Strona główna

        Kontakt

         Galeria

    Wigilijny wieczór                2012 roku

   Mój nowy domek

       Pierwsze dni

    Jadę na motorze

     Świat jest piękny !

  Trippstadt, Koblenz,           Strasburg         

     Dusty i Suran                  w Holandii

    Sem - Psi Anioł

     Viva Italia ! - cz.I

    Viva Italia ! - cz.II

     Benzyny brak !

   Z PAMIĘTNIKA PSA PODRÓŻNIKA

   Niezwykła historia adoptowanego psa Marusia   

    Viva Italia! - cz.III

      Fiesta Italiana

         Szwajcaria                    po raz drugi 

 Kupujemy uszczelkę

     Lista  Patronów 

 Wpadka towarzyska

     Kluczyk cz.I

    Kluczyk cz.II

     Fontanna

 

 

W marcu 2013 roku otworzyliśmy w Opolu sklep z antykami. Z tej racji bardzo często jeżdziłem do naszego  ukochanego miasta. Praktycznie pół miesiąca spędzałem w Polsce, a pół w Holandii.  Lubię jeździć   samochodem. Spędzenie 10 czy 12 godzin w kabinie, nie stanowi dla mnie problemu. Mamcia do auta   nieustannie zabiera jedzenie i picie.  Zaprowiantowani po uszy nie boimy się stania w korkach. Jedzonko i woda  muszą być!  Przeważnie zjadamy wszystko w samochodzie podczas podróży. Jeśli coś się uchowa, znika po przyjeździe do Opola. Nic się nie marnuje. W 1000 kilometrowej podróży zatrzymujemy się tylko raz. Po przejechaniu 470 km tankujemy zbiornik do pełna. Ja swoje "zbiorniki" dokładnie opróżniam, Mamcia też. Potem jemy coś ciepłego w restauracji i jedziemy dalej. Ten plan podróży nie zmienia się od 8 lat. 
Po przyjeżdzie do sklepu, po rozładowaniu auta, siadałem na którymś z moich ulubionych foteli, najchętniej przy oknie i czekałem na klientów. Ogromnie cieszyłem się gdy ktoś przychodził. Głaskaniom i pieszczotom nie było końca. Uwielbiałem naszych klientów. Nie szczędzili mi pochwał. Współczuli dawnegp pobytu w schronisku i ubolewali nad tymi, którzy się tam znaleźli. Czasem jakaś pani wyjmowała z siatki smaczny kąsek albo kiełbaskę, co przyjmowałem z wdzięcznością. Nasi mili klienci opowiadali różne historie. Panowała domowa atmosfera.  Przychodził do nas Pan, który był handlarzem antyków. Czasem coś kupował targując się niemożebnie, lecz gdy już kupił - kochał porcelanę, obchodził sklep, oglądał i mówił co jest za tanio, bądź za drogo. Był znawcą i jego uwagi Mamcia przyjmowała z wdzięcznością. Bywały dni, w których przynosił dobre ciasto.Były WZ-tki,  pączki nawet pierogi zrobione przez niego samego i wtedy zasiadaliśmy do stołu. Pierogi robił pyszne! Jego wizyta jak święto, wnosiła wiele radości i ciepła. Zawsze mieliśmy kawkę dla naszych miłych klientów, a i ciasteczko czasem też się znalazło, toteż gadaniom nie było końca. Któregoś dnia - dwa lata po otwarciu sklepu, "nasz klient" długo się nie pokazywał. Martwiliśmy się o niego, bo wiedzieliśmy, że chorował. Istotnie, przez dwa tygodnie przebywał w szpitalu. Zaraz po wyjściu z niego skierował swoje kroki do nas. Nie wyglądał dobrze, jak to po szpitalu. Kawki z nami nie mógł pić, więc dostał herbatkę. Krótko zabawił. Przy wyjściu obiecał nam, że będzie o siebie dbał i nas odwiedzał. To była jego ostatnia wizyta u nas. Tydzień później dowiedzieliśmy się, że ...umarł. Umarł na serce. Było nam bardzo przykro, ale na zawsze zostanie w naszej pamięci. Takich ludzi się nie zapomina. 
Życie bywa okrutne, ale jest w nim równowaga. Więc swój przysłowiowy kawałek tortu, każdy dostanie wcześniej czy później.
Los przygotował taki tort dla Dusty i Surana.
Pod koniec września 2013 roku zadzwoniła do Mamusi pani Dorotka, kierownik schroniska. Zapytała ostrożnie czy Mamusia nie zabrałaby do Holandii dwa pieski? Owe pieski zostały już adoptowane przez holenderską fundację. Wprawdzie znalazły domki w Holandii, lecz nie miały transportu. Ludzie z holenderskiej Fundacji "Vagabond-pets" przyjeżdżają do Polski nie za często. Psiaki długo musiałyby czekać na swoje szczęście.  Mamusia oczywiście się zgodziła. Dusty, jamnikopodobny i do mnie podobny, miał 13 lat. Był kompletnie głuchy. Za to bardzo towarzyski i miły.  Dostaliśmy informację, że znudzony jazdą samochodem wyrażał swoje niezadowolenie, szczekając.  Ale gdy się zmęczył, to się wyłączał. Żaden problem. 
Suran ,piękny , czarny, długowłosy kundelek sięgający do kolana, spokojny i przytulaśny, miał kiedyś kochającego Pana. Żyli razem, jeden dla drugiego. Któregoś dnia stała się tragedia, starszy Pan umarł. Suran został sierotą.  Co czuł, gdy jego ukochanego Pana zabrali??? Tego nikt nie pytał... Na pewno był zrozpaczony jak małe dziecko, które straci swoją mamusię. Lecz dzieckiem, ktoś z rodziny się zaopiekuje i postara dać mu miłość. Pies, to tylko pies. Suran stracił kochającego Pana i stracił dom. Chyba nie pasował do masy spadkowej, więc oddano go do schroniska. Jego siwy pyszczek świadczył o wieku, ale kto by się przejmował starym psem? Nikt nie patrzył w jego smutne oczy, gdy go oddawano, a te oczy pytały: "Dlaczego?" ....  pytały:
- Gdzie jest mój Pan?... Gdzie jest mój domek, mój kocyk, moja miseczka??? .
Serce ludzkie potrafi być z kamienia... Takie "serce" skazało Surana na schroniskowe kraty. 
Dusty, ze wzgladu na swój wiek i głuchotę przebywał w Domu Tymczasowym.
Przyszedł do naszego sklepu z synem pani Dorotki. Mieliśmy się poznać przed podróżą i nie stresować. Przywitaliśmy się kulturalnie z obwąchaniem włącznie po czym, stwierdziliśmy, że będzie miło podróżować razem. Następnego dnia, ze schroniska odebrałem Surana i Dusty.  Dusty trochę mniejszy ode mnie, nie potrzebował kenela, wsiadł ze mną do kabiny. Suran, niestety musiał zająć miejsce z tyłu na pace. Dostał duży transporter ze wszystkimi wygodami. Trochę wody w misce, kocyki grubo wyścielone i podusia dla wygody. Nastąpiło pożegnanie. Głaski, całuski i łzy. W takich chwilach opiekunowie zawsze mają mieszane uczucia.            Z jednej strony cieszą się, że pies będzie miał nowy domek, z drugiej zadają sobie pytanie: "Czy na pewno będzie szczęśliwy?".  Czas naglił. Wsiedliśmy do auta. Dusty, nie wiedząc, dlaczego jedzie z jakąś obcą osobą, natychmiast uruchomił funkcję NIEZADOWOLENIE. Protest song rozpoczął szczekaniem.
- Fajne się zaczyna. Nie będzie chyba spokoju - pomyślałem. Mamcia nie zwracała uwagi, jechała dalej.
Od schroniska odjechaliśmy około 4 km. Mały wciąż protestował.
- Wytłumacz głuchemu psu tak by zrozumiał - myślałem. Moja Duża to potrafi!
Dotknęła Dusty , na co on odwrócił się w jej kierunku i spojrzał wymownie. W oczach miał pytanie:
- Czego chcesz kobieto! Wypuść mnie! - 
Czerwone światło na skrzyżowaniu, ułatwiło komunikację. Mamcia pogłaskała go i patrząc mu w oczy rzekła
 - Posłuchaj. Jeśli chcesz, możesz szczekać, wytrzymam, ale jedziemy bardzo daleko i będziemy jechać bardzo długo, więc może jednak się położysz, w przeciwnym wypadku ogromnie się zmęczysz. Wybieraj! -
Dusty chwilę pomyślał i jakby nigdy nic, ułożył się na  posłanku. ZROZUMIAŁ!
W czasie jazdy od czasu do czasu, Mamcia głaskała nas oboje i chwaliła za zachowanie. Suran w tym czasie, siedział w kenelu na pace, cichutko , jakby go wcale tam nie było. Tak przejechaliśmy 250 km. Przed granicą z Niemcami mieliśmy postój na tankowanie do pełna. Cała nasza czwórka załatwiała swoje potrzeby - Matkę też wziąłem pod uwagę. Potem była ekstra miska z wodą i jedzonko. Spacerek wszystkim dobrze zrobił. Wróciliśmy na swoje miejsca i ruszyliśmy w dalszą drogę. Kolejne 250 km i kolejna pauza na sikanie i rozprostowanie kości.
Dusty z racji swojego wieku, miał prawo upominać się o częstszy postój. Robił to szczekaniem. Mądry pies!
Wszyscy korzystaliśmy na jego wymownych rządaniach . Dojechaliśmy do Kassel. Na tamtejszej stacji benzynowej, na słupach i murkach Mały odczytywał "wiadomości" od międzynarodowych kolegów. Potem zostawiał mokrą odpowiedz. Suran i ja szliśmy śladami kolegi. Kiedy przekroczyliśmy granicę holenderską, Mamusia znowu dotknęła wymownie Dusty i powiedziała:
- Dusty, witaj w Holandii ! Witaj w Holandii Suran! Jutro będziecie w waszych domkach! 
Kolejne kilometry już nie były takie męczące. Cieszyłem się z powrotu. Witały nas światła Uden. To moje miasto! Tatko czekał na nas przy drzwiach. Razem poszliśmy na dłuższy spacerek. Mamusia relacjonowała podróż. Weszliśmy do domu. Zobaczyłem "coś" w oczach Surana. Nie wierzył, że jest w domu. Patrzył jak ktoś, kto śni piękny sen i boi się obudzić. Rozglądał się zupełnie niedowierzając. Wszedł powolutku do mieszkania i stał.
Stał na środku bojąc się zrobić krok. Pewnie przypomniał mu się jego dom i jego Pan, którego kochał. 
Z odręrętwienia wyrwał go głos Mamusi z kuchni. Padło zaproszenie na kiełbaskę. Mamcia podała kawałek każdemu z nas, lecz Suran tylko powąchał i odwrócił głowę szukając pozwolenia od mojego Tatki. Tatko nie zrozumiał. Nie wiedział, skąd takie zachowanie? Mamcia wiedziała i wyjaśniła. 
Suran miał Pana, nie było kobiety w ich domu. Gdy zobaczył Tatkę, uznał, że to jego - mężczyznę, powinien pytać o zgodę. Tak postępuje dobrze wychowany pies, a Suran nim był. Tatko słuchał ogromnie się wzruszony.
Łzy jak świeczki, stały mu w oczach. Pogłaskał Surana czule, ciepło przemówił i dał kiełbaskę. Oczywiście nie zapomniał o nas.
Dusty od razu, poczuł się u nas jak u siebie w domu. Okupował moje posłanko, zajął fotel bez żenady i upominał się o głaskanie. Suran stał z boku i patrzył smutno na kanapę , na której siedziała Mamusia. Ujrzała  jego żałosne spojrzenie i od razu zaprosiła by usiadł obok.
Smutne oczy Surana powoli przesunęły się po twarzy Tatki i przywarły wyczekujaco .
- No powiedz coś! - Mamcia wyrwała Tatkę z letargu - On przecież czeka na twoje pozwolenie. Pokaż mu, że może wskoczyć na kanapę! - ponaglała. Istotnie, Suran czekał na komendę. Tatko podszedł do kanapy, klepnął ręką w siedzisko i powiedział magiczne  "Hop! ". W tym momencie  Suran już szczęśliwy, wskoczył i ułożył się koło mamusi z wdzięcznością spoglądając na Tatkę. Ponownie rozejrzał się jakby nie wierząc, że to się dzieje naprawdę. Położył łepek na łapkach, westchął głęboko i przymknął oczka. Odpłynął gdzieś daleko myślami, wiedzieliśmy, gdzie był...
 
 
      Zakończenie
 
Noc przespaliśmy jak susły. Rano psi rzecznik -Dusty, zakomunikował o chęci wykonania obowiązku, niekoniecznie w domu. Tatko szybko włożył na siebie odzienie i pomaszerował z nami na spacerek. Wróciliśmy na śniadanko. Mamcia i Tatko usiedli za stołem. Pod nim, trzy pary oczu uważnie obserwowało każdy ruch jedzących. Nadzieja na jakiś spadający, smaczny kąsek była ogromna. Czasem coś dostaliśmy, ale nie mogę tego nazwać śniadaniem. Śniadanie było w naszych miseczkach w postaci kulek. To suche żarcie w końcu, każdemu może się znudzić, prawda? Nam się znudziło, dlatego intensywnie wpatrywaliśmy się w Dużych. Długo to trwało. Nic nie dawali. Znaczy koniec jedzenia, czy co? Koniec.  Mówi się trudno i idzie asystować przy sprzątaniu ze stołu. Tym razem mieliśmy szczęście. Stołowych smakowitości Mamcia nie pożałowała. Na dodatek otworzyła SEZAM i dostaliśmy z lodówki po kawałku kiełbaski. Przyszedł czas na obowiązkową porcję głaskania. Mamcia przy pieszczotach tłumaczyła psiakom, że niestety nie zostaną z nami, lecz pojadą do swoich nowych ludzi i domków. Dusty  - mimo, iż był głuchy - jak Suran, rozumiał wszystko doskonale. W błogiej atmosferze spędziliśmy godzinkę. 
Dzwonki mają to do siebie, że zawsze się uaktywniają w nieodpowiedniej porze i tak się stało. Ktoś szedł do nas. Ciekawi odwiedzin skumulowaliśmy się przy drzwiach. Gdy się otworzyły ujrzeliśmy na progu dwie panie. Jedna wysoka, ciemnowłosa, druga dla kontrastu mała blondynka. Uśmiechy na ich twarzach i głosy sprawiły, że od razu polubiliśmy te kobiety. O takich atrybutach, jak smaczki przyniesione dla nas - co w naszych oczach podniosło walory gości - nie będę wspominać.  Jeannette i Ellen z Fundacji Vagabond-pets , przyjechały zabrać Surana i Dusty. Ale zanim to nastąpiło, dwaj podróżnicy musieli trochę oswoić się z przybyłymi paniami. Dusty szybko się zaprzyjaźnił, psie smaczki były wystarczającym argumentem. Suran, jak zawsze nieufny w stosunku do dam, wolał mojego Tatkę.  Powoli przyzwyczajał się do babińca. Banalnie upływający czas, przy rozmowie i kawce, rozluźnił atmosferę. Suran  widząc pozwolenie faceta na przyjaźń z babami, po kilku smaczkach i pieszczotach, uznał, że źle nie jest. Chyba może im zaufać? Mamcię pokochał od razu, to czemu miałby mieć inne uczucia w stosunku do tych miłych kobiet. Były uśmiechnięte, sympatyczne i miały na sobie jakiś znajomy zapach. Zapach innych psów, nawet ...kota! Pomyślałem, że zweryfikuję osobę z kocim zapachem. Ledwo myśl takowa przeszła mi przez głowę, a już psie ciasteczko podjechało mi pod nos. No spoko, wybaczę tego kota. W końcu - jak to mówi Mamcia - nobody perfect!
Nadszedł czas pożegnania. Smutno się zrobiło. Fajnych kumpli miałem... Oczywiście ogromnie cieszyłem się, że już mają kochających ludzi i domki, ale fajnie byłoby mieć braciszka do zabawy.
Odprowadziliśmy Jeannette i Ellen do samochodu. Mamcia jeszcze po drodze tłumaczyła psiakom, gdzie pojadą i głaskała je na pożegnanie. Tatko również nie szczędził pieszczot i słów. Mały Dusty został zapakowany do samochodu. Suran sam wskoczył. Ujrzałem wtedy radość w jego oczach. Chyba znowu przypomniał sobie swojego Pana i jazdę w osobowym samochodzie. Rozglądał się wesoło, ciekawie z iskierkami w czarnych ślipkach. Widząc jego szczęście sam odczułem niewysłowioną radość. Nastąpiło przekazanie psich paszportówi i dokumentów adopcyjnych. Potem pożegnania oraz podziękowania za dowiezienie Dusty i Surana. Panie zajęły miejsca w aucie. 
Samochód ruszył i moi przyjaciele odjechali. Jechali po swoje nowe, szczęśliwe życie.
 
Dzień później dostałem zdjęcia. Dusty trafił do fantastycznych ludzi z psią rodziną. Miał teraz domek z ogródkiem, własną miseczkę i posłanko i ...miłość. 
Suran także miał domek z ogrodem i kogoś jeszcze...kochającą Panią. Został rozpieszczanym synusiem- jedynakiem. Wszystko było tylko dla niego , CAŁE SERCE JEGO PANI.  
 
 
 
 
 
 
                                                                                 
 
                                                                            
 

 

                   Dusty i Suran w Holandii 

Suran w swoim domku z Panią 

Kolejna opowieść - kliknij tutaj         Sem - Psi Anioł