Strona główna

        Kontakt

         Galeria

    Wigilijny wieczór                2012 roku

   Mój nowy domek

       Pierwsze dni

    Jadę na motorze

     Świat jest piękny !

  Trippstadt, Koblenz,           Strasburg         

     Dusty i Suran                  w Holandii

    Sem - Psi Anioł

     Viva Italia ! - cz.I

    Viva Italia ! - cz.II

     Benzyny brak !

   Z PAMIĘTNIKA PSA PODRÓŻNIKA

   Niezwykła historia adoptowanego psa Marusia   

    Viva Italia! - cz.III

      Fiesta Italiana

         Szwajcaria                    po raz drugi 

 Kupujemy uszczelkę

     Lista  Patronów 

 Wpadka towarzyska

     Kluczyk cz.I

    Kluczyk cz.II

     Fontanna

W 2015 roku, część wakacji spędziłem w Opolu. Kiedy przyszła pora do powrotu, Mamusia oświadczyła mi, że zabierzemy do Holandii pasażera. Pasażer malutki nie był.
Sem , owczarek collie był psim aniołem. Miły, przytulaśny ,nad wyraz inteligentny, uważny, delikatny i taktowny. Aż nie chciałem wierzyć, że takie cudo mogło trafić do schroniska! A jednak ...
Interwencyjnie odebrano go właścicielom, co wcale nie było takie proste, jakby mogło się wydawać. Mieszkał w biednej rodzinie, którą bardzo kochał. Z całą pewnością nie był źle traktowany, ale to jeszcze nie świadczy o szczęściu zwierzaka.                     Sem zachorował, lecz nikt na to nie zwrócił uwagi. Drapanie się psa powinno zaalarmować każdego właściciela, ale nie,         "Ot, pies się drapie, bo pewnie pchły mu dokuczają ". Znacie takie teksty? Nie raz je słyszeliście.
Sem nie miał pasażerek na gapę, lecz poważną chorobę skóry. To był świerzb! Jakże okrutni są ludzie i obojętni wobec cierpienia. Człowiek może się poskarżyć drugiemu, pójść do lekarza i na pewno otrzyma pomoc. Zwierzę, może tylko patrzyć błagalnie, oczekując reakcji.
Na świąd Sema, nikt nie reagował. Choroba przyspieszyła tempo do galopu. Sześcioletni Sem już nie przypominał pięknego collie - pamiętacie Lessie? - on nie przypominał nawet psa. Oglądając jego zdjęcia z okresu choroby, nie mogłem uwierzyć, że ktoś mógł mu to zrobić, czyli NIC!!!
Ponieważ rodzina nie chciała się zrzec praw do psa, animalsi wydali nakaz leczenia zwierzęcia. Ale nie zostało ono podjęte ze względu na ogromne koszty. Wreszcie jakimś mocnym argumentem, udało się przekonać właścicieli do zmiany decyzji i Sem trafił do Schroniska w Opolu. Właściwie trafił od razu na terapię. Był leczony bardzo intensywnie, bo jak za pewnie każdy wie, świerzb jest trudny do wyleczenia. Leki w ilościach prawie hurtowych, stanowiły duży ciężar finansowy dla schroniska. Fundacja Vagabond-pets z Holandii podjęła się sfinansować leczenie z warunkiem. Po zakończeniu leczenia  Sem miał wyjechać do Holandii. Pół roku trwało intensywne leczenie. W tym czasie szukano dla niego odpowiedniego domku, czyli najlepszego świecie - of course !
Sem, był cudowny, więc nie było potrzeby specjalnej prezentacji przed wyjazdem.Spotkaliśmy się na schroniskowym parkingu. Mamusia umocowała na pace busa, kenel wyłożony piernatami. Taki królewicz musiał wygodnie podróżować, lecz nie zazdrościłem mu wcale. W kabinie też miałem materacyk i podusie z kocykiem, jakby co. Sem, pieszczoch niemożebny, nie bardzo chciał wsiadać na pakę, ale siła argumentów była ogromna. Jeden smaczek zmienił jego zdanie i Sem siedział w kenelu. Ostatnie głaski , łzy i jeszcze buziaczek i ruszyliśmy w drogę. Pogoda była ładna, trochę wietrzna. Przyjemnie się jechało. Przed granicą, postój na tankowanie i "załatwianie spraw prywatnych". Mamcia związała wszystkie czynności. Zapłaciła za paliwo, które zatankowała i opróżniła "zbiornik prywatyny", co nie było bez znaczenia. Teraz my! Siedziałem w kabinie i obserwowałem akcję. Tylne drzwi busa otworzyły się i Sem wyszedł ochoczo. Potem ja wyszedłem z kabiny. Poszliśmy we trójkę na spacerek.        To istotne , bo  mieliśmy do przejechania jeszcze 700 km.  Przy Semie chodziłem dumny jak paw. Fajnie mieć takiego wielkiego brata, bo nikt żaden nie zaczepi. Gabaryty miał jak najlepsza polisa ubezpieczeniowaOczywiście nikt nie wiedział,  że Sem rozpłakałby się na widok martwej muchy.
Obszedliśmy cały parking powoli, bez pośpiechu i wróciliśmy do samochodu. Ja do kabiny, a nowy przyjaciel, w kierunku tylnych drzwi. Zaczęły się "schody"... Sem nie miał najmniejszej ochoty na wchodzenie do auta. Zwyczajnie odmówił współpracy kładąc się na asfalcie.
Mamcia nie miała wyjścia, wzięła Sema na rączki i tu właśnie korzyść przyniosło wcześniejsze skorzystanie z WC...                    Ileż on mógł ważyć? 35 - 40 kg? Musiał być ciężki, bo twarz Mamci jakoś zbruaczała.

Jednak nie poddała się. Zapędziła do pracy szare komórki, mięśnie tu nie działały. Argumenty wzięła do ręki, w postaci kiełbaski i tym sposobem Sem wstał i podszedł bliżej schodka. Postawiła przednie łapy Sema na stopień. Złapała go za tyłek    i chciała wsadzić na pakę, ale w tym czasie przednie łapy zsunęły się ze stopnia. Czynność trzeba było powtórzyć.              Zaczęli: przednie łapy na schodek i tylne łapy bezwładne, podwinęły się pod busa. Do trzech razy sztuka. Ale Sem postanowił odpocząć i znów położył się na asfalt. Kolejny kawałek kiełbaski zatonął wielkiej mordusi. Mamcia wzniosła oczy do nieba w sposób, wyrażający porozumienie z Najwyższą Instancją. Znowu zabrała się z pasją do roboty. Kiełbaska w kenelu spoglądała kusząco na Sema . Przednie łapy na schodek, dupka do góry z tylnymi łapami i ...prawie sukces, ale Sem nadal stał przed samochodem. Wiadomo, PRAWIE robi wielką różnicę... No to powtórka z rozrywki. Tym razem się udało!!!                                           - Daliśmy radę Mamusiu! - zawołałem radośnie - MY??? - spojrzała na mnie, a jej twarz miała jeszcze intensywniejszy                    buraczany odcień. Strugi potu lały się po licach. Przyznam szczerze - dzielna była! Szybko się ogarnęła i postanowiła już nie dawać Semowi szansy na kiełbasiany szantaż. Oczywiście dała. Na drugim postoju, ale poszło łatwiej, bo Sem współpracował   i dzięki temu Mamci nie puściły zwieracze...

Dojechaliśmy do domu już bez sensacji. Tatko, jak zawsze, czekał na nas przy naszym miejscu parkingowym. Poszedłem z nim    i Semem na nocny spacerek. Bardzo go potrzebowaliśmy, a noc była piekna. Rano nie pozwoliłem Tacie długo spać.   Sem zaglądał do sypialni niepewnie, lecz do niej nie wchodził. Za to filuternie przywoływał spojrzeniem. Ojciec ruszył swoją mało szlachetną część ciała i włożył ubranie na siebie. W ciągu kilkunastu minut kroczyliśmy ulicami Uden. Sem szedł elegancko na smyczy rozglądajac się ciekawie. Na wszystko i wszystkich patrzył z zachwytem i miłością. Mógłby przynajmniej raz krzywo rzucić okiem , ale nie. Nie on! Wróciliśmy dość szybko. Głód nas wzywał. Śniadanko niestyty nie było dla nas, w sensie , dla mnie i Sema, ale on nie był zrażony.            Po śniadanku pomagał mi "sprzątać" , asystując Mamusi. Opłacało się.                                                                     Od czasu do czasu, wychodził na balkon i zauważyłem, że lubi tam przebywać. Z pasją w oczach obwąchiwał kwiaty, następnie przyszedł do Mamci na przytulanie. Zwyczajnie, bez żenady domagał się głaskania wpychając głowę pod Mamusiną rękę. Po jakimś czasie poszedł "atakować" Tatusia. Głaskanie było tym, co tygryski lubią najbardziej więc mógłby się głaskać godzinami. Przykro było mowić mu, że nie może z nami zamieszkać .        Taki był szczęśliwy... Niestety, tak trzeba było.                                                                                                                      - Sem - odezwała się Mamusia. - Bardzo zapadłeś nam w serca i pokochaliśmy cię , ale ktoś inny również cię pokochał i był pierwszy. Kochany... nie możesz z nami zostać... - Łzy spłynęły po Mamusinych policzkach.              - Jutro przyjedzie po ciebie Pani i z nią pojedziesz do swojego nowego domku - tłumaczyła Mamcia co chwilę pochlipując. Widziałem jak trudne były te słowa dla Sema. Popatrzył smutno, odwrócił się i poszedł położyć na chodniczek. Przywarł nosem do ściany, a tyłem do nas... Obraził się, a może raczej postanowił cierpieć w samotności, stąd ten nos na ścianie? Poleżał chwilkę. Potem westchnął głęboko i podszedł do kanapy. Położył głowę na jednej z poduszek i spojrzał na Mamcię, która siedziała obok na fotelu. W jego smutnych oczkach było pytanie: - Czy w nowym domku też będę miał podusię? - Mamusia zrozumiała i głaszcząc Sema odpowiedziała : - Jestem pewna, że będziesz miał w nowym domku podusię -                                                                Trudno było nam żegnać Sema. Był taki słodki, uważny i taktowny. Zwyczajnie zakochaliśmy się w tym wielkim futrzaku!                                                                                                                                                                                Sem pojechał do swojego domku i od razu pokochał NOWĄ RODZINĘ , składającą się z psów, koni, kotów              i królików. KOCHAŁ WSZYSTKICH, bo taki był Sem !

 
Prawie trzy lata pózniej otrzymałem wiadomość o losie Sema. Ten wzruszajacy list napisała jego kochajaca Pani do Fundacji Vagabond-pets...
 
" Przez dwa i pół roku mogłam się nim opiekować: pięknym, kulturalnym, inteligentnym, łagodnym, czarującym, cudownym Semem.
Był moim kumplem i często, ciepłym wsparciem ze względu na swój charakter, a światło z jego pięknej psiej duszy nie tylko oświetlało moje dni i bycie człowiekiem, ale także ogrzewało serce każdego, kto go poznał: także ludzi, których nie można czasem nazwać psim przyjacielem...
Promieniował tym : „Lubię cię, więc na pewno też mnie polubisz i… .. może masz dla mnie ciastko?”
Ludziom podobałam się bardziej, bo Sem był przy mnie każdego dnia i wszędzie. Był taktowny i zawsze uważny. Nie było ciągnięcia za smycz, a inne psy były zawsze mile widziane w jego pokoju do zabawy lub oglądania. Doskonale wiedział, jaki charakter ma inny pies, więc zawsze reagował w całkowicie zrównoważony sposób.
Nigdy nie uciekał, jego oczy podążały za mną wszędzie. Był też zawsze mile widziany w gabinecie weterynaryjnym. Od "słodkiego" asystenta dostawał biszkopt . Weterynarz nie chciał uwierzyć, że Sem go lubi. Zawsze witał go szeroko, nawet jeśli Sam nie był umówiony. Po otwarciu drzwi po prostu wchodził do gabinetu. Przy wyjściu Sem, zawsze żegnał się z weterynarzem. Dla Sem była to najbardziej normalna rzecz na świecie, a ja wtedy czułam niepohamowaną potrzebę, by go ładnie przytulić.
W styczniu tego roku doszło do katastrofy: pił o wiele za dużo, zbadano jego krew i mocz. Wyniki laboratorium w Utrechcie były katastrofalne: jego poziom kortyzolu wynosił 140 , a mógł wynosić co najwyżej 10. Diagnoza: choroba Cushinga, czyli złośliwe guzy nadnerczy.
Leki tylko chwilowo opóźniły to, co nieuniknione. Musiałam pozwolić mu odejść... Jego strata pozostawiła w mojej istocie bezdenną dziurę. W każdej sekundzie zdaję sobie sprawę z pustki, którą po sobie zostawił.
To był ogromny zaszczyt mieć go obok mnie i opiekować się nim.
W piątek 25 maja 2018r. cicho zasnął na zawsze wtulony w moje ramiona.
 
Życie boli bez niego. Ktoś zapewnił mnie i powiedział: „Jeszcze go zobaczysz”. Żałuję, że to się już nie wydarzyło i do tego czasu mam w sercu Sema.
 
Anne

 

 

                                                          Sem - Psi Anioł 

   Następne opowiadanie - Kliknij tutaj       " Viva Italia! - cz. I "