, iż asystowanie Mamusi przy sprzątaniu po śniadaniu, było ogromnie intratnym zajęciem. Ilość smakołyków, którymi byłem karmiony przy czynnościach w kuchni, była nie do pogardzenia. Codziennie tak nie było a jedynie w weekendy. W dni powszednie, legalnie jadłem śniadanko z Mamusią. Musiałem przecież dbać, by za dużo nie pochłonęła. Mimo mojej pomocy ciągle marudziła, że jest za gruba. Gdyby mi więcej dawała ze swojego talerza, miałaby szansę na talię osy, a tak miała co miała. 
Wiele podróżowałem, szczególnie z Mamcią. Często odwiedzałem Opole mimo dzielącej nas odległości tysiąca kilometrów. Podczas każdej podróży, tylko jeden raz zatrzymywaliśmy się, aby zatankować auto i opróżnić własne zbiorniki – ja na trawie, Mamcia w toalecie.  
Starałem się nie robić kłopotów i zawsze byłem grzeczny w podróżach.  

*** 

       Przyszła wiosna. Słonko ładnie grzało. Któregoś dnia dowiedziałem się, że pojedziemy na camping. Pomyślałem, że będzie fajnie. To „fajnie” nie trwało długo. 
Mamcia zaprowadziła mnie do „mojego” sklepu, znaczy dla zwierząt i wcale nie po to, by kupić mi smaczki. Kupiła płaszczyk! 
   Zastanawiałem się, po co mi ten płaszczyk? Zima minęła! Płaszczyk nie był mi potrzebny, ale Mamcia była uparta i musiałem ich w sklepie mierzyć chyba z osiem sztuk. W końcu się zdecydowała na czarny model ze spodem w szkocką kratkę. Ech, kobieta. Następnie pół dnia, pracowała nad czapeczką dla mnie. Wyszło to co wyszło. Nie robiłem tej głupiej czapki, więc krytyka mi nie przystoi.
    Tatko przyjechał z pracy. Przebrał się, w cokolwiek dziwny strój, Mamcia też, a potem ja zostałem przyodziany w ten wcześniej kupiony płaszczyk i głupią czapkę, po czym wyszliśmy z domu. 
Pod wiatą stał nasz samochód i motor, o którym już słyszałem. Duzi mówili, że będę z nimi jeździł na tej maszynie. Ciekawe.  
   Gdy silnik motoru zawarczał. Przestraszyłem się trochę, lecz zaraz uspokoiłem się, bo przecież panika jamnikowi nie przystoi.
    Tatko wsiadł na motor. Mamcia mnie posadziła i sama usiadła za mną. Siedziałem w środku. Ciepło mi było i miło. Tatko ruszył i nawet fajnie się czułem, gdyż jechał powoli. Siedziałem spokojnie. Zrobiliśmy małą rundkę i wróciliśmy do domu. Pochwały wylały się na mnie jak wodospad Niagara. Zostałem również nagrodzony smaczkami. „Tak to ja mogę podróżować codziennie” – pomyślałem.Długo nie czekałem na kolejny wyjazd. Następnego dnia odbyło się wielkie pakowanie. Objuczeni jak woły siedliśmy na motor. Tym razem Tatko jechał szybko, a mnie wiało pod ogonem. Chowałem się jak mogłem, ale niewiele to dało. Już wiedziałem, po co mi Mamusia ten płaszczyk kupiła. W trybie przyspieszonym przekonałem się, jak zimno jest na motorze o tej porze roku. Spocić się raczej nie można było, chyba że ze strachu. W czasie jazdy byłem okrywany kocykiem, lecz nadal dokuczało mi zimno. Podróż nie była długa – na szczęście. 
Przyjechaliśmy na camping i wreszcie mogłem się rozgrzać. Miałem swoją piłeczkę więc natychmiast zrobiłem z niej użytek. 
     Ciocia Ellis i wujek Paul stawiali namiot, co chwilkę schylając się po jakieś przedmioty. Wykorzystałem ich przyziemną pozycję i kładłem im piłeczkę na to „coś” co akurat chcieli wziąć. Aby to uczynić musieli się pozbyć mojej piłki, więc ją odrzucali. To ja szybko w nogi, by zdążyć ją przynieść i położyć ponownie w odpowiednie miejsce. Kolejne rzuty wykonywane przez wujka były coraz dłuższe. Dla mnie była to wspaniała zabawa. Wujek i ciocia mieli sporo czasu i nie spieszyli się z robotą, więc z moją „pomocą” rozkładali namiot dłużej niż planowali, ale za to, ze śmiechem. Kiedy namiot już stanął, ciocia zmieniała buty z motorowych na „cywilki”. Wykorzystałem sytuację i włożyłem jej do buta piłeczkę. Ciocia parsknęła śmiechem. Wyjęła piłeczkę i rzuciła mi daleko. Znowu zaczęła się zabawa. Gdy zmęczyłem trochę wujostwo, musiałem pozwolić im na odpoczynek. Poszedłem więc do drugiego wujka i cioci i tak po kolei do wszystkich. Takim sposobem zabawiałem całe towarzystwo. Musiałem być sprawiedliwy i dbać by nikomu się nie nudziło. Kiedy obdzieliłem zabawą wszystkich z naszego grona, poszedłem poszukać sobie nowych przyjaciół.
    Jakiś pan siedział na rozkładanym krzesełku przed karawanem. Podszedłem do niego, położyłem piłeczkę i spojrzałem wymownie: 
        – Pobaw się ze mną! No! Rzuć mi, proszę – powiedziałem
    Facet patrzył na mnie i nie wierzył, że to do niego. Wziąłem piłeczkę jeszcze raz i teraz położyłem mu pod nogami. Tym razem zajarzył! Roześmiał się.Wziął piłeczkę i rzucił. Z początku blisko, a potem dalej i dalej, a ja ciągle biegałem za moją piłeczką i zanosiłem kolejnym mieszkańcom campingu. Przez dwa dni szalałem na trawie i wcale mi się nie nudziło. Wszystkich zmęczyłem moją zabawą. Przyznam, że sam też się sponiewierałem. 
    Bardzo lubiłem wyjazdy na camping. Biegałem wtedy bez smyczy i bawiłem się z ludźmi, którzy odpoczywali na łonie natury. Co jakiś czas Mamcia mnie wołała, by upewnić się, że jestem niedaleko. Czasem rzeczywiście potrafiłem w zabawie się zapamiętać i odbiec na drugi koniec pola campingowego, ale kiedy Mamusia ryknęła swoim słodkim głosem: " MARUŚ!!!!!" trudno było ją nie usłyszeć. Wtedy szybciutko wracałem z piłeczką w pyszczku ku radości Mamusi. 
    Od wiosny, prawie w każdy weekend jeździłem na motorze z moimi Dużymi. Któregoś razu pojechaliśmy do Luksemburga, również na pole campingowe. Miejsce naszego biwakowania znajdowało się w małej dolinie, zewsząd otoczonej górami. Było bardzo ciepło, ale w majowym powietrzu wyczuwałem nadchodzącą ulewę. „Niech sobie leje” – pomyślałem, byle później. Należało szybko rozbić nasz namiot. Ojciec inteligentnie, wybrał miejsce przy dmuchanych zjeżdżalniach dla dzieci. Szum pomp, nieustannie tłoczących powietrze, był nieznośny, więc Mamcia od razu odciągnęła Tatkę od tego pomysłu i miejsca. Kazała przenieść rzeczy dalej, o jakieś 50 metrów, tak by nie słyszeć pracujących urządzeń. 
    W tym czasie, zawierałem na campingu nowe znajomości i bawiłem się doskonale. Biegałem po trawie co chwilę zapraszając kogoś do zabawy. Chętnych nie brakowało. Panowie popisywali się jeden przed drugim, kto dalej rzuci mi piłeczkę, a ja zadowolony szybko przynosiłem ją z powrotem. 
     Po rozbiciu namiotu Duzi ruszyli w kierunku rozpalonego ogniska. Nasi przyjaciele zajęli się nim troskliwe, dokładając kolejne szczapy. Wcześniej postawili duży grill i imprezowy namiot. Zapowiadało się wielkie żarcie podlewane wyskokowymi napojami, których nazw nie wymienię, bym o reklamę nie został posądzony.
      Kilka godzin biegania za piłką nadwyrężyło moje łapki i już nawet zacząłem kuśtykać z bólu. Mamcia, prawie siłą zaciągnęła mnie do imprezowego namiotu i zapięła mi smycz.  Zapachniało pieczonym mięskiem, więc postanowiłem skorzystać z polecanych potraw zwłaszcza, że Mamcia machała mi pieczystym pod nosem. Zjadłem z wdzięcznością i upomniałem się o kolejną porcję. Dostałem żeberka. Co chwilę jakiś kąsek mi się trafiał. , więc siedzenie przy Mamusi z jej pełnym talerzem, było miłą odmianą od zabawy, choć piłka nadal mnie wołała.
     Zrobiło się ciemno i deszcz począł mocno zacinać. W wielkim namiocie przebywali wszyscy znajomi. Impreza trwała. Mięska i kiełbaski piekły się w namiocie na gazowym grillu, a ja zająłem się wyszukiwaniem „ofiar” do dalszej zabawy. Warunki były ekstremalne, bo ludzi pełno a moje potencjalne „ofiary” zajęte były piciem i jedzeniem, ale od czasu do czasu częstowali mnie z ochotą pysznym mięskiem. Bieganie zamieniłem na biesiadę.
     Na zewnętrz, z rzęsistego deszczu zrobiło się oberwanie chmury. Mamcia bała się, że nas zaleje. Jej obawy były uzasadnione, gdyż na camping, wjeżdżało się przez mały tunel, stojący dwa metry od brzegów górskiego potoku.  Gdyby go zalało mielibyśmy odciętą drogę powrotu. Deszcz spływający z gór do potoku, spowodował w nim natychmiastowy wzrost poziomu wody. Zrobiło się nieciekawie a nic nie zapowiadało poprawy pogody. 
Mamcia zestrachana rzuciła propozycję, aby wiać, lecz było za późno. Tatko wlał w siebie, taka ilość relaksanta złocistej barwy, jak ilość wody w wezbranej rzeczce. Ja się nie martwiłem. Mamcia nie mogąc nic wymyślić, zarządziła spanie dla mnie i siebie. Tatko dalej pilnował poziomu złotego płynu w brzuchu. 
     Poszedłem z Mamusią do naszego namiotu. Trawa była już tak podmokła, że chlupało pod łapami 
Gdy weszliśmy do naszego tymczasowego lokum, położyłem się przy Mamusi, przytuliłem i zasnęliśmy. 
    Obudziłem się rano i natychmiast wyciągnąłem Mamusię z namiotu. Rozejrzeliśmy się wokół. Wszędzie były
ogromne rozlewiska wody, a w miejscu, gdzie Tatko chciał postawić nasz namiot, było jej tyle, że zleciały się dzikie kaczki i spokojnie sobie pływały. Trawa chyba łaskotała je w pięty, bo były bardzo zadowolone.    
Pomyślałem wtedy, że warto słuchać Mamusi.
    Deszcz lał cały czas, a ja i Mamcia nie mieliśmy przeciwdeszczowych ubrań. Do domku z Mamusią nie wracałem na motorze. Tatko załatwił nam „miejscówkę” w samochodzie jego córki – Monique, a sam pojechał motorem. 
Spotkaliśmy się w domku.